Close
Close

6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z festiwalem Tauron Nowa Muzyka Katowice

Na pierwszy festiwal muzyczny w życiu pojechałem stosunkowo niedawno, bo zaledwie 4 lata temu, ale gdy już tylko dotarłem na miejsce i rozłożyłem namiot, od razu zacząłem żałować, że tak długo się do tego zbierałem. Czemu? Bo poza głównym, najoczywistszym powodem, dla którego się tam wybrałem, czyli muzyką, było masę innych, których wcześniej zupełnie nie byłem świadom. A okazały się równie ważne, jeśli nie ważniejsze od głównej motywacji, i gdybym tylko wiedział o ich istnieniu wcześniej, to nie zbierałbym się do tego tyle czasu.

Na początku lipca w Katowicach, dokładnie to w dniach 6-9.07, dobędzie się 12 edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. Imprezy, na której usłyszysz brzmienia z pogranicza electro, jazzu i rapu. Na ośmiu scenach wystąpią takie asy jak: The Cinematic Orchestra, RY X, Fisz i Emade, Gold Panda, Róisín Murphy, Ten Typ Mes, czy Max Cooper. Pełną listę wykonawców znajdziesz na oficjalnej stronie festiwalu, ALE nie tylko ze względu na koncerty warto wpaść na początku wakacji do Kato. Dlaczego jeszcze i co poza samą muzyką ma do zaoferowania to wydarzenie?

Poznaj 6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Murale

Roa / 2012
Aryza / 2011

Jeśli wybierasz się do Katowic pociągiem, kozackie murale belgiskiego artysty Roa i hiszpańskiego Aryza, to pierwsze co widzisz wjeżdżając na dworzec. W całym mieście jest tego dużo więcej, świetnie wpisując się w industrialny klimat stolicy Śląska i zdobiąc ją jak biżuteria kobietę. I to naprawdę wysoka jakościowo biżuteria, bo wiele z tych prac to współczesne dzieła sztuki. Luki między koncertami, to dobre momenty, żeby cyknąć im fotę albo dwie.

Atmosfera!

Festiwale to trochę takie kolonie dla dorosłych. Tym się różnią od „normalnych” koncertów, że nie jesteś wyrwany ze swojej rzeczywistości i wpadasz na chwilę na imprezę, tylko na 3-4 dni przenosisz się do innego świata. Gdzie panują inne zasady, inne prawa fizyki i zasadniczo czasem dochodzi do zakrzywienia czasoprzestrzeni. Te anomalie pogodowe wynikają ze specyficznego klimatu na festiwalach, który sprawia, że zamknięci się otwierają, nieznajomi się zaprzyjaźniają, a odludki się jednoczą i wszyscy są jedną wielką rodziną.

Jestem pewien, że gdyby w każdym z państw obywatele mieli obowiązek uczestniczenia w przynajmniej jednym tego typu wydarzeniu rocznie, to na świecie nie byłoby wojen. Na Nowej Muzyce ze względu na kameralność festiwalu można to poczuć jeszcze mocniej.

Wizualizacje

Festiwalowe koncerty z pogranicza electro i techno mają to do siebie, że ich oprawa wizualna bywa naprawdę genialna i często stojąc w tłumie między ludźmi zastanawiam się, czy od słuchania samej muzyki bardziej nie jarają mnie towarzyszące jej obrazy. Komputerowe wizualizacje tętniące w rytmie bębnów potrafią wprowadzić w prawdziwy trans lepiej niż używki i pozwolić odpłynąć dalej niż na łódce. Mega miłe uczucie.

Muzeum śląskie

Tauron Nowa Muzyka Katowice ma miejsce w Strefie Kultury, która obejmuje niedawno oddane do użytku gmachy Muzeum Śląskiego. Będące jednym z fajniejszych muzeum w jakim byłem. I poznacie w nim historię regionu, i cofniecie się do szalonych lat 90-tych, i odbijecie się w największe w Polsce sali do robienia sobie makijażu. To znaczy lustrzanej. Warto. Jeśli nie w celach poznawczo-edukacyjnych, to choćby rozrywkowo-instagramowych.

Darmowy pokaz mody

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 29 sierpnia 2016

Na co dzień jesteśmy osadzeni w swoich stałych środowiskach, które zazwyczaj są dość homogeniczne. W pracy najczęściej mamy z góry narzucony wąski wachlarz garderobiany, po którym możemy się poruszać, natomiast w kręgach bliskich znajomych spójność wizualna jest wdrażana niejako oddolnie, bo to naturalne, że chcemy przebywać z ludźmi podobnymi do nas. Na festiwalach muzycznych o szerokim spektrum gatunkowym sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie. Wchodząc na jego teren widzisz na ludzkich ciałach totalny kolaż styli i kanonów modowych. A w zasadzie nie widzisz. „Widzisz” to złe słowo. Możesz podziwiać, bo ludzie są tak odjechanie poubierani, że ich stylówki się po prostu podziwia.

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia

Inauguracja i zwieńczenie imprezy ma miejsce w nowym budynku NOSPRU, który z zewnątrz jest ciekawy, ale wewnątrz jest po prostu PRZE-PIĘ-KNY! Popatrzcie tylko na tę salę, już sama możliwość bycia w niej i kontemplowania pieczołowitego wykonania na żywo jest wystarczającym powodem, by wpaść tu w lipcu. To wnętrze, to oświetlenie, te drewniane elementy, cudo! A jeszcze ma tu grać The Cinematic Orchestra!

Wygraj 2-dniowy bilet na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Do zobaczenia w Katowicach!

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 8 stycznia 2017

Jeśli chcesz skorzystać ze wszystkich wyżej wymienionych atrakcji, wystarczy, że kupisz bilet na stronie festiwalu lub w kasie NOSPR, ale możliwe, że los się do Ciebie uśmiechnie i nie będziesz musiał tego robić.

Ogłaszam konkurs prosty jak przekątna w kwadracie. Już wiesz dlaczego ja chcę się wybrać na ten festiwal, ale chętnie poznam również Twoją motywację. Napisz w komentarzu pod tym tekstem albo pod udostępnieniem na Facebooku, jeden powód, dla którego Ty chcesz przyjechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice. Czy przez konkretnego artystę, czy przez miasto, czy przez chęć oderwania się od codzienności? Tu nie ma złych odpowiedzi, każdy powód jest dobry. Na Twój komentarz czekam do środy 12-go kwietnia do północy, a następnego dnia ogłoszę, czy to właśnie Twój powód był najciekawszy / zabawniejszy / odjechany i czy jesteś jedną z 2 osób, która wygrała 2-dniowy karnet na imprezę.

(biorąc udział w konkursie jednocześnie oświadczasz, że akceptujesz jego regulamin)

3… 2… 1… start!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Zapraszamy do regularnych odwiedzin na portalu BIERZMNIE.COM.PL.
    Znajdziecie tam codziennie nowe #konkursy z biletami na najlepsze #koncerty w Polsce!
    Rock, Blues, Jazz, Metal, Rap – każdy znajdzie coś dla siebie!

    Bierzmnie – to ja, Twój bilet do świata rozrywki!
    https://www.facebook.com/bierzmniebilet/
    https://bierzmnie.com.pl/

  • Uwaga, uwaga, mamy zwycięzców! Karnet 2-dniowy na tegoroczny Tauron Nowa Muzyka Festiwal, za najciekawsze odpowiedzi zdobywa: Kasia Kusznerczuk i Kaja Yana (napiszcie do mnie z Waszymi danymi teleadresowymi do wysyłki karnetów)!

    Dzięki wszystkim za udział i mam nadzieję, że do zobaczenia na imprezie!

  • Powtórzę się, żeby nie było :) Cudownie byłoby wygrać u Ciebie ten karnet. Na Tauron Nowa Muzyka nie byłem około 5 lat z różnych powodów. Dodatkowo byłby to najbardziej zajebisty mega prezent na urodziny, które niedługo mam. Tauron Nowa Muzyka Katowice zawsze polecam i będę polecać, kto nie był niech żałuje. A w tym roku mogę powiedzieć tylko jedno. Jadę bo Róisín Murphy i SOHN, który w 2012 roku jeszcze nikomu nie znany totalnie mnie zachwycił. Górny Śląsk zawsze górą. Warto tam być!

  • Rad

    …bo zasiedziałem się. Pamiętam jak jeszcze na studiach ciułałem kasę na kolejne koncerty. Nie było łatwo, bo wiadomo – studenckie życie kosztuje. Ale po moim pierwszym koncercie na który kupiłem bilet (czytaj nie darmowe urodziny miasta czy inne dożynki) złapałem takiego koncertowego bakcyla, że nie było chyba odwrotu. A pierwszy koncert to Metallica w Pradze. Czyli start z wysokiego C. Potem poszły po kolei wszystkie ważniejsze zespoły mojego ówczesnego życia. W sumie kilkadziesiąt podróży. Podróży bo rzadko zespól grał w moim mieście. Uprawiałem (a w zasadzie uprawialiśmy, bo na zwykłe jeźdzlismy w kilka osób) niejako turystykę koncertową. Gdzieś, jak sobie teraz myślę, 3-4 lata temu to umarło. Koniec podróży, koniec koncertów. Paczka też zaczęła znajdować mniej czasu, mnie się samemu nie chciało. Nie chcialo się zbierać, planować, organizować. Zasiedziałem się, a nie mam jeszcze 30 ;)
    Może Tauron to dobre miejsce na re-start?

  • Dominika Sokolińska

    Chciałabym pojechać na Tauron bo zaczyna się 6 lipca czyli w moje urodziny i imieniny jednocześnie. Nie widzę lepszej opcji żeby świętować i/lub opłakiwać ten dzień :)

  • Katarzyna Przedziwna

    BO ROSIN MURPHY

  • Agata Ogórek

    Dlaczego? Bo jest w lipcu, a zawsze był w sierpniu!

  • Małgosia

    JEDEN POWÓD TO URZECZYWISTNIENIE WIERSZA. TEGO TUTAJ:

    Drogi Janku, przez Twe wybitnie trudne zadanie,
    decyduję się podjąć rymowane wyzwanie.
    Tauron Nowa Muzyka jest mym wielkim marzeniem,
    a na kolejne line-upowe wieści zerkam z rozrzewnieniem.
    Bo Róisín Murphy i jej wielka wyobraźnia muzyczna ,
    The Cinematic Orchestra i ich chwytająca za serce twórczość liczna,
    improwizacje, eksperymenty, jazz i elektronika,
    Bo Christian Löffler i jego brzmieniowa kronika.
    W dodatku Chris to producent i artysta wizualny,
    Nie zamierzam niczego wizualizować(!), pragnę wygrać bilety, by mój plan był wykonalny.
    A plan to ujrzenie na żywo RY X, którego najbardziej na świecie uwielbiam!
    Australijczyk wielce utalentowany, którego płytę Dawn wciąż od nowa zgłębiam.
    Bo Kenny Larkin – żywa Detroit Techno legenda.
    Paula Temple – berlińskie techno, które po świecie czasem się szwęda.
    Fisz Emade Tworzywo – polski akcent znaczący.
    Dla mnie jak i wielu w trans wprowadzający.
    Ten Typ Mes – bo sztos płytę wydał,
    a do “Codzienności” głos Podsiada przywarł.
    Bo NIEMOC, która moc ma! Widziałam na supporcie.
    Przed M83 w Warszafce zagrali tak, że się cisnęło: guys, przystopujcie.
    Bo Gang Gang Dance z New Yorku, który porywa do tańca.
    Ale spokojnie, takiego dizzy, żadnego połamańca.
    I SOHN, król R&B niezależnego.
    Komponował dla Rihanny…ale wybaczam, więcej ma w karierze dobrego.
    Tegoroczny line-up to mych marzeń spełnienie,
    Ujrzenie na żywo artystów, których tak bardzo cenię.
    Sądzę, że forma liryczna epiki nie pobije,
    Wszak na Twą książkę czekam, licząc, iż wiele innych pozycji przebije.
    Jednak na tę się zdecydowałam,
    Ufając, że dobrego (czyt. nieco oryginalnego) wyboru dokonałam.
    Podkreślę jeszcze na zakończenie, iż bardzo mi zależy,
    gdyż 13 lipca dwudziestka w głowę uderzy.
    Świętować okrągłe urodziny rozpocząć wcześniej bym chciała.
    Najlepiej właśnie na Tauronie, bo będzie to przecież impreza niemała!

  • Marta

    Na festiwal co prawda się nie wybieram, ale musiałam to napisać- uwielbiam, że w każdym Twoim tekście powstałym przy współpracach ten komentarz jest na samej górze tekstu! Czytając inne blogi strasznie mnie denerwuje gdy czytam i wkręcam się w jakąś historię a tu nagle bum! weź pani kup te garnki! A u Ciebie kultura, mówisz jak jest i od razu się lepiej czyta. Jest to dużo bardziej wiarygodne. Dobrej zabawy na festiwalu!

    • Dziękuję Marta, bardzo mi miło!

  • natka

    jeżdżę na Taurona od kilku lat i w tym roku również się wybieram. darmowym biletem nie pogardzę, ale jak nie wygram to i tak mnie to od wyjazdu nie powstrzyma :)
    jeden powód? ciężko wybrać, ale chyba jednak ten niepowtarzalny klimat. od kiedy festiwal powrócił na „stare śmieci” jaram się nim jeszcze bardziej. miejscówka na terenie starej kopalni? świetna sprawa! największe wrażenie zrobił chyba na mnie koncert Pantha du Prince w 2010 roku – ciężkie techno, ciemność wszędzie, deszcz, wiatr i zakapturzeni ludzie. ta atmosfera niepokoju połączona z cudowną muzyką sprawiła, że był to jeden z najlepszych koncertów mojego życia. bardzo chciałabym jeszcze kiedyś przeżyć coś podobnego.
    powód bonusowy – Gang Gang Dance! obstawiam, że może być to kawał dobrego koncertu.

  • Samuel

    Ubóstwiam Róisín Murphy! To gwiazda światowego formatu, myślę, że Doda nie dorasta jej popularnością…

  • W tym roku będę miała 25 urodziny i to najlepszy moment żeby zacząć robić wiele fajnych rzeczy, na które wcześniej nie starczyło mi czasu, odwagi i hajsu. :)

  • Rakshata

    A więc… Chce w końcu odwiedzić jakiś festiwal! Po prostu, poczuć ten klimat, wyluzować, poznać nowych ludzi:) W moim mieście odbywają się cykliczne koncerty ale gwiazdą która zebrała tutaj największą grupę fanów był Zenek. Nie mam nic do disco polo, niech żyje swoim życiem, ale innego gatunku muzyki (i ludzi) chętnie bym posłuchała:D

  • KasiaC

    „prosty jak przekątna w kwadracie” – przekątna jest odcinkiem, a odcinek z definicji to część prostej, więc niezależnie od figury jest prosty…. Jej, chyba pora oderwać się od logicznego, szarego świata i poznać zakrzywioną czasoprzestrzeń…

  • Emilia Maciejewska

    Uwielbiam Róisín Murphy, a zobaczenie jej na żywo w dniu urodzin byłoby całkiem fajnym przeżyciem :)

  • magdagab

    Zanim przeczytałam twój post nie widziałam, że chcę jechać, ale teraz już wiem, przekonałeś mnie.

  • aga kniaź

    Ej, to jest supertrudne zadanie napisać JEDEN powód, kiedy jest ich plus-minus milion! Jestem oczywiście bardzo ciekawa, jakie atrakcje tym razem przygotuje H&M (karuzela była spoko!), jaki koncert zaskoczy mnie tak, jak w zeszłym roku Fakear i, rzecz jasna, mam nadzieję, że nie będę musiała, jak dwa lata temu, korzystać z pomocy dyżurujących karetek. Nawet niekoniecznie muszę sprawdzać line-up, bo ufam organizatorom w ciemno, że będzie bardzo smacznie. Bardzo, bardzo bym chciała wpaść na TNM, ponieważ dzięki zmianie terminu będzie się dział w urodziny mojej przyjaciółki – i to będzie doskonała okazja, bo nie tylko będziemy świętować jej 26-lecie, ale też nasze wspólne 10-lecie festiwalowania. Oczywiście mogłabym sobie kupić karnet, ale po co, skoro mogę wygrać i kupić drugi – dla tej małej małpy. I prezent miałabym z głowy!

  • Kaja Yana

    Osobiście uważam, że Tauron to jeden z najlepszych festów w Polsce. Wg mnie Tauron to taki najdojrzalszy z festiwali, na których byłam: nie ma tu bójek po pijaku, nie ma tu chamskiego podrywu, ludzie nie przyjeżdżają tylko po to, żeby zrobić check-in na facebooku, ale szukają inspiracji, nowej muzyki i ulubionych artystów, no co tu dużo mówić, jest super. Dlatego atmosfera tu jest wyjątkowa i to jest powód numer jeden. Dodatkowo dalej nie udało mi się spróbować Istnych lodów na Mariackiej w czarnym rożku więc muszę się karnąć i w końcu spróbować – powód numer dwa. Powód numer trzy to właśnie odkryte przeze mnie Egzotarium w Sosnowcu, widziałam zdjęcia, wygląda ekstra, idealne na chill w ciągu dnia przed szaleństwami nocy.

  • Marysia Szpilka

    RY X. I The Cinematic Orchestra. Słyszysz folkowo-jazzowo-gitarowo-wzruszające klimaty, pomyśl „Maria”. To jak Żwirek i Muchomorek. Jak lewa skarpetka z prawą skarpetką. Jak ja i mój facet, gdyby istniał. Związek absolutnie idealny. To raz. A dwa, że mieszkam w Katowicach już od dwóch lat i w tym okresie zdążyło mnie już wywiać na festiwale do Warszawy, Trójmiasta, ba, nawet poza granicami Polski już miałam okazję przeskakiwać z nóżki na nóżkę pod sceną różnych fajnych artystów, a na żadnym festiwalu, którego matką jest mój kochany Śląsk, jeszcze nigdy, cholera, nie byłam. Chyba najwyższy czas nadrobić zaległości, co sądzisz?

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Gdzie zjeść ramen w Krakowie? 3 najlepsze miejsca

Skip to entry content

Gdzie zjeść dobry ramen w Krakowie? Odkąd pierwszy raz spróbowałem tej japońskiej zupy stworzonej przez chińskich imigrantów, starałem się odpowiedzieć samemu sobie na to pytanie, ale nie było łatwo. Knajpa specjalizująca się w tej potrawie, czyli Ramen Girl, została zamknięta dłuższy czas temu przy fanfarach skandalu, natomiast inne lokale oferujące kuchnię azjatycką mają w tym temacie bardzo nierówny poziom. O czym, czasem dotkliwie, musiałem się przekonywać na swoim podniebieniu. I portfelu.

Dlatego zamiast 5 propozycji, jak miało to miejsce przy zestawieniu „Gdzie zjeść burgera w Krakowie?”, polecając restauracje, w których dostaniesz egzotyczną odmianę rosołu, muszę ograniczyć się tylko do 3. Co prawda knajp w Grodzie Króla Kraka, które mają to danie w menu jest w sumie 8, ale tylko za poniższe 3 ręczę. Natomiast w pozostałych 5, mogłoby się zdarzyć, że zamawiając zupę z pływającym jajkiem i mięsem, zamiast ramenu dostalibyście żurek.

Nie przedłużając, poniżej odpowiadam gdzie można zjeść dobry ramen w Krakowie.

Trzecie miejsce: Musso Sushi

ul. Zwierzyniecka 23

W Musso Sushi w stałej ofercie znajdziemy tylko jeden rodzaj ramenu – z wieprzowiną, jajkiem, szpinakiem i grzybami, natomiast okazjonalnie pojawiają się z wołowiną (na focie u góry) albo kaczką. Ten podstawowy dostępny jest w cenie 25 złotych i jest bardzo przyzwoity. Co znaczy w tym wypadku „przyzwoity”? Ani rzucający na kolana, ani rozczarowujący. Po prostu dobry bulion z dobrze komponującymi się składnikami, któremu trudno zarzucić coś konkretnego. Jedyne co można mu wpisać na minus, to dość skromną porcję, bo w stosunku do tego samego typu zupy w innych lokalach, zarówno krakowskich jak i warszawskich, jest go mało i najesz się nim, tylko jeśli nie jesteś wyjątkowo głodny.

Co do samego lokalu, to jest on typowo w stylu polskich knajp z sushi. Plastikowa elegancja – trochę kiczowato, trochę biznesowo.

Drugie miejsce: Tao Teppanyaki & More

ul. Józefińska 4

W Tao na malowniczym Podgórzu, tuż za Kładką Bernatka, w regularnym jadłospisie dostępne są 4 rodzaje ramenu: shio, shoyu, miso i wegetariański. Pierwsze 3 w cenie 30 złotych, ostatni za 25. Preferuję shoyu, czyli wersję na zdjęciu powyżej, z miękkimi grzybkami, szpinakiem, pysznym jajkiem na miękko, odpowiednio przypieczonymi plastrami wieprzowiny, szczypiorkiem i najlepszym z krakowskich makaronów (choć do tego ze stołecznego MODu trochę mu jeszcze brakuje). Wywar jest wyrazisty i sycący, a składniki są w stosunku do niego w takich proporcjach, żebyś nie musiał ich szukać pałeczkami nurkując w misce. I zasadniczo porcja jest słuszna, trudno mieć po nim uczucie niedosytu.

Na wyjątkową uwagę zasługuje wystrój, bo wnętrze lokalu jest przytulne, niepretensjonalne i stworzone z wyczuciem, a loggia i letni ogródek, to w ogóle poezja. Bardzo przyjemne miejsce na obiad.

Pierwsze miejsce: Namnam Noodle Bar

ul. Starowiślna 10

Namnam Noodle Bar otworzył się stosunkowo niedawno, ale zasłużenie muszę stwierdzić, że serwują tam zdecydowanie najlepszy ramen w Krakowie. W ich karcie znajdziesz 3 warianty japońskiej zupy: bezmięsny – miso, standardowy – shoyu i pikantny z szarpaną wieprzowiną – spicy. Jak nazwa miejsca wskazuje, panowie specjalizują się w makaronach, przez co serwują tylko dania na ich bazie i trudniej o jakąś wpadkę, czy ryzyko braku świeżości. Mimo, że ich ramen na zdjęciu, a zwłaszcza wieprzowina, nie wygląda jakoś spektakularnie, to jest na tyle dobry, że nie zauważasz kiedy się kończy i to absolutnie nie przez ilość. Wszystko tu się komponuje jak w symfonii Beethovena, a dobre wspomnienie po całości zostaje z Tobą również po zakończeniu spotkania. Koszt tej przyjemności to 23 zeta.

Pewnie nie dla wszystkich będzie to wadą, ale punkt ujemny muszę przyznać za sam bar i sposób podawania jedzenia. Mianowicie miejsca jest bardzo mało, trochę więcej niż w klaustrofobicznym Przystanku Pierogarnia, a dania dostajesz w plastikowych naczyniach i konsumujesz również plastikowymi sztućcami, w związku z czym, jest to opcja raczej na szybką szamę niż spokojne delektowanie się smakiem.

Poza klasyfikacją: Pod Norenami

ul. Krupnicza 6

Gdyby kogoś znudził klasyczny mięsny bulion z jajkiem i boczkiem, i chciał spróbować wegetariańskiej wariacji na ten temat, to znajdzie ją nieopodal Bagateli – w Pod Norenami. Za 25,50zł dostępne są aż cztery bezmięsne wersje ramenu: z warzywami w tempurze, z tofu, z substytutem kotleta albo z substytutem smażonej wołowiny. Wszystkie opcje są jak najbardziej smaczne i nawet najzatwardzialsi mięsożercy nie powinni dostać niestrawności, jednak trzeba to traktować w kategoriach ciekawostki. Jak gołąbki bez zawijania, pizzę bez sera i życie bez sensu.

---> SKOMENTUJ

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović
---> SKOMENTUJ