Close
Close

Najlepsze uliczne historie: jesień

Skip to entry content
W zasadzie to te uliczne historie powinny mieć podtytuł „zima”, bo od jakiegoś czasu mamy dwie pory roku – ciepłą i zimną. A w zasadzie to zajebistą i chujową. Co by się jednak nie działo za oknem i ilu stopni Celsjusza by nie wskazywał termometr, miejskie dialogi nie zawodzą i zawsze trafi się coś wartego zanotowania. Nie inaczej było tej – kalendarzowej – jesieni, przed Wami złota dziesiątka podsłuchanych rozmów, w sam raz na niezłotą polską jesień.

#1 Zdezorientowany cenami wody w spożywczaku przy Rynku, mimowolnie przysłuchuję się rozmowie ekspedientek.

– A ty co dzisiaj robisz?
– Świętuję, brat mi się postarzał.
– Impreska urodzinowa. Fajno.
– No, tylko mógłby sobie w końcu jakąś babę znaleźć.
– A ile ma lat?
– Kończy już 22.
– Eee, to jeszcze ma czas.
– No, ale jakby miał babę, to by się ogarnął i nie musiałabym mu gotować i prać.
– No, ta.

Niestety, ale obawiam się, że jeśli 22-letni mężczyzna nie potrafi sam o siebie zadbać, bo matka i siostra nauczyły go, że jego rączki są zbyt delikatne, żeby zajmować się tak niegodnym zajęciem jak pranie i gotowanie, to znalezienie sobie „baby” raczej nie pomoże mu się ogarnąć. Sprawi tylko, że to ona przejmie obowiązki robota sprzątająco-kuchennego.

#2 Jadę sobie pociągiem do Warszawy, oczywiście spóźnionym, bo w końcu niepunktualność jest już wpisana w DNA marki PKP, i przychodzi pani z kontrolą biletów.

– Dzień dobry, kontrola biletów.
– Dzień dobry, proszę.
– A legitymacja?
– Ale to nie jest ulgowy.
– Ach faktycznie, bo pan tak młodo wygląda, że myślałam, że w liceum jeszcze.

Cholera, wzięła mnie sposobem. Jak ja teraz mogę złościć się o to spóźnienie, jak tu mnie odmładzają o 10 lat?

#3 Mówi się, że sytuacja ekonomiczna w Polsce jest coraz lepsza, że rośnie płaca minimalna, spada bezrobocie i z roku na rok jest lepiej.

Ale to kłamstwo. Kłamstwo, które próbują wmówić nam media.

Wystarczy wyjść na ulice, żeby zobaczyć jak to wygląda naprawdę i jak mróz zbiera sine żniwo z tych, którym powodzi się gorzej i nie stać ich na podstawowe produkty. Każdego dnia chodząc po mieście widzę dziesiątki kobiet w zniszczonych spodniach przetartych ze starości na kolanach i w za krótkich, skurczonych zapewne przez wielokrotne pranie, skarpetkach wystawiających ich skórę na starcie z arktycznym powietrzem. Te kobiety, najczęściej młode i jeszcze niewinne, trzęsą się z zimna i są o krok od zamarznięcia, bo nie stać je na nowe, niezniszczone spodnie i nieprzykrótkie skarpetki.

One nie zasłużyły na swój los, ale właśnie tak działa system – wyciska do ostatniej kropli jak wspólną cytrynę w pracowniczej kantynie te najsłabsze ogniwa, którym poszczęściło się trochę mniej. A są ich tysiące, setki tysięcy.

Dzisiaj spotkałem jedną z nich, młodą, prawie szczupłą, bogu ducha winną niewiastę o oczach błękitnych jak pięćdziesięciozłotówka, policzkach rumianych jak rumianek i skórze sinej jak lewy górny róg logotypu Instagrama. Stała na przystanku z gołymi kolanami i nieokrytymi kostkami, sama, odrzucona tylko dlatego, że nie stać ją na nowe ubrania, maskując społeczny ostracyzm patrzeniem w telefon, zmarznięta jak Hibernatus, konając z zimna. Jej urywany oddech, wraz z utratą ciepła zamieniający się w coraz mniejsze kłębki pary, niemo krzyczał „pomóż mi! błagam! opatul mnie!” i widząc to serce zaczęło mi się kroić jak polędwica na tatara, bo wiedziałem, że nawet jeśli dam jej nowe skarpety i niepocerowane spodnie, to nie będę w stanie dotrzeć do wszystkich potrzebujących opatulenia…

Niestety.

#4 Byłem wczoraj z kolegą w Banialuce, bo Banialuka to jest właśnie takie miejsce, żeby pójść z kolegą i się napić, a w zasadzie upić, i widziałem dwójkę ludzi, którzy byli tam zdecydowanie na randce. Pójście na randkę do Banialuki to trochę jak pójście na ustawkę kibicowską, żeby porozmawiać o poezji. Albo jak pójście do rzeźni po ciecierzycę. Albo jak pójście do Galerii Krakowskiej po cokolwiek. Ogólnie słabe dopasowanie miejsca do sytuacji. No ale, różni ludzie lubią różne rzeczy, to też oddałem się zajęciu, które lubię ja, mianowicie obserwacji.

Z obserwacji wynikało, że koleżanka, która brała udział w spotkaniu jednoznacznie damsko-męskim, przygotowywała się raczej na jakieś modne, lansiarskie miejsce na Dolnych Młynów, co sugerowało ubranie wysokich czarnych szpilek, eleganckiej czarnej sukienki i ogólnie odstawienie się jak na studniówkę, a – jak już wiemy – wylądowała w spelunce, gdzie grzańca podają w stołówkowych szklankach na kompot. Dalsza obserwacja zaowocowała sceną, w której kolega uczestniczący w randce zaproponował zmianę stolika na taki, z którego widać telewizor, bo wczoraj – uwaga, uwaga, bądźcie gotowi na zaskoczenie – leciał jakiś mecz. Mecz którym wszyscy zebrani w lokalu byli bardzo rozemocjonowani i najwyraźniej ów kolega nie chciał by owa ekscytacja go ominęła. Ku memu zdziwieniu, koleżanka nie oponowała przeciw takiemu uatrakcyjnieniu randki, co więcej, nie oponowała nawet kiedy przypadkowe osoby, bardzo zaangażowane wokalnie w widowisko sportowe, postanowiły się dosiąść do randkującej pary. Ani jedna brew nie uniosła się by ściągnąć pioruny, ani jeden grymas nie splamił pogodnych polików w celu wyrażenia głębokiego niezadowolenia trawiącego dobre samopoczucie od środka. Żadna z tych reakcji nie miała miejsca.

Obserwację zakończyłem na refleksji, że to musiała być miłość. Miłość do sportu oczywiście.

#5 Idę do biblioteki i mijam rozmawiające ze sobą dwie starsze panie:

– Cześć Marysiu…
– Cześć Małgosiu.
– …z zakupów?
– Nie, dzisiaj nie.
– To skąd?
– Aaa, byłam w bibliotece, poczytać sobie.
– Pewnie jakieś romansidła?
– No troszkę [wstydliwy rumieniec 5-latka]. Tylko nie wygadaj się przed Henrykiem, bo powiedziałam mu, że idę na cmentarz.

Rozumiem ją, ja w podstawówce też mówiłem babci, że idę na cmentarz, a szedłem pograć na Pegazusie u kumpla.

#6 Siedzę w poczekalni do laryngologa (już 3 miesiące nie byłem chory, tak że najwyższy czas, co nie?), a obok mnie siedzi mama z dzieckiem. Chłopczyk (nie znam się na dzieciach, ale na pewno niepełnoletni) kilkukrotnie podjeżdża pod moją czapkę zabawkową koparką i próbuje ją nabrać na łyżkę (w sensie na to coś, co w koparce służy do nabierania ziemi).

– Stasiu, co ty robisz? Tak nie wolno, przeproś pana – mama upomina chłopca.
– Przepraszam – kaja się młody operator maszyn budowlanych.
– Nie szkodzi, nic się nie stało – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Wie pan – zagaja mama – on tak wszędzie chodzi z tą koparką, bo on chce być budowniczym i budować pira… – mama nie zdąża dokończyć zdania.
– Lepszą Polskę – dopowiada Stasiu.

No ładnie, jest nadzieja w narodzie.

#7 Lubię chodzić sam do knajp, bo wtedy mogę w spokoju poobserwować ludzi i powyłapywać ich osobliwe zachowania. Dzisiaj na przykład siedziałem obok chłopaka i dziewczyny, którzy wyglądali jakby byli na jednej z pierwszych randek – jemu oczy się świeciły jak lampki choinkowe, gdy na nią patrzył, a ona śmiała się z jego nieśmiesznych żartów i to takich naprawdę o lotności martwej przepiórki. W pewnym momencie on wyszedł do toalety, a jej zadzwonił telefon, który odebrała dopiero po konspiracyjnym zlustrowaniu otoczenia, więc domyśliłem się, że warto nadstawić ucha.

– Blablabla blablabla, jestem na obiedzie z takim chłopaczkiem z uczelni, blablabla blablabla, no, jemu się wydaje, że to jest randka, blablabla blablabla, no i co, że będzie robił sobie nadzieję, ważne, że za mnie zapłaci, blablabla blablabla.

Jaki z tego wniosek? Lepiej nie umawiać się ze studentką w restauracji, bo nigdy nie wiesz, czy nie spotyka się z Tobą tylko dlatego, że jest głodna.

#8 Przechodzę obok Bagateli, wpadają na siebie dwie dziewczyny:

– Marcela?!?!
– Cześć, Klaudia.
– Ja cię! Ja nie mogę! Ale super włosy! Bosko wyglądasz, zupełnie jak nie ty!

Zakamuflowany pojazd od koleżanki zawsze spoko.

#9 Kupiłem bilet na pociąg z miejscem w wagonie bezprzedziałowym, przychodzę na peron, okazuje się, że kolejarzom coś się ciutkę pomyliło i nie ma takiego. Całe PKP. No nic, wsiadam, siadam, a na przeciwko mnie dwie ameby pretendujące do tytułu miss osiedla.

– Zobacz, zobacz, co mi wysłał, hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– I co mu odpiszesz, hihihi, hihihi?
– Nie wiem, hihihi, hihihi. Chyba wyślę mu to, hihihi, hihihi.
– Pojebana jesteś, hihihi, hihihi. Weź mu tego nie wysyłaj, hihihi, hihihi.
– Wyślę mu, hihihi, hihihi. Zobaczymy co odpisze, hihihi, hihihi!
– No co ty, Gocha, nie wysyłaj mu tego, hihihi, hihihi!

I tak przez całą drogę.

#10 Wczoraj na obiedzie stolik obok mojego siedziała dwójka seniorów, którzy byli na randce, co było wyjątkowo wzruszające.

Wiele osób w ich wieku, jest samych i samotnych, nie myśląc nawet o tym, że może być inaczej, ba! masę osób w moim wieku tak uważa, a oni nie zważając na datę w metryce, wielkość bagażu doświadczeń i liczbę zmarszczek na czole, mają siłę by szukać. Patrzenie na starszych ludzi, którzy walczą o swoje szczęście i nie poddają się uznając, że co miało się wydarzyć w ich życiu to już się wydarzyło, a teraz można już tylko odliczać dni do śmierci, łapie za serce mocniej niż tysiąc słodkich kotków na Facebooku. Obserwowanie ich nawiązywania relacji było jednym z najbardziej emocjonujących przeżyć w tym roku.

Odbijając jednak od tego patetycznego tonu, w pewnym momencie ich rozmowa zeszła na tematy okołobożonarodzeniowe:

– I jak przygotowania do świąt?
– Jakoś sobie radzę…
– To świetnie!
– …kupiłam wczoraj nowa spódnicę na promocji.

Jak widać, niektóre rzeczy pozostają niezmienne.

***

Tradycją ulicznych historii jest, że po obśmianiu moich heheszkujemy z Waszych, tak że wiecie co z tym zrobić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gato-gato-gato
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Lepsza Polska rozwaliła system. Dzieci są jednak fajne :D

  • A mnie już nikt nie chce odmładzać. Nawet zakupy alko już bez dowodu. :D

  • Jeśli chodzi o nie-zakamuflowane pojazdy to ostatnio spotkałam starą znajomą na pilatesie i usłyszałam:
    „o boże Sabi, to Ty ?? ja cię w ogóle nie poznałam. Ale zgrubłaś !!”
    <3 tekst, który chce usłyszeć każda kobieta :D aż serce rośnie :P

    • Aleksandra Muszyńska

      O ja pierdolę,jak Boga kocham,powiedziałabym:”Matko, a ty ZBRZYDŁAŚ!”.Ale ja jestem nikczemną osobą.

  • Aleksandra Muszyńska

    Boże,już miałam otrzeć łzę spływającą mi po jagodach czytając o biednych kobietach w starych spodniach, które nie mają na nic pieniędzy, a tu takie twarde lądowanie :D.
    Ja miałam ostatnio do czynienia z delikatnym odlotem jednego świadka na rozprawie.Starszy facet, strasznie wredny i zacietrzewiony na moją klientkę, generalnie upierdliwy ramol.Sprawa, w skrócie, o zwrot nakładów czynionych przez klientkę na nienależącą do niej nieruchomość przez 50 lat.
    Typ zeznaje:…i wysoki Sądzie, tam była podłoga w pokoju, ja pamiętam, tam jeszcze do tej pory jest taki otwór z komorą w środku. Tam się chowały dziewczęta, bo Rosjanie gwałcili…
    Ja:O_o
    Świadek:…i tam się schował też taki syn sąsiada, on był zbiegiem z więzienia. Ja mówię sąsiadowi: słuchaj, ja wiem, że tego twojego syna – bo to był jego przybrany syn – policja szuka. Ja milicji powiem, gdzie on jest. I on się faktycznie wystraszył!
    Sędzia, na poły z fascynacją, na poły ze zniecierpliwieniem: Proszę pana,ponawiam swoje pytanie – co panu wiadomo na temat boazerii w przedpokoju przy schodach w domu przy Wrocławskiej..?

    • Słodki Jezus z marcepanu, zajebiste! :D

  • Dot

    „śmiała się z jego nieśmiesznych żartów i to takich naprawdę o lotności martwej przepiórki” jakie fajne porównanie! :)

    „I tak przez całą drogę.” czyli hihihi i hahaha. Nie lubię. Nie ma to jak jazda z ludźmi, których słychać zdecydowanie za głośno.

  • Przesłuchania do chóru. Kolejka długa, a czekanie męczące.
    Rozmawiamy sobie między oczekującymi i w pewnym momencie dostaję od współoczekującego studenta pytanie:
    – Grasz na czymś?
    – Tak, trochę na pianinie, a tak bardziej to na strunach głosowych.
    – Ładne masz pudło rezonansowe.
    Gdybym była wolna, dostałby mój numer <3

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących II

Skip to entry content

Jakiś czasu temu próbowałem oziębić piekło wszystkimi zaczynającym swoją przygodę ze światem korporacji i przybliżyć język, którym komunikują się pracownicy, tworząc wpis „Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących”. Mimo moich szczerych chęci zebrania wszystkich podstawowych grepsów z korporacyjnego slangu w jednym miejscu, poległem jak pięciolatek próbujący nie przewrócić się ślizgając na zamarzniętej kałuży pod domem. Okazał się, że za słabo sfokusowałem się na tym kejsie i tak bardzo chciałem opublikować wpis asap, że zrobiłem fakap i pominąłem wiele istotny zwrotów. Stąd druga część słownika tłumaczącego podstawowe słowa z korpomowy na język polski.

Kontynuujmy!

Mieć brejnstorm (brainstorm) – może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale założę się o paczkę zapałek, że brejnstormy występują w Twoim życiu od samego jego początku. Na przykład, gdy w podstawówce z kumplami zrzuciliście się na paczkę petard i zastanawialiście się, gdzie je odpalić, żeby zrobić największe spustoszenie. Albo wczoraj, gdy z partnerką zastanawialiście się na co wydać ostatnie 100 złotych, które zostało Wam do końca miesiąca. Rzucanie najbardziej abstrakcyjnych pomysłów rozwiązania danego problemu przez wszystkich, których masz w zasięgu wzroku, to właśnie burza mózgów.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony ma za mało pracy i chce poudawać, że zależy mu na Twoim i Twoich kolegów z działu zdaniu, mówi, żebyście rzucili wszystko co robicie w tej chwili i zrobili brejnstrom wokół problemu, który i tak sam najlepiej wie jak rozwiązać.

Fołardować maila (forward) – jeśli urodziłeś się w okolicach lat ’90, możesz kojarzyć to z kaseciaków i magnetowidów, ponieważ stało obok „play”, „stop” i „rewind” i oznaczało przycisk przewijający taśmę do przodu. W żargonie nierozrywkowym ma podobne znaczenie i odnosi się do „przesyłania maila dalej”.

Przykład zastosowania: dostajesz wiadomość, w której już po nagłówku widać, że pisał ją wtórny analfabeta, a gramatyka w niej jest na takim poziomie, że Kali z „W pustyni i w puszczy” wydaje wirtuozem słowa pisanego, więc fołardujesz ją do koleżanki siedzącej najdalej Ciebie, argumentując, że to związane z jej działką.

Apdejtować kogoś (update) – ten greps wywodzi się z języka informatycznego i znaczy tyle, co „uaktualniać”. Programy, gry, aplikacje. W biurze odnosi się to do bieżących spraw i ich aktualnego stanu.

Przykład zastosowania:

– I jak stan tego projektu?

– Chwila, dokończę to i cię zapdejtuję.

– Okej.

– Dobra. Ogólnie to jesteśmy w dupie.

Dres kod (dress code) – ani nie jest to szyfr dresiarzy, ani zakodowana sukienka. Dress code, to zbiór zasad związanych z ubiorem, panujących w danej firmie. W zależności od dres kodu, w jednych biurowcach można chodzić w trampkach i bluzach z kapturem, a w drugich tylko w stylówkach jak na obronę licencjatu.

Przykład zastosowania: jeśli jesteś kobietą, a Twój partner pyta Cię czemu Wasze wspólne konto oszczędnościowe po Twoim ostatnim wyjściu na zakupy wyzerowało się, mówisz, że musiałaś dostosować swoją garderobę do dres kodu panującego w nowej firmie.

Tiket (ticket) – intuicja podpowiada, że chodzi o bilet, ale na korporacyjnym tikecie, ani nie pojedziesz autobusem, a już na pewno nie wejdziesz do kina. W biurowej nowomowie ten zwrot oznacza zgłoszenie, które wysyłasz w formie mailowej, gdy masz z czymś problem lub czegoś potrzebujesz.

Przykład zastosowania: gdy od poniedziałku przy Twoim stanowisku nie działa myszka, w piątek przynosisz swoją i wysyłasz tiketa z prośbą o nową do działu IT, po czym dostajesz odpowiedź, że zgłoszenie zostało zamknięte, bo dostawa akcesoriów komputerowych będzie dopiero przyszłym tygodniu.

Task – wybaczcie, jeśli Was rozczaruję, ale z taskiem nie wiąże się ani żadna zabawna anegdota, ani rzucające nowe światło skojarzenie. To po prostu zadanie.

Przykład zastosowania: jeśli nie wiesz jak zwalić swoją robotę na podwładnego, tak żeby nie pyskował, to mówisz, że od zrealizowania tego taska będzie zależała jego ocena końcoworoczna.

Każual frajdej (casual friday) – nie dość, że piątek, piąteczek, piątunio, to jeszcze zwykły. A w zasadzie to niezwykły, bo gdy jest każual frajdej możesz rytualnie spalić wszystkie białe kołnierzyki wiszące w Twojej szafie i ubrać się inaczej niż od poniedziałku do czwartku. Bardziej jakbyś szedł na koncert jazzowy, a mniej jak na studniówkę.

Przykład zastosowania:

– Marcin, czemu przyszedłeś do pracy w Crocsach i koszulce z odwróconą Gwiazdą Dawida?

– Bo jest każual frajdej.

Ardżent (urgent) – pojawia się w nagłówku maila i ma Ci dać do zrozumienia, że powinieneś rzucić wszystko, czym zajmujesz się w tej chwili – zwłaszcza, jeśli trzymasz w rękach kubek z wrzątkiem – bo kwestia, która pojawia się w treści wiadomości jest hiper-mega-ultra ważna. Najczęściej na poziomie istotności Twojej oceny z wuefu na świadectwie maturalnym.

Przykład zastosowania: jeśli to Twój przełożony zmiksował kiszone ogórki z ciepłym mlekiem i zanim zasiadł na tronie zapomniał sprawdzić, czy obok berła ma również papier toaletowy, to na służbowego maila możesz dostać pytanie o chusteczki higieniczne z dopiskiem „ardżent” w tytule wiadomości.

Owertajm (overtime) – na logikę to wydawałoby się, że chodzi o „ponadczas”, „nadczas”, „nieskończoność czasu”, „czwarty wymiany”, „podwodne światy” i „iluminatów”. Owertajm to jednak coś zdecydowanie bardziej przyziemnego, bo nadgodziny, aczkolwiek mając ich zbyt wiele także można przenieść się do innej rzeczywistości.

Przykład zastosowania: gdy rodzina pyta, czemu nie widziała Cię od bierzmowania, mówisz, że robiłeś owertajmy, bo pracujesz nad ważnym projektem.

Być bizi (busy) – mimo wspólnego początku nie ma nic wspólnego z byciem bi. „Być bizi”, to mniej wulgarne „mieć zapierdol na Fejsie”, czyli po prostu być zajętym. A w zasadzie być zapracowanym, żeby ktoś nie pomyślał, że chodzi o status związku.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony pyta, czy poprowadzisz 17 projekt w tym samym czasie, mówisz, że nie chcesz mu odmawiać, ale zasadniczo, to jesteś ciutkę bizi.

Fidbek (feedback) – pierwszy raz z tym słowem spotkałem się w gimnazjum, gdy w edytorze dźwięku nakładałem echo na wokal i jedna z gałek była podpisana właśnie w ten sposób. Tłumacząc fidbek wprost na polski dostajemy „sprzężenie zwrotne” i w świecie raportów, Exceli i intranetu znaczy zasadniczo to samo, bo chodzi o „opinię”, „informację zwrotną”, „komentarz do przesłanego materiału”.

Przykład zastosowania: gdy w Twojej firmie wprowadzili system mierzący aktywność pracowników przy komputerach, który odnotowuje każde 5 minut, kiedy nie ruszasz myszką tylko próbujesz trafić kulkami z papieru do kosza, w fidbeku autorom oprogramowania piszesz, że jest do dupy.

PieM (project manager) – jeśli w myślach już odpowiedziałeś „ja też pijem! dawajcie szkło”, to pohamuj swe konie habilitowany anglisto, albowiem PieM to kierownik projektu, czyli Twój aktualny pan i władca.

Przykład zastosowania:

– Czemu Grzegorz ma największe biurko i fotel bez odpadającego oparcia?

– Bo to PieM.

Falołap (follow-up) – wbrew pozorom nie chodzi o łapanie fal, a kontaktu z klientem. Falołap to rodzaj przypomnienia o swoim istnieniu osobie, do której masz jakiś interes, nawiązując do spotkania lub rozmowy telefonicznej jaką już odbyliście.

Przykład zastosowania: gdy po godzinnej prezentacji, w trakcie której klient na przemian ziewał, sprawdzał Fejsa i budował szyb kopalniany w swoim nozdrzu, wracasz do biura, aby nie stracić tej nici porozumienia, która się między Wami nawiązała, wysyłasz mu falołapa odnoszącego się do tego co udało Wam się ustalić.

Lancz brejk (lunch break) – żeby junior brand managerowie i senior executive accountanci nie musieli chodzić na przerwy obiadowe jak zwykły plebs, wymyślono lancz brejki.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz w pseudo-subtelny sposób zaznaczyć swój status społeczny przed nowopoznanymi ludźmi, opowiadasz jakiś suchar na poziomie żartów w „Playboyu”, mówiąc, że usłyszałeś go od kolegi na lancz brejku w piątek.

Majlstołn (milestone) – w zapisie może przypominać zupę minestrone, ale to wyjątkowo niewarzywne pojęcie, lecz odnoszące się do kamieni. Kamieni milowych. Majlstołny, to kluczowe elementy, czy też fazy projektu, po ukończeniu których można odetchnąć z ulgą, że ten dom, który budujecie nie pierdolnie, a chyba faktycznie stanie i ktoś nawet będzie mógł w nim zamieszkać.

Przykład zastosowania:

– Renata, mogę wyjść dzisiaj z pracy 5 minut wcześniej?

– Nie ma mowy, przecież wiesz ile mamy roboty!

– Ale ja jestem z pracą do przodu, a dzisiaj zrobiłem majlstołna w procesie dla Niemców.

– Tak?

– Utworzyłem na pulpicie nowy folder z nazwą projektu.

---> SKOMENTUJ

Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Skip to entry content

Jeśli miałbym zupełnie szczerze odpowiedzieć na pytanie z nagłówka i powiedzieć Ci jakie jedzenie w Tajlandii jest warte uwagi i czego koniecznie powinieneś spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

Po pierwsze, te smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich, że każda potrawa jest jakimś przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, szama jest tam tak tania, że nawet jeśli coś Ci nie będzie smakowało, to bez żalu możesz tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, są naprawdę dobre i w trakcie dwutygodniowego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Niech Cię zanudzić na śmierć, bo od tego masz transmisje obrad sejmowych, dlatego pokażę Ci tylko to jedzenie w Tajlandii, które znalazło specjalne miejsce w moim serduszku, a przede wszystkim żołądku, ale pamiętaj, że gdy będziesz na miejscu, nie ma sensu się ograniczać i można jeść wszystko, co się zbyt żwawo nie rusza.

Pad thai

jedzenie-w-tajlandii-pad-thai

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale trafiałem też na wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak w zasadzie wszystko inne, zjecie w ulicznej knajpie. Co do kwestii „czy warto?” to niech najlepszą rekomendacją będzie, że w trakcie dwutygodniowej podróży jadłem go kilkanaście razy.

Świeże owoce

jedzenie-w-tajlandii-swieze-owoce

Świeże ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Gdyby tak było w Polsce przestałbym żreć czekoladę i batony.

Owoce morza

jedzenie-w-tajlandii-owoce-morza

Nie wiem jak oni to robią, ale Tajowie są w stanie tak przyrządzić krewetki w czosnku, że człowiek po konsumpcji nie śmierdzi jakby właśnie miał ruszać na polowanie na wampiry. Do tego, jeśli zamawiasz zwierzątko typu krab, czy homar, to możesz mieć pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze żyło. A jeśli inne owoce morza, to że ruszały się dziś rano.

Czipsy na patyku

czipsy

Nie są jakieś turbo inne niż te paczkowane, ale zajebiście wyglądają i to spoko przegryzka w trakcie chodzenia po mieście.

Tajskie lody

jedzenie-w-tajlandii-tajskie-lody

Po kebabach, zapiekankach, burgerach i frytkach belgijskich, w Polsce zaczyna się moda na tajskie lody, więc byłem bardzo ciekawe, czy w Tajlandii są dużo lepsze niż u nas i przeżyłem małe zaskoczenie. W kwestii smakowej są bardzo porównywalne, a może nawet gorsze, bo Tajowie pakują do nich więcej dodatków, przez co smak się rozmywa, ale to co mnie zdziwiło, to fakt, że w swojej ojczyźnie wcale nie są popularne i na przykład w Bangkoku w ogóle nie mogłem ich znaleźć. Trafiłem na nie dopiero na Ko Phi Phi, w połowie wyjazdu, i już byłem pewien, że jest z nimi tak samo, jak z rybą po grecku, której Grecy praktycznie nie znają.

Szaszłyki

jedzenie-w-tajlandii-szaszlyki

Może Ci się wydawać, że to nic wyjątkowego, bo przecież u nas też się je jada, jednak tu smakują zdecydowanie inaczej, przez słodką marynatę, którą nasiąkają. Nie mówiąc już o tym, że znajdziesz tu coś takiego jak szaszłyk z parówek, co w połączeniu z miodowo-ostrym sosem jest naprawdę egzotycznym doznaniem smakowym.

Egzotyczne soki

jedzenie-w-tajlandii-soki

Na powyższych zdjęciach widzicie świeży sok z mango, mleko kokosowe w kokosie i trawę cytrynową i to moje 3 ulubione niemrożone napoje, jakie można było dostać na ulicy. Pycha!

Zupy ze wszystkim

jedzenie-w-tajlandii-zupy

Takie lokalne, tajskie rameny. Bardzo sycące, bardzo pożywne i bardzo smaczne. I błyskawicznie podawane.

Naleśniki

jedzenie-w-tajlandii-nalesniki

Te na dole zdobyły moje podniebienie i odkąd je odkryłem jadłem przynajmniej jednego dziennie. Podstawowa wersja, którą widzicie na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Ultra dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Te u góry to takie grubsze i słodsze naleśniory, bardziej jak amerykańskie pancake, przy czym, co ciekawe, w Tajlandii pojawiają się w wersji z nadzieniem z budyniem (nieco mdłe), jak i z parówką (brakło mi jaj, żeby spróbować, czego bardzo się wstydzę).

Sukiyaki

sukijaki

Sukiyaki w wersji tajskiej oczywiście, czyli jajecznica z krewetkami, azjatycką bazylią i warzywami. Obowiązkowa pozycja dla wielbicieli krewetek.

Szejki owocowe

jedzenie-w-tajlandii-szejki

Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego po prostu przy sokach, ale stwierdziłem, że świeże owoce zmiksowane z lodem zasługują na oddzielny akapit. Czemu? Bo to było po prostu uzależniające! A szejk ze smoczego owocu, to już w ogóle odebrał mi rozum jak pierścień Golumowi. Prze-py-szne! Piliśmy to z Dominikiem w kółko niezależnie od pory dnia i miejsca, w którym byliśmy.

Na co trzeba uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

kuchnia

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję Was, ale żeby uniknąć biegunki nie musicie robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co robicie w Polsce, bo jak nagle przestaniecie myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś Was może złapać.

Przez całe te dwa tygodnie jadłem cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic mi się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy mogą wyglądać tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leży na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budzi zaufania, ale wbrew pozorom, to wszystko jest świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

---> SKOMENTUJ