Close
Close

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Mateusz Lis

    Co do otwierania piwka polecam zapalniczke. Nawet jak ktos nie pali to i tak ja ma do rozpalenia grilla :) A co jesli ktos nie lubi keczupu a oznaczyles mu nim mieso ? Wtedy mozna oznaczyc musztarda :D

  • Monika Sobota

    Jeśli chodzi o chłodzenie piwka to kiedyś słyszałam o takim ciekawym tricku: w gąbce samochodowej drążymy otwór, moczymy gąbkę zimna wodą i wkładamy do niej butelkę piwka. Podobno gąbka długo trzyma zimno i słabo się nagrzewa dzięki czemu napój jest zimny przez dłuższy czas. Nigdy nie próbowałam, nie wiem czy działa ale może znajdzie się jakiś fan tego typu doświadczeń i zechce to przetestować. Ja z chęcią dowiem się czy zadziałało ;)

  • Otwieranie piwa obrączką, której nie ściąga z dłoni zamężny amator grilla.

  • Jak tylko zobaczyłem tytuł w czytniku rss to pomyślałem, że będzie to część tej kampanii wody mineralnej, którą widziałem na innych blogach, i od razu mi przyszedł na myśl fajny patencik, którego koniec końców nie zamieściłeś, bo to jednak browarowy wpis, nie wodny :D
    Powszechnie wiadomo, że zawsze grill zacznie straszliwie płonąć, bo będzie skapywał tłuszcz i w ogóle. Najfajniejszym sposobem na ogarnięcie płomieni jest zrobienie niewielkiej dziurki w zakrętce w butelce po wodzie mineralnej i polewanie strumieniem wody lecącym zeń – ma to i odpowiednią moc, i jest precyzyjne niczym to dmuchanie przez rurkę do długopisu (na jednym ze zdjęć wyglądającego całkiem jak blant) :D

    • Spoko pomysł i jak najbardziej masz rację, przy czym przy opcji z tackami tłuszcz nie skapuje, bo zostaje w rynienkach :)

  • Przy otwieraniu piwa zostają jeszcze zęby, ale to wersja dla wybrańców.
    Taka krótka historia: jak miałam 19 lat obraził się na mnie mój chłopak za to, że umiem otwierać butelki piwa zębami, a on nie. Tak bardzo się obraził, że aż się rozstaliśmy.

    Wersja dla żonatych: obrączka świetnie służy jako otwieracz.

    • Hahahaha, ja bym się chyba też obraził, bo zawsze mam ciarki, jal ktoś to przy mnie robi w ten sposób, ale raczej nie rozstawał od razu. A z obrączką też słyszałem, póki co nie przymierzam się do próbowania.

      • No, ale on obraził się z zazdrości, to trochę zmienia postać rzeczy ;)
        Jakby mi powedział „skarbie, nie rób tak przy mnie, bo mam ciarki na sam widok, zęby sobie popsujesz” to bym zrozumiała :)

        • Nie no jasne rozumiem, chłopięca duma ucierpiała, że on tak nie potrafi :)

      • magdagab

        Jak subtelnie dać dziewczynie znać, że do ślubu jeszcze daleko :,)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Dlaczego rozmowa się nie klei? (i jak wlać w nią Super Glue?)

Skip to entry content

Znasz to uczucie, gdy rozmowa się nie klei? Wiesz, podbiłeś do niej na parkiecie, leciało obłędne muzułmańskie disco, wziąłeś ją w obroty, jej spódnica prawie dostała pozwolenie na start od wieży lotów i tak kwadrans, drugi, trzeci, aż w końcu didżej Piździwąs puścił Gosię Andrzejewicz i poszliście do baru, żeby jakoś to przeczekać. I stoicie przy tym barze i pytasz, czego się napije, bo dostałeś właśnie zwrot podatku, to lecisz na bogato, a ona, że w sumie to soczek, a Ty, żeby nie świrowała zakonnicy i że w ogóle to tu mają obłędnego drinka z wódki z wódką, a ona, że tyle co wszyła esperal, to Ty, że w sumie soki też są spoko, i dostajecie te 2 pełne szklanki, i patrzycie na siebie, i zapada cisza, i rozmowa się nie klei.

Znasz to? Nie? Ja też nie, ale mam kolegę, co ma kumpla, co zna kogoś, kto tak miał. I mam też 378 koleżanek, które poszły z nowo poznanym facetem na randkę i musiały ewakuować się pod pretekstem czajnika na gazie, bo tematy wyczerpały się w połowie pierwszego piwa.

Ten wpis to zbiór najczęstszych przyczyn stojących za tym, że rozmowa się nie klei w trakcie spotkania damsko-męskiego, ale można go czytać również w oderwaniu od tego kontekstu. Bo problemy z nawiązywaniem relacji są bardzo podobne, niezależnie, czy z drugą osobą chcesz skończyć w łóżku, czy tylko w znajomych na Facebooku.

Nie słuchasz aktywnie, nie nawiązujesz do jej wypowiedzi

 

Rozmowa z drugim człowiekiem to taka forma gry w pingo-ponga tylko trudniej wbić sobie róg stołu w brzuch, gdy próbujesz odbić piłeczkę. Jeśli nie śledzisz tego co dzieje się po drugiej stronie, nie zauważysz kiedy piłeczka będzie na Twojej połowie, skąd przyleciała, ani jak ułożyć się, żeby ją odbić.

Jeśli Twoja współrandkowiczka opowiada o tym, że spóźniła się, bo nie mogła złapać taksy, to idealny pretekst, żeby powiedzieć jej o Uberze. Albo rowerze. A jeśli ma Ubera, to żeby rozpocząć rozmowę o aplikacjach mobilnych, Netlixie, serialach, ulubionych filmach, aktorach, ostatnim rozdaniu Oscarów, Twoim dziadku, który miał na imię Oskar, rodzinnych stronach, różnicach międzyregionalnych i tak od nitki do nitki, aż po 4 godzinach żywiołowej dyskusji dojdziecie do wniosku, do którego oboje mieliście skrytą nadzieję, że dojdziecie: musicie się znowu spotkać.

Wystarczy tylko, żebyś aktywnie słuchał drugiej osoby i nawiązywał do tego co przed chwilą powiedziała. Tylko tyle i aż tyle.

Traktujesz ją jak bóstwo

Dała Ci serduszko na Tinderze, bo wrzuciłeś tam lekko podkręcające rzeczywistość zdjęcia? Wziąłeś od niej numer, gdy była pijana i boisz się, że zaraz przejrzy na oczy i sobie pójdzie? W Twojej 10-stopniowej skali atrakcyjności jest dwunastką, a Ty ledwo szóstką? Wynosisz ją na piedestał, bo czujesz, że jest spoza Twojej ligi? Nawet jeśli tak jest, to najgorsze co możesz zrobić to utwierdzać ją w tym przekonaniu i próbować zdobyć jej zainteresowanie ciągłym schlebianiem. Nawet turbo egocentrycy, gdy idą na randkę nie chcą być traktowani jak celebryci na spotkaniu z fanami, bo nie po to tam poszli.

Jeśli ciągle dajesz do zrozumienia drugiej stronie, że robi Ci łaskę spędzając z Tobą czas i nie masz do zaoferowania nic poza komplementami, to po co ma z Tobą rozmawiać? Klakierów łechtających ego ma na Instagramie. Albo w pracy.

Uważasz, że należy rozmawiać tylko na ważne i konkretne tematy

 

Typu ekonomia, górnictwo i hutnictwo. I w dodatku posługując się tylko i wyłącznie faktami. Wyrażanie opinii i indywidualnych przemyśleń to dla Ciebie bezsensowne dywagacje, a gadanie o takich rzeczach jak nowa obłędna pizzeria na mieście, czy wprowadzenie reakcji „tęczowa flaga” na Facebooku, to w ogóle kompletne marnowanie powietrza. Dlatego praktycznie się nie odzywasz.

Jasne, pieprzenie od rzeczy na dłuższą metę jest irytujące i zbędne, ale pierwsze spotkanie to moment kiedy można pozwolić sobie na chwilę gadki-szmatki. Choćby po to, żeby oswoić się ze swoim towarzystwem. I niekoniecznie od razu trzeba skupiać się na analizie kursu franka szwajcarskiego, odrzucając z miejsca wszystkie błahe tematy.

Odpowiadasz monosylabami

„Tak”, „nie”, „yhy”, „eee”. To lustrzane odbicie pierwszego akapitu. Jeśli „samochody, mecze” to maks co można z Ciebie wydusić pytając jakie są Twoje zainteresowania, to nie dziw się, że rozmowa pełznie kulawo jak DiCaprio w „Zjawie”. To nie jest przesłuchanie i nikt nie będzie wyciągał z Ciebie na siłę historii Twojego życia. Jeśli nie mówisz nic o sobie i po każdym jednym pytaniu, druga strona musisz drążyć, żebyś łaskawie rozwinął temat, to taką sytuację nazywamy psychoterapią i za to się płaci.

Wydaje Ci się, że nie masz nic sensownego do powiedzenia

I gdy masz się odezwać, obracasz w głowie każde zdanie dziesiątki razy, i z której strony na nie spojrzysz wydaje Ci się, że jest głupie.

Brak pewności siebie, a raczej brak przekonania o własnej wartości to częsty powód krępującej ciszy i notorycznego singielstwa. Pomijając, że nie ma człowieka, który zawsze mówiłby mądre i właściwe rzeczy, 60 minut na godzinę, 365 dni w roku, nawet w niedzielę palmową i miesięcznicę smoleńską, to tu w ogóle nie o to chodzi. Spotykacie się na randce, nie po to, żeby dostać szóstkę z fizyki kwantowej, tylko dobrze bawić i pośmiać. Wyluzować. A przeżywanie każdego zdania jak egzaminu ustnego z polskiego jest dalekie od luzu, śmiechu i dobrej zabawy. Za to bardzo bliskie kołka w gardle, nerwowego zaciskania palców na kuflu i uciekania spojrzeniem.

Nie interesuje Cię jaką jest osobą, tylko jak ją zaciągnąć do łóżka

Jest takie powiedzenie, że jeśli umawiasz się z dziewczyną i zaczynasz się zastanawiać jak wygląda bez majtek, zanim ona to zrobi, to już przegrałeś.

Dziewczyny, a zwłaszcza ładne, mają gówno-radar i wyczuwają farmazon jeszcze zanim zdążysz cokolwiek powiedzieć. Przeciętna 25-latka słyszała więcej razy, że ma ładne oczy, niż Twoja głowa, że od jutra nie pijesz. Jeśli nie interesuje Cię jej osobowość, nie chcesz jej poznać, masz w dupie gdzie pracuje i czy woli Pepsi, czy Colę, a rozmowę prowadzisz z nią tylko dlatego, żeby po ustawowym kwadransie móc zaproponować pójście do Ciebie, to raz, że ona się zorientuje zanim zdążysz to zrobić, a dwa, że nic z tego nie będzie.

Ona jest nudna

 

Oczywiście nawet jeśli jesteś asem interakcji międzyludzkich i używasz całej palety technik oratorskich, to i tak może zdarzyć się, że rozmowa się nie klei, bo trafiłeś na beton zbrojony. W takiej sytuacji możesz albo użyć wyjścia bezpieczeństwa albo zawczasu przewidzieć taką sytuację i umówić się w miejscu, które samo z siebie jest interesujące i prowokuje rozmowę.

 

Jesteście w nudnym miejscu i robicie nudne rzeczy

Jeśli próbujesz do niej zagadać w trakcie rorat w kościele albo na pierwszą randkę zabrałeś ją do pubu, w którym była na stu innych randkach, to nie dziw się, że dialog Wam się układa jak domino na ruchomych piaskach. Większość facetów myśli, że najlepszym pomysłem na poznanie drugiej osoby jest skazanie się na siedzenie naprzeciwko siebie przez dwie godziny. Najlepiej jeszcze w restauracji, w której jest tak sztywno, że kelnerzy są bardziej odstawieni niż on na studniówce, ludzie przy stolikach obok jedzą w milczeniu, a atmosfera przypomina thriller psychologiczny. Tak, brzmi jak zabawa, co nie?

Dużo lepszym pomysłem na pierwsze spotkanie jest wybranie jakieś aktywnej formy spędzania czasu, a przynajmniej interaktywnej. W sensie, że to co robicie będzie wymuszać kontakt między Wami, przez co nie będzie obawy, że rozmowa się nie klei, bo sama sytuacja będzie Was sklejać. Gokarty, czy ścianka wspinaczkowa brzmi za mocno? To może wystawa/galeria sztuki/wernisaż? Albo chociaż spacer po parku? A jak już koniecznie knajpa to taka z planszówkami albo konsolami? Takie sytuacje/czynności/otoczenie same prowokują rozmowę i nie musisz rozglądać się za kioskiem z Super Glue.

Polecam, beta tester klejów do tapet.

 

---> SKOMENTUJ

„Czy tylko świry chodzą na terapię?”, czyli kiedy wybrać się do psychologa

Skip to entry content

Co byś zrobił, gdyby puściła Ci uszczelka w kranie i zacząłby cieknąć? Mogę się mylić, ale podejrzewam, że kupiłbyś nową i założył w miejsce starej. Ewentualnie olał sprawę dopóki wodomierz nie zacząłby reagować na to cieknięcie. A co zrobiłbyś, gdyby wywaliło Ci rurę od ciepłej wody w kuchni tworząc w niej fontannę, a w reszcie Twojego mieszkania powstałby mini aquapark planujący ekspansję do mieszkań sąsiadów? Założę się o zwrot podatku, że ani nie olałbyś tematu, ani nie stosowałbyś chałupniczych sposobów owijając rurociąg taśmą klejącą, tylko natychmiast zadzwonił po pogotowie hydrauliczne, mam rację? Nie pytałbyś przypadkowych osób na ulicy co zrobić, ani nie liczył, że kłopot może jakoś sam się rozwiąże, tylko natychmiast skontaktował się z fachowcem, zgadza się?

Tak samo powinieneś zrobić, gdy masz problem ze sobą. Zgłosić się do specjalisty, żeby dostać rzeczywistą pomoc, a nie szukać na chybił trafił wątpliwej jakości porad w internecie.

Bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii

Kontakt z czytelnikami i wchodzenie z nimi w interakcje jest dla mnie bardzo istotny, bo, po pierwsze, to czy ktoś reaguje na moje teksty jest miarą skuteczności tego co robię, po drugie, to pośrednio dzięki nim blog może rosnąć i lecieć w świat przez podawanie wpisów dalej. Jednak zacieranie dystansu między mną, a odbiorcami, zwłaszcza gdy jest ich wielu, ma również skutki uboczne. Jednym z najpoważniejszych jest pokładanie we mnie nierealnych oczekiwań. Na przykład związanych z rozwiązywaniem cudzych problemów.

Kiedyś dostawałem tyle listów od czytelników z dylematami sercowo-motywacyjno, że powołałem dedykowany temu cykl na blogu „Pogotowie Życiowe”. Starałem się w nim patrzeć na podesłany przez daną osobę problem z dystansu, podając swoje przemyślenia i zdroworozsądkową możliwość wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji, zaznaczając jednak, że to tylko moje spojrzenie na tę sprawę, a nie jedyna właściwa droga. Starałem się uczulać, że ani nie mam wykształcenia, ani przeszkolenia psychologicznego, więc ta osoba moich opinii nie powinna traktować jako rad gotowych od zaraz do wprowadzenia w życie, jednak mimo to, po każdym odcinku „Pogotowia Życiowego”, kolejnych listów przybywało. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mogę wyrządzić tym ludziom nieumyślnie krzywdę, zamiast pomóc i zamknąłem cykl.

Napływ próśb od czytelników o zajęcie się ich sytuacją wyhamował, jednak nie na zawsze. Opisy obszernych problemów, i to dużo poważniejszych niż wcześniej, zaczęły przychodzić na moją skrzynkę, gdy z Asią Pachlą ruszyłem z prowadzeniem innego formatu – „Wojna Płci”, w którym dyskutowaliśmy na tematy damsko-męskie. Czytelnicy, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli w mailach dzielić się ze mną poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi, bądź stanami depresyjnymi, licząc na moją pomoc w tym zakresie.

Coś tam przeżyłem, coś tam wiem, ale ja naprawdę nie jestem psychologiem. Na podstawie wiadomości otrzymanej przez internet, jak długa i szczegółowa by ona nie była, nie jestem w stanie powiedzieć Ci co masz zrobić ze swoim życiem. To tak nie działa. Nie znam Cię, nie wiem jakim jesteś człowiekiem, nawet nie wiem jak wyglądasz. Nie jestem w stanie na podstawie wymiany kilku maili sprawić, że przestaniesz nawiązywać toksyczne relacje, zaczniesz być zauważana i doceniana w pracy, albo odważysz się porozmawiać z rodzicami o tym, że nienawidzisz studiów, na które kazali Ci iść wbrew Tobie.

(…) Od jakiegoś czasu (nie wiem, może paru miesięcy) nie radzę sobie kompletnie ze swoimi emocjami. Wcześniej parę lat trenowałam karate i treningi, które odbywały się cztery razy w tygodniu, pozwalały pozbyć się stresu i oczyszczały umysł ze wszystkich niepotrzebnych, negatywnych myśli. Przestałam trenować, bo się popsuło zdrowie.

(…) Od niedawna stosuję drastyczne metody radzenia sobie. Świadoma swoich masochistycznych zapędów sięgnęłam po żyletkę. Zadawanie sobie bólu fizycznego faktycznie pomaga, ale na krótko. To nie jest żadne rozwiązanie, doskonale wiem.

Przeczytałeś właśnie fragment listu, który dostałem od jednego z czytelników z prośbą o pomoc. To bardzo nobilitujące, że ktoś ma mnie za autorytet nie tylko w kwestii mojej profesji, ale ogólnożyciowy, tylko, że to wciąż nie czyni ze mnie psychoterapeuty. Cały czas jestem przypadkowym kolesiem z internetu, który Cię nie zna i którego szczerze mówiąc Ty też nie znasz, mimo, że tak Ci się wydaje i który ma tyle samo kompetencji pozwalających rozwiązywać Twoje problemy, co kierowca autobusu, którym jeździsz na uczelnię. Wiem, że przez to, że jakiś czas regularnie mnie czytasz, masz wrażenie jakbyśmy byli kumplami z jednej ławki, ale to tylko wrażenie. A w zasadzie złudzenie. To co tu widzisz, to tylko wycinek tego kim jestem, jakaś część mnie, którą akurat chcę pokazać. Cała reszta jest poza kadrem i nie jestem przekonany, czy by Ci się spodobała.

I to tyczy się nie tylko mnie, ale wszystkich blogerów, youtuberów, czy innych ludzi, którzy stali się popularni w internecie.

Powtórzę to jeszcze raz, nie dość, że tak naprawdę jesteśmy dla Ciebie obcymi ludźmi, to 99% z nas nie ma wykształcenia psychologicznego, ani przeszkolenia terapeutycznego. A właśnie takie kwalifikacje MUSI mieć człowiek, który miałby rozwiązywać emocjonalne problemy innych. Dzielenie się z nami prywatnymi historiami naprawdę nam schlebia i utwierdza w przekonaniu, że mamy wpływ na ludzi, ale my nie jesteśmy od tego.

Niestety cały czas w naszym społeczeństwie swoje żniwo zbiera przekonanie, że jeśli ktoś idzie do psychologa, czy psychiatry, to jest świrem, którego najlepiej wsadzić  kaftan i zamknąć. To kłamstwo. Tak jak mamy lekarzy od serca, skóry, kręgosłupa, czy układu płciowego, tak mamy osobę zawodowo zajmującą się duszą i nie jest żadną ujmą na honorze zadbanie o siebie i skorzystanie z jego pomocy. To normalne i właściwe.

Kiedy warto skorzystać z terapii?

Psychoterapia nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób posuwających się do samookaleczenia, czy stosujących agresję wobec samych siebie w inny sposób. Nie ma w ogóle czegoś takiego jak „typ” ludzi, dla których ten rodzaj pomocy jest zarezerwowany, tak jak nie ma określonej grupy dla której zarezerwowany jest internista. Z tego typu wsparcia może i powinien!, skorzystać każdy kto tylko ma potrzebę. Ze względu jednak na demonizowanie tematu, potrzeba ta może być zupełnie nieuświadomiona. W jakich przypadkach więc warto wybrać się do psychologa?

Kiedy masz problemy z samooceną i poczuciem własnej wartości – wydaje Ci się, że jesteś gorszy od innych? Że nigdy nie będziesz miał kochającej Cię partnerki, bo na to nie zasługujesz? Że szacunek jest zarezerwowany dla innych, ale nie dla Ciebie? Że nie masz absolutnie nic interesującego do powiedzenia, dlatego nigdy nie odzywasz się w grupie? To wszystko, to tematy do przepracowania na sesjach.

Kiedy czujesz się zagubiony – i nie wiesz co dalej zrobić ze swoim życiem, związkiem, dzieckiem albo karierą. Kiedy codzienność Cię przerasta, a próby pomocy ze strony bliskich Ci osób są nieskuteczne. Lub w ogóle ich nie ma.

Kiedy nie potrafisz być asertywny w pracy – dajesz się wykorzystywać przełożonym, nie potrafisz odmówić bezpłatnych nadgodzin, notorycznie wykonujesz zadania, które wykraczają poza zakres Twoich obowiązków, nie potrafisz zawalczyć o zasłużoną podwyżkę. Kiedy ktoś przekracza Twoją granicę, a Ty milczysz.

Kiedy cierpisz po stracie bliskiej osoby – i nie chcesz albo nie wiesz jak pogodzić się z tym, że nie ma jej już w Twoim życiu, a rozmyślanie o niej negatywnie wpływa na Twoje samopoczucie.

Kiedy masz powtarzające się kłopoty w relacjach damsko-męskich – jeśli ciągle trafiasz na beznadziejnych facetów, to nie przypadek. Jeśli kobiety za każdym razem zostawiają Cię z tego samego powodu, to też nie zbieg okoliczności. Jeśli kolejna próba wyjścia z toksycznego związku zakończyła się fiaskiem, znów jesteś w relacji, która bardziej Ci szkodzi niż pomaga, to też nie zrządzenie losu. To problem do rozwiązania. Przez fachowca.

Kiedy nie czujesz satysfakcji z życia – mimo, że teoretycznie wszystko jest w porządku – masz pracę, rodzinę i własny dom – to wcale nie jesteś szczęśliwy i głęboko pod skórą wiesz, że czegoś Ci brakuje, ale nie umiesz stwierdzić czego.

Z pomocy warto skorzystać z każdym problemem, z którym sobie nie radzisz

Zwłaszcza, gdy trwa to dłuższy czas. Rok, półtora, dwa, a już na pewno trzy.

Kiedy psuje Ci się samochód idziesz do mechanika, tak? Kiedy stłuczesz szybkę w telefonie oddajesz go do serwisu zajmującego się komórkami, zgadza się? A gdy masz problemy z sercem zgłaszasz się do kardiologa, mam rację? Podobnie jest ze słabnącym wzrokiem – kiedy ostrość widzenia pogarsza się, nie pytasz przypadkowo spotkanych ludzi na bazarze, co powinieneś zrobić, żeby było lepiej, tylko umawiasz się na wizytę u optyka?

I ta sama prawidłowość działa w stosunku do problemów z sobą. Wtedy również należy skorzystać z porady specjalisty – psychologa, a nie przechodnia – blogera. Bo bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii, a skorzystanie z niej, to żaden wstyd. Właśnie po to są lekarze od duszy, aby leczyć duszę, a to, że ktoś potrzebuje ich usług, nie jest niczym wstydliwym. Już większym powodem do wstydu jest nieznajomość odmiany słowa cudzysłów w miejscowniku.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thomas Hawk

---> SKOMENTUJ