Close
Close

Negatywne skutki bycia w długoterminowym związku

Skip to entry content

Jest wiele tragedii, które mogą się zdarzyć  mężczyźnie, ale tylko 5 z nich jest w stanie odcisnąć piętno, którego nie da się pozbyć i wrócić do normalnego funkcjonowania bez wieloletniej terapii u specjalisty.

  1. Użycie innych kosmetyków do twarzy, niż wódka rozlana na stole, w którą się wpadło wbijając gwoździa.
  2. Zobaczenie swojej matki w sytuacji jednoznacznie seksualnej.
  3. Zatrucie żołądkowe w trakcie Oktoberfestu.
  4. Doznanie niemocy podczas trójkąta z dwiema biseksualistkami.
  5. Wejście w poważny długoterminowy związek.

Przy punkcie numer 5 pozostałe tracą na znaczeniu, tak samo jak jedynka z kartkówki na biologii w czwartej klasie podstawówki traci na znaczeniu przy studiowaniu europeistyki. Są porażki i są tragedie życiowe i uszanujmy te drugie, nie przyrównując do nich tych pierwszych. Jedyną gorszą rzeczą jaką można sobie zrobić jest zawarcie małżeństwa. Ale to tak jakby stopniować śmierć – nie da się być mniej lub bardziej martwym.

Gdy orientujesz się jak wyniszcza Cię trwanie w niechwilowej relacji z kobietą, zazwyczaj jest już za późno i Charon szykuje Ci łódź, dlatego jak w reklamie Rutinoscorbinu, lepiej przeciwdziałać niż leczyć. I zawczasu być świadomym jakie są negatywne skutki bycia w długoterminowym związku. Bo jest ich całkiem sporo i żadnego z nich nie należy bagatelizować, bo skończycie jak Anakin Skywalker. Bez ręki, nogi i z dławicą piersiową.

Po pierwsze, tracisz kontakt ze znajomymi

Zamiast jak co piątek pójść z kolegami na miasto, zalać się w trupa i urwać film, oglądasz jeden z nich, zasypiając i budząc się w tym samym miejscu, w dodatku nie mając problemu z jego identyfikacją. Nie szlajasz się po nocach od jednej mordowni do drugiej tancbudy, Twoje ciuchy nie śmierdzą jakbyś wyszedł z wędzarni, a następnego dnia nie drapiesz po wyświetlaczu, próbując doskrobać się do jednego zera, które zniknęło z Twojego konta.

I co najgorsze, dajesz sobie wmówić, że Ci z tym dobrze. Absurd.

Po drugie, przestajesz jeść swoje ulubione jedzenie

Gdy okazjonalne spotykanie się na mieście zamienia się w pełnoprawne bycie razem, obejmujące również konsumpcję posiłków, po których nie następują sesje zapasów łóżkowych – w sensie, że jecie nie tylko kolację razem – dowiadujesz się kilku ciekawych rzeczy. Na przykład, że żarcie burgerów 8 razy w tygodniu jest nie do końca zdrowe, żarcie mięsa z mięsem w sosie z mięsa tuż przed spaniem też średnio, a deser z połowy kilograma czekolady to już w ogóle.

Nie zdążysz wymienić w myślach wszystkich liczb pierwszych poniżej miliona, a już zaczyna się terror żywieniowy, polegający na informowaniu Cię jak bardzo ciężkostrawne są kolejne pozycje z Twojego menu. W efekcie zaczynasz się przejmować tym co jesz, ulegasz tyranii zdrowia i żegnasz się ze swoją ulubioną szamą, robiąc krzyżyki z kiełków brokułu na kanapkach śniadaniowych.

Po trzecie, przechodzisz pranie mózgu

Dla niepoznaki i zmarginalizowania problemu często nazywane dojrzewaniem lub zmianą poglądów.

Dzieląc z kimś nie tylko ciała, ale i życie, a przede wszystkim myśli i to te głębsze niż „swędzi mnie ucho”, czy „chyba będzie padać”, zestawiasz swoje przekonania i prawdy, którymi się kierujesz, z przekonaniami i prawdami tej drugiej osoby. I jeśli są one różne, to zaczynasz robić coś niebezpiecznego, co nazywa się przyjmowaniem innej perspektywy i zastanawiasz się, czy może jej pogląd na daną sprawę nie jest słuszniejszy od Twojego. Co bezpośrednio prowadzi do prania mózgu.

W najlepszym przypadku możesz stać się bardziej empatyczny i wrażliwy, a w najgorszym możesz przestać postrzegać homoseksualizm jako chorobę, tak że radzę uważać.

Po czwarte, poszerza się zakres ról, w których występujesz

Nie jesteś już tylko czyimś synem, pracownikiem korporacji, właścicielem chomika i członkiem osiedlowej ligi w CSa. Nie. Jakby te 4 role społeczne były za mało angażujące i czasochłonne, to żeby do reszty wypełnić ostanie kilka wolnych godzin w dobie, okazuje się nagle, że również jesteś czyimś partnerem życiowym. Przez co zaczynasz myśleć o sobie w liczbie mnogiej, stajesz się rozsądniejszy, a w dodatku poznajesz nowych ludzi. Jakbyś nie miał co z czasem robić.

Po piąte, tracisz swoje rzeczy

Nie ma nic gorszego, niż kobieta, która dorwie się do męskiej szafy i dostanie – wymuszone, ale jednak – pozwolenie przejrzenia jej. No dobra, 40-procentowy podatek dla przedsiębiorców jest gorszy, ale my teraz nie o hajsie. Wracając do tych ciuchów, nagle okazuje się, że gdzieś w zakamarkach pawlacza masz muchę z pierwszej komunii świętej, która do niczego Ci nie pasuje, koszulę z bierzmowania, która jest na Ciebie – o dziwo – za mała i buty ze studniówki, które są w tym momencie retro. A Ty się nie ubierasz retro.

Oczywiście te kilka reliktów przeszłości, które zupełnie świadomie i celowo trzymasz w swojej szafie, to za mało, żeby dać Ci do zrozumienia, że powinieneś zrobić delikatny remanent, więc nagle pojawiają się wypłowiałe koszulki, wytarte spodnie i ciuteńkę nadgryzione zębem czasu bluzy. Czujesz, że niektórych z tych rzeczy dla własnego dobra lepiej już nie zakładać, ale bez przesady, żeby tylko z tego powodu, ktoś mówił Ci, że masz je wyrzucić.

Mimo, że to Twoje trupy w szafie i powinieneś pochować je tylko wtedy, gdy uznasz to za stosowne – czyli nigdy – grzebiesz je przed ostatecznym rozkładem. Tracąc tym samym swoje rzeczy.

***

Ze związkami jak z lekami, przed skorzystaniem warto przeczytać ulotkę, żebyś wiedział co Cię czeka.

autorem zdjęcia w nagłówku jest royalty free

(niżej jest kolejny tekst)

23
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
10 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Wiesław, Kacper MJoasia KamińskaBartasOlga KomorowskaTomek Michalski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Weronika
Gość
Weronika

Uwielbiam Twoje teksty i dziś chyba po raz pierwszy się zawiodłam. Znam już Twoją twórczą stronę i przyjmuję to z dystansem, kilka razy się nawet uśmiechnęłam ( 4 pierwsze podpunkty okropnych rzeczy), jednak nie trafił do mnie ten wpis – liczyłam na jakąś puentę, że nie taki diabeł straszny jak go Staj maluje, a tu nic. Związki to nic strasznego, gdy są odpowiednio dobrane, dawkowane i gdy pierwszą rolę gra miłość. Długoterminowe związki są jeszcze wyższym levelem fajności. Nie zgadzam się z argumentami przytoczonymi we wpisie, bo u mnie wszystkie sytuacje nie mają miejsca. Dalej się ze Swoim potrafię szlajać… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Zapraszam do zapoznania się ze słowem „ironia” i przeczytania jeszcze raz tego wpisu.

Grechuta
Gość
Grechuta

Bez obrazy Weronika, ale ten post naprawdę nie był trudny do zrozumienia, czy Jan naprawdę miał wielkimi literami napisać iż to co wymienił to w rzeczywistości zalety długotrwałych związków?

Maciej Blatkiewicz
Gość

Na punkt drugi jest jeden sposób: pisz bloga o burgerach i mów, że to Twoja praca, którą zarabiasz na życie! :D

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

> nie da się być mniej lub bardziej martwym.
Ja przepraszam bardzo a Kot Schroedingera?!

S.
Gość
S.

Czyli jak nie do końca jesteś pewien czy jesteś w małżeństwie to nie można określić zgonu dopóki fakt małżeństwa nie zostanie przyjęty do wiadomości :D

Natalia
Gość

Pssst! Janek? Bo ogólnie to biologii nie ma w czwartej klasie podstawówki, jest przyroda. Biologia to od gimnazjum. A po reformie od piątej klasy… No chyba, że to miało podkreślić nieważność jedynki :D
A tak w ogóle, to prawie mnie przekonałeś, że dłuższe związki są bez sensu. Możesz zostać politykiem, ciemnotę przekonasz.

Jan Favre
Gość

Znowu coś mi nie wyszło…

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

Znany bloger niewystarczająco podkreślił ironię w tekście! [ZOBACZ MEMY]

Natalia
Gość

Nie pła.. ee.. nie… przepraszam, przejęzyczyłam się… Koniecznie idź się wypłakać. Ale najpierw mi napisz, czy to była ironia.

Jan Favre
Gość

Nie mogę, bo zepsuję zabawę.

Gabriela Raczyńska
Gość
Gabriela Raczyńska

spoko, lubie burgera! ;D narzuciłam zwyczaje żywieniowe, to fakt.;d ale mi też wmuszono pewne „nowości” tak więc, on przystaje na to, że moim ulubionym daniem jest makaron z kurczakiem + duża porcja śmietanowego sosu, a ja zaakceptowałam, że dodawanie czosnku do większości dań raczej mi nie zaszkodzi (nawet do mojego makaronu). znajomi? o jak dobrze, że ja odnalazłam się w gronie jego znajomych i wzajemnie.;d dodatkowo wyznajemy zasadę – chcesz wyjść sam/a? proszę bardzo.;d on umawia się z moją przyjaciółką w weekend, a dopiero potem mnie informuje – aaa, zapomniałem! widzimy się wieczorem z A. ;D najbardziej podoba mi się… Czytaj więcej »

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia

Najlepsze uliczne historie: jesień

Skip to entry content
W zasadzie to te uliczne historie powinny mieć podtytuł „zima”, bo od jakiegoś czasu mamy dwie pory roku – ciepłą i zimną. A w zasadzie to zajebistą i chujową. Co by się jednak nie działo za oknem i ilu stopni Celsjusza by nie wskazywał termometr, miejskie dialogi nie zawodzą i zawsze trafi się coś wartego zanotowania. Nie inaczej było tej – kalendarzowej – jesieni, przed Wami złota dziesiątka podsłuchanych rozmów, w sam raz na niezłotą polską jesień.

#1 Zdezorientowany cenami wody w spożywczaku przy Rynku, mimowolnie przysłuchuję się rozmowie ekspedientek.

– A ty co dzisiaj robisz?
– Świętuję, brat mi się postarzał.
– Impreska urodzinowa. Fajno.
– No, tylko mógłby sobie w końcu jakąś babę znaleźć.
– A ile ma lat?
– Kończy już 22.
– Eee, to jeszcze ma czas.
– No, ale jakby miał babę, to by się ogarnął i nie musiałabym mu gotować i prać.
– No, ta.

Niestety, ale obawiam się, że jeśli 22-letni mężczyzna nie potrafi sam o siebie zadbać, bo matka i siostra nauczyły go, że jego rączki są zbyt delikatne, żeby zajmować się tak niegodnym zajęciem jak pranie i gotowanie, to znalezienie sobie „baby” raczej nie pomoże mu się ogarnąć. Sprawi tylko, że to ona przejmie obowiązki robota sprzątająco-kuchennego.

#2 Jadę sobie pociągiem do Warszawy, oczywiście spóźnionym, bo w końcu niepunktualność jest już wpisana w DNA marki PKP, i przychodzi pani z kontrolą biletów.

– Dzień dobry, kontrola biletów.
– Dzień dobry, proszę.
– A legitymacja?
– Ale to nie jest ulgowy.
– Ach faktycznie, bo pan tak młodo wygląda, że myślałam, że w liceum jeszcze.

Cholera, wzięła mnie sposobem. Jak ja teraz mogę złościć się o to spóźnienie, jak tu mnie odmładzają o 10 lat?

#3 Mówi się, że sytuacja ekonomiczna w Polsce jest coraz lepsza, że rośnie płaca minimalna, spada bezrobocie i z roku na rok jest lepiej.

Ale to kłamstwo. Kłamstwo, które próbują wmówić nam media.

Wystarczy wyjść na ulice, żeby zobaczyć jak to wygląda naprawdę i jak mróz zbiera sine żniwo z tych, którym powodzi się gorzej i nie stać ich na podstawowe produkty. Każdego dnia chodząc po mieście widzę dziesiątki kobiet w zniszczonych spodniach przetartych ze starości na kolanach i w za krótkich, skurczonych zapewne przez wielokrotne pranie, skarpetkach wystawiających ich skórę na starcie z arktycznym powietrzem. Te kobiety, najczęściej młode i jeszcze niewinne, trzęsą się z zimna i są o krok od zamarznięcia, bo nie stać je na nowe, niezniszczone spodnie i nieprzykrótkie skarpetki.

One nie zasłużyły na swój los, ale właśnie tak działa system – wyciska do ostatniej kropli jak wspólną cytrynę w pracowniczej kantynie te najsłabsze ogniwa, którym poszczęściło się trochę mniej. A są ich tysiące, setki tysięcy.

Dzisiaj spotkałem jedną z nich, młodą, prawie szczupłą, bogu ducha winną niewiastę o oczach błękitnych jak pięćdziesięciozłotówka, policzkach rumianych jak rumianek i skórze sinej jak lewy górny róg logotypu Instagrama. Stała na przystanku z gołymi kolanami i nieokrytymi kostkami, sama, odrzucona tylko dlatego, że nie stać ją na nowe ubrania, maskując społeczny ostracyzm patrzeniem w telefon, zmarznięta jak Hibernatus, konając z zimna. Jej urywany oddech, wraz z utratą ciepła zamieniający się w coraz mniejsze kłębki pary, niemo krzyczał „pomóż mi! błagam! opatul mnie!” i widząc to serce zaczęło mi się kroić jak polędwica na tatara, bo wiedziałem, że nawet jeśli dam jej nowe skarpety i niepocerowane spodnie, to nie będę w stanie dotrzeć do wszystkich potrzebujących opatulenia…

Niestety.

#4 Byłem wczoraj z kolegą w Banialuce, bo Banialuka to jest właśnie takie miejsce, żeby pójść z kolegą i się napić, a w zasadzie upić, i widziałem dwójkę ludzi, którzy byli tam zdecydowanie na randce. Pójście na randkę do Banialuki to trochę jak pójście na ustawkę kibicowską, żeby porozmawiać o poezji. Albo jak pójście do rzeźni po ciecierzycę. Albo jak pójście do Galerii Krakowskiej po cokolwiek. Ogólnie słabe dopasowanie miejsca do sytuacji. No ale, różni ludzie lubią różne rzeczy, to też oddałem się zajęciu, które lubię ja, mianowicie obserwacji.

Z obserwacji wynikało, że koleżanka, która brała udział w spotkaniu jednoznacznie damsko-męskim, przygotowywała się raczej na jakieś modne, lansiarskie miejsce na Dolnych Młynów, co sugerowało ubranie wysokich czarnych szpilek, eleganckiej czarnej sukienki i ogólnie odstawienie się jak na studniówkę, a – jak już wiemy – wylądowała w spelunce, gdzie grzańca podają w stołówkowych szklankach na kompot. Dalsza obserwacja zaowocowała sceną, w której kolega uczestniczący w randce zaproponował zmianę stolika na taki, z którego widać telewizor, bo wczoraj – uwaga, uwaga, bądźcie gotowi na zaskoczenie – leciał jakiś mecz. Mecz którym wszyscy zebrani w lokalu byli bardzo rozemocjonowani i najwyraźniej ów kolega nie chciał by owa ekscytacja go ominęła. Ku memu zdziwieniu, koleżanka nie oponowała przeciw takiemu uatrakcyjnieniu randki, co więcej, nie oponowała nawet kiedy przypadkowe osoby, bardzo zaangażowane wokalnie w widowisko sportowe, postanowiły się dosiąść do randkującej pary. Ani jedna brew nie uniosła się by ściągnąć pioruny, ani jeden grymas nie splamił pogodnych polików w celu wyrażenia głębokiego niezadowolenia trawiącego dobre samopoczucie od środka. Żadna z tych reakcji nie miała miejsca.

Obserwację zakończyłem na refleksji, że to musiała być miłość. Miłość do sportu oczywiście.

#5 Idę do biblioteki i mijam rozmawiające ze sobą dwie starsze panie:

– Cześć Marysiu…
– Cześć Małgosiu.
– …z zakupów?
– Nie, dzisiaj nie.
– To skąd?
– Aaa, byłam w bibliotece, poczytać sobie.
– Pewnie jakieś romansidła?
– No troszkę [wstydliwy rumieniec 5-latka]. Tylko nie wygadaj się przed Henrykiem, bo powiedziałam mu, że idę na cmentarz.

Rozumiem ją, ja w podstawówce też mówiłem babci, że idę na cmentarz, a szedłem pograć na Pegazusie u kumpla.

#6 Siedzę w poczekalni do laryngologa (już 3 miesiące nie byłem chory, tak że najwyższy czas, co nie?), a obok mnie siedzi mama z dzieckiem. Chłopczyk (nie znam się na dzieciach, ale na pewno niepełnoletni) kilkukrotnie podjeżdża pod moją czapkę zabawkową koparką i próbuje ją nabrać na łyżkę (w sensie na to coś, co w koparce służy do nabierania ziemi).

– Stasiu, co ty robisz? Tak nie wolno, przeproś pana – mama upomina chłopca.
– Przepraszam – kaja się młody operator maszyn budowlanych.
– Nie szkodzi, nic się nie stało – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Wie pan – zagaja mama – on tak wszędzie chodzi z tą koparką, bo on chce być budowniczym i budować pira… – mama nie zdąża dokończyć zdania.
– Lepszą Polskę – dopowiada Stasiu.

No ładnie, jest nadzieja w narodzie.

#7 Lubię chodzić sam do knajp, bo wtedy mogę w spokoju poobserwować ludzi i powyłapywać ich osobliwe zachowania. Dzisiaj na przykład siedziałem obok chłopaka i dziewczyny, którzy wyglądali jakby byli na jednej z pierwszych randek – jemu oczy się świeciły jak lampki choinkowe, gdy na nią patrzył, a ona śmiała się z jego nieśmiesznych żartów i to takich naprawdę o lotności martwej przepiórki. W pewnym momencie on wyszedł do toalety, a jej zadzwonił telefon, który odebrała dopiero po konspiracyjnym zlustrowaniu otoczenia, więc domyśliłem się, że warto nadstawić ucha.

– Blablabla blablabla, jestem na obiedzie z takim chłopaczkiem z uczelni, blablabla blablabla, no, jemu się wydaje, że to jest randka, blablabla blablabla, no i co, że będzie robił sobie nadzieję, ważne, że za mnie zapłaci, blablabla blablabla.

Jaki z tego wniosek? Lepiej nie umawiać się ze studentką w restauracji, bo nigdy nie wiesz, czy nie spotyka się z Tobą tylko dlatego, że jest głodna.

#8 Przechodzę obok Bagateli, wpadają na siebie dwie dziewczyny:

– Marcela?!?!
– Cześć, Klaudia.
– Ja cię! Ja nie mogę! Ale super włosy! Bosko wyglądasz, zupełnie jak nie ty!

Zakamuflowany pojazd od koleżanki zawsze spoko.

#9 Kupiłem bilet na pociąg z miejscem w wagonie bezprzedziałowym, przychodzę na peron, okazuje się, że kolejarzom coś się ciutkę pomyliło i nie ma takiego. Całe PKP. No nic, wsiadam, siadam, a na przeciwko mnie dwie ameby pretendujące do tytułu miss osiedla.

– Zobacz, zobacz, co mi wysłał, hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– I co mu odpiszesz, hihihi, hihihi?
– Nie wiem, hihihi, hihihi. Chyba wyślę mu to, hihihi, hihihi.
– Pojebana jesteś, hihihi, hihihi. Weź mu tego nie wysyłaj, hihihi, hihihi.
– Wyślę mu, hihihi, hihihi. Zobaczymy co odpisze, hihihi, hihihi!
– No co ty, Gocha, nie wysyłaj mu tego, hihihi, hihihi!

I tak przez całą drogę.

#10 Wczoraj na obiedzie stolik obok mojego siedziała dwójka seniorów, którzy byli na randce, co było wyjątkowo wzruszające.

Wiele osób w ich wieku, jest samych i samotnych, nie myśląc nawet o tym, że może być inaczej, ba! masę osób w moim wieku tak uważa, a oni nie zważając na datę w metryce, wielkość bagażu doświadczeń i liczbę zmarszczek na czole, mają siłę by szukać. Patrzenie na starszych ludzi, którzy walczą o swoje szczęście i nie poddają się uznając, że co miało się wydarzyć w ich życiu to już się wydarzyło, a teraz można już tylko odliczać dni do śmierci, łapie za serce mocniej niż tysiąc słodkich kotków na Facebooku. Obserwowanie ich nawiązywania relacji było jednym z najbardziej emocjonujących przeżyć w tym roku.

Odbijając jednak od tego patetycznego tonu, w pewnym momencie ich rozmowa zeszła na tematy okołobożonarodzeniowe:

– I jak przygotowania do świąt?
– Jakoś sobie radzę…
– To świetnie!
– …kupiłam wczoraj nowa spódnicę na promocji.

Jak widać, niektóre rzeczy pozostają niezmienne.

***

Tradycją ulicznych historii jest, że po obśmianiu moich heheszkujemy z Waszych, tak że wiecie co z tym zrobić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gato-gato-gato