Close
Close

Jestem z pokolenia, które wychowały matki, bo ojcowie dezerterowali

Skip to entry content

Żyjemy w pięknych czasach. Naprawdę. Wiele osób próbuje nam wmówić, że jest inaczej, z mediami na czele, ale jest świetnie. Możemy lecieć do Egiptu za 2000zł na all inclusive i to bez żebrania o wydanie paszportu na policji, możemy podróżować po Europie w ogóle bez paszportu, możemy kupić sobie świeczki zapachowe o aromacie pizzy i lody o smaku bekonu i możemy wstawić na Facebooka zdjęcie prezydenta podpisane „lubię w brąz”. Jest super.

To piękne czasy z jeszcze jednego powodu, dużo ważniejszego. Żyjemy w dobie, kiedy bycie ojcem zaczyna wiązać się z wychowywaniem dziecka, a nie tylko byciem dawcą spermy. Może to skutek rozwoju nauki i lęk przed tym, że niedługo mężczyzna w ogóle nie będzie potrzebny, żeby zapłodnić kobietę, a może to po prostu wzrost świadomości i poczucia odpowiedzialności za sprowadzanie nowego życia na świat. Nie mniej, widać różnicę. Sporą różnice w stosunku czasów kiedy ja byłem dzieckiem.

Dzisiaj mężczyźni korzystają z urlopów tacierzyńskich po narodzinach, chodzą do Klubów Taty, czytają Blog Ojca i nie dość, że chcą aktywnie uczestniczyć w rozwoju dziecka od samego jego poczęcia, a czasem i przed, to jeszcze edukują się, by robić to jak najlepiej. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend jest widoczny. W latach 90-tych, było zupełnie odwrotnie, ojcowie dezerterowali. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend był widoczny.

Mama – wychowywanie,

tata – nadzorowanie

 

Gdy ja byłem dzieckiem model wychowawczy w typowej polskiej rodzinie, wyglądał jak typowa Polska budowa. 1 osoba pracuje, 4 się patrzą. Tą jedną osobą była mama, która odpowiadała za wszystko: czy mały nie jest głodny, czy mały nie ma pełnej pieluchy, czy mały ma czyste ubranka, czy mały już śpi, czy mały nie narobił bałaganu w salonie. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, karmiła, prała, sprzątała, ubierała, a gdy mały przestawał już być taki mały i zaczynał nabierać kształtów i wzrostu, dochodziły kolejne zadania. Dochodziły mamie, bo to ona przecież była w tej firmie od realizacji.

Czy dzieciak był dzisiaj w szkole? Czy został do niej zaprowadzony i odprowadzony? Czy dostał kanapki? Czy je zjadł? Czy zrobił prace domowe? Czy nauczył się na sprawdzian? Czy zapamiętał wierszyk?

Te pytania, jak tajemniczy klient sprawdzający jakość obsługi w sieciówce, zadawał tata. Ewentualnie życzliwe sąsiadki, ciotki, teściowe i szwagierki, ale przede wszystkim tata, bo to on był od kontroli. Od rozliczania mamy, czy ta sumienie wywiązuje się, ze swoich psich, a w zasadzie to maminych, obowiązków. Jeśli coś było nie tak, jeśli na przykład mama za dużo czasu spędziła na obijaniu się i leżeniu na kanapie po gotowaniu obiadu i przez to zwaliła któryś z pozostałych punktów „do zrobienia”, wtedy tata, jak kierownik na budowie udzielał merytorycznej reprymendy swojej podwładnej: „cały dzień siedzisz w domu, a mały w brudnych gaciach biega?” albo „jak nie zaczniesz go pilnować z lekcjami to wyrośnie na nieuka”.

Z kolei, jeśli wszystkie zadania zostały zrealizowane zgodnie z wytycznymi, nie dostawała żadnej pochwały, bo niby za co? Przecież nie dziękuję się słońcu za to, że świeci. Tak po prostu ma być.

Równie często jednak ojcowie nie porywali się nawet na nadzorowanie, tylko po prostu dezerterowali.

Ucieczka w pracę, ucieczka w alkohol, ucieczka dosłowna

Statystycznie w 2016 było więcej rozwodów, niż w 1995. Tyle, że to suche dane w oderwaniu od kontekstu. Kiedyś ludzie rzadziej rozwodzili się na papierze, oficjalnie, za pośrednictwem urzędu, bo co powiedzą ludzie, bo przysięgali przed bogiem, bo presja społeczna, żeby być razem. Rodziny jednak rozpadały się równie często. On wyjechał za granicę i po roku przestał wracać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Ona uciekła do rodziców, do siostry, bo nie mogła z nim wytrzymać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Oboje zaczęli sypiać w osobnych łóżkach, osobnych pokojach, przestali się odzywać, mówić do siebie „cześć, robię kawę, chcesz też?”, mimo, że oboje byli małżeństwem.

Jeśli jednak do rozwodu dochodziło, to bardzo często ojcowie uznawali „dobra, nic mnie z tą babą już nie łączy, mogę zacząć nowe życie” i oficjalnie umywali ręce. Umywali ręce od „tej baby”, ale i dziecka. Które cały czas było ich. Tyle, że to było dziecko ze „starego życia”, które chcieli zamknąć w piwnicy, uznać, że się nie wydarzyło i zacząć „nowe życie”. Więc zmieniali adres, numer telefonu, a czasem i nazwisko, żeby to „stare życie” już nic nigdy od nich nie chciało.

Miałem kolegę, którego ojciec po rozwodzie stwierdził, że nie tyle już nie musi się nim zajmować, bo zawsze miał w dupie co się z nim dzieje, co wydał okrzyk radości, że już nie musi go utrzymywać. Bo 300zł alimentów to nic w porównaniu z dzieleniem wszystkich wydatków na pół. Wydatków, z którymi od tego momentu matka zostawała sama. Tak jak z chodzeniem na wywiadówki, jeżdżeniem po lekarzach i tłumaczeniem, czemu jako jedyny w klasie rysując rodzinę na plastyce ma na kartce 2 postacie, a wszyscy inni 3.

Miałem kolegę, którego ojciec częściej pytał, czy pójdzie mu flaszkę do sklepu, niż co u niego, jak się czuje, jak poszło dzisiaj w szkole. Momenty, kiedy był trzeźwy był rzadsze niż dni bez deszczu w Anglii, a bywały i takie kiedy w ogóle o nim zapominał, nie poznawał i pytał kim jest. Matka musiała przejmować nie tylko obowiązki wychowawcze, ale w ogóle wszystkie, bo gdyby tego nie zrobiła, nie tylko nie mieliby czegoś jeść, ale i gdzie spać. Więc oprócz bycia supernianią musiała być jeszcze superpracownikiem, tyrającym na 3 etaty, żeby utrzymać dom i dwójkę dzieci. Jedno jej, jedno dorosłe, podrzucone.

Miałem kolegę, którego ojciec nigdy nie pamiętał ile ma lat i w której jest klasie, bo pracował. A jak człowiek pracuje, to nie ma czasu pamiętać o głupotach. Więc zapominał o grze w piłkę, o przytulaniu, o rozmowie. Zapomniał o własnym dziecku.

Miałem kolegów, których ojcowie dezerterowali, więc matki musiały wychowywać ich w pojedynkę.

Supermama, Batmama, Spidermama

 

Gdy postawiłeś ultra równą babkę w cementowym kwadracie, zwanym piaskownicą biegłeś pochwalić się mamie.

Gdy dostałeś jedynkę za nic, za to, że ściągałeś od Grześka, mimo, że to Grzesiek ściągał od Ciebie, biegłeś pożalić się mamie.

Gdy poznałeś nowych kolegów, z którymi założyliście rowerową paczkę, mówiłeś o tym mamie.

Gdy napadli Was kolesie z sąsiedniego osiedla i pozabierali czapki z daszkami z logiem Chicago Bulls, dzieliłeś się tym z mamą.

Gdy potrzebowałeś pieniędzy na pierwszą randkę z pierwszą koleżanką, prosiłeś o nie mamę.

Gdy ta koleżanka po miesiącu chodziła za rękę z Twoim najlepszym kolegą, wypłakiwałeś się mamie.

Gdy myślałeś o najbliższej Ci osobie, myślałeś o mamie.

Przesadzam, uogólniam, stereotypizuję? Możliwe. Możliwe, że to mój subiektywny odbiór lat 90-tych. A możliwe, że tak było wszędzie, że moje pokolenie wychowały matki. Na szczęście widzę zmiany, jest dużo lepiej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shawn Anderson

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Ola

    Dużo w tym prawdy. Jasne, że uogólniasz, ale dla mnie to zrozumiałe, bo nie jesteśmy w stanie przestudiować wszystkich przypadków z naszego otoczenia. Mnie to się wydawało dość oczywiste, ale oczywiste w taki smutny sposób, że ojcowie są po prostu nieobecni.
    Stąd tak zaburzony wzorzec prawdziwego mężczyzny zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, stąd poczucie, że brakuje na tym świecie porządnych facetów, stąd też tak wiele kobiet, które nigdy nie były „księżniczkami tatusia” i w dorosłym życiu szukają sobie namiastki ojców w partnerach życiowych.
    Bo niby kto miał nam dać ten wzorzec? Kto miał nauczyć takiej prawdziwej męskości*? Kto miał nam, kobietom dać poczucie bezpieczeństwa i wychować nas na pewne siebie i silne kobiety, jeśli nie ojcowie?

    Ale teraz to się zmienia, i tak np. widząc dwie spacerujące pary, gdzie kobiety sobie idą razem a faceci razem… pchając wózki z dziećmi, uśmiecham się do siebie. Tak samo widząc coraz więcej tatusiów na placach zabaw z dziećmi, czy nawet podsłuchując proste rozmowy ojców i ich dzieci, gdy stoję w kolejce do kasy. Fajnie jest to obserwować – że bycie tatą zaczyna być równoznaczne z… po prostu byciem ;-)

    *od razu oddalam pytania i roszczenia – mówiąc „męskość” myślę o samych pozytywnych cechach charakteru, z którymi powinna się ona kojarzyć, a nie o tym, że jak facet nosi rurki i używa innych kosmetyków poza mydłem to nie jest męski

  • Pingback: Blok Twórczy #6: przystojni gangsterzy, Pink Candy i depresja w czasach kultu sukcesu – Lepiej myśleć niż nie.()

  • AdL

    Nowe pokolenie też dezerteruje.
    Mam szczęście być matką, która podjęła się podwójnej odpowiedzialności.
    Pytanie tylko, czy skoro ojciec ojca mojego dziecka zniknął przed urodzeniem,
    oraz ojciec mojego dziecka zniknął przed urodzeniem…
    to mam się cieszyć, że urodziłam córkę?

  • Córka Supermamy

    Świetny tekst. Wzruszyłam się, chociaż dzieci Supermam rzadko się wzruszają :)

  • Strasznie kocham mojego tatę i mimo, że w latach 90 przeżyłam zaledwie dwa lata to niestety moja rodzina bardzo wpisuje się w Twoje spostrzeżenia. Oczywiście, nie we wszystkie, ale strasznie mocno dało się to odczuć i miało też trudne do przejścia skutki. Dezerter to zdecydowanie określenie pasujące do mojego taty, ale na szczęście widzę, jak bardzo starał się czasami nim nie być. :)

  • Niestety, to co piszesz w moich oczach jest prawdą. Całe szczęście mam tatę, który razem z mamą mnie wychowywał, chodził na wywiadówki, szył sukienki, zaszywał dziury w spodniach na zmianę z mamą. Mam jednak świadomość, że większość moich znajomych nie mało takiego luksusu i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Bo mam w głowie wspomnienia z przygód, których również tata, a nie tylko mama była dowódcą.

  • Ostatnio w UK znowu było głośno o ojcu, który oficjalnie zaprotestował przed używaniem sformułowania, że „pilnuje dzieci”. Perspektywa fantastycznie ujęta w zdaniu: – ‘Babysitting’ is what you do with other people’s kids. These are my own, so it’s called ‘parenting.

    I to jest świetne – że sytuacja zmienia się nie tylko w praktyce, ale też w samym konstrukcie i wyobrażeniu. To już nie jest tak, że tata robi łachę, jak zabierze dziecko na piłkę i należy go za to oklaskiwać i nagradzać. Że wszystkie te tendencje, o których piszesz są godne pochwały – ale powinny być… normalne.

    Z drugiej strony zastanawia mnie, czy kiedyś dojdziemy do takiego momentu, w którym w naszych głowach obowiązki mamy i taty będą równe – bo podobno w krajach rozwiniętych powoli odwraca się tendencja i kobiety częściej wybierają zostawanie w domu z dzieckiem na utrzymaniu męża. Praca przestaje być atrakcją i prawem, a zaczyna być postrzegana jako przykry obowiązek, dodany do obowiązków domowych, których (znowu) z założenia kobieta ma więcej. W sumie ciekawi mnie, co byś na ten temat powiedział – jak masz chwilę to wstąp do mnie, bo rozwijałam ten temat w tekście „Kobieta siedzi w domu i zmywa gary”.

  • Indi

    Generalnie tekst jest wspaniały, jak wszystkie Twoje i uwielbiam, kocham, podpisuję się pod każdym słowem, mimo że ja sama wychowywałam się w zasadzie bez żadnego z rodzica, bo oboje postanowili zdezerterować.

    Właśnie „mimo że”, Janku! Nie chcę wyjść na czepliwą, bo teksty Twoje powalają na łopatki warsztat wszystkich wziętych publicystów, ale! Użyłeś tego spójnika z błędem tak wiele razy, że nie sposób przejść obojętnie :) Bez przecinka pomiędzy „mimo” a „że”.

  • Pingback: Get your documents written perfectly()

  • Wojciech

    Chyba strasznie niedoceniam mojego taty… :/

  • Beata

    Janku, bardzo doceniam, że dorastając w tamtych czasach i patrząc na siebie czy większość znajomych (chociaż wiadomo, nie wszystkich) – mogę się nie zgodzić.

    • Super, cieszę się i gratulacje dla taty.

  • Lu

    No cóż, ja mogę tylko przybić Ci Janku piątkę, bo choć mój ojciec w domu bywał, przynajmniej do moich lat nastoletnich, to w sumie wszyscy już potem woleli, kiedy go nie było ;) Wielu osobom trudno zrozumieć, że nie trzeba dostawać fizycznego wpierdolu od ojca, aby uważać, że zostało się przez niego skrzywdzonym. Mnie w zupełności wystarczy fakt, że przez kilka pierwszych lat byłam córunią tatusia, który później zmienił front. Ślady zostają, ale jest nas tylu, że nawet trudno się nad sobą użalać.

  • Z małymi, marginalnymi przypadkami, rocznik ’96 się też zgadza. Może też u mnie jest to subiektywne, może nie, ale tak bardzo dokładnie odebrałam ten post

  • gość

    Może i trochę stereotypowo ale niestety tak było w wielu domach mojego dzieciństwa. Na wywiadówki zawsze chodziły matki, ojcowie do osiedlowego baru. Pochodzę z typowej zagłębiowskiej górniczej rodziny, wychowałam się na osiedlu, gdzie 90% mieszkańców to górnicy i ich rodziny, a kiedy coś z siostrą przeskrobałyśmy ojciec mówił do matki „tak sobie wychowałaś”…

  • Znowu się przekonuję, jakiego mam fajnego ojca. Chociaż pamiętam, że zdezerterował. Kiedyś, w latach 80. przyszło kilku mundurowych i zaprosili go na miesięczną wycieczkę na poligon w Drawsku. Bo miał za sobą rok służby wojskowej, studia i stopień podporucznika rezerwy. A on w najbliższy weekend nocnym pociągiem wrócił do domu i stanął w drzwiach w pełnym mundurze. Chciał z nami spędzić niedzielę…

  • Tata Beby i Beba

    Czy możemy to usprawiedliwić stwierdzeniem, takie były czasy, taki przekaz miedzy pokoleniowy, bo sami nie dostali tego jak byli dziećmi, bo były wojny, komuna, I takie nie sympatyczne czasy, brak informacji, świadomości, internetu, książek, poradników, warsztatów, modelu twardego wychowania …….itp. My to mamy, tylko …..

  • Mój ojciec włożył w moje wychowanie ogromnie wiele. Podobnie jak dziadek. Spędzali ze mną bardzo dużo czasu i inspirowali do bycia nimi jak dorosnę ;)
    Ale… Muszę przyznać, że z suchych przyziemnych obowiązków do dzisiaj pamiętam jak ojciec podgrzewał mleko. Mleko było w plastikowej butelce (taki wypas!), a ta w garnuszku z wodą. Tak skrupulatnie to mleko podgrzewał, że jak sobie o nim przypomniał, to z wody, mleka, butelki i garnuszka został tylko gumowy smoczek. I trochę przytopionego plastiku.
    Innym razem usadził moją siostrę na nocniku. Jak sobie o niej przypomniał to odkrył, że moją siostrę poniosła dusza artysty. Mama mało nie padła na zawał jak zobaczyła na ścianach te malunki z jakże oryginalnej farby…

    Tak że ten… O męskiej części mojej rodziny mogę powiedzieć, że może nigdy nie gotowali, nigdy nie zmieniali pieluch i nigdy nie potrafili się ogarnąć w najbardziej podstawowych czynnościach, ale za to zawsze BYLI i wkładali do głowy rzeczy, które dzisiaj prawdziwie doceniam.

  • Aneta Zajac

    Moi rodzice byli mocno tradycyjnym małżeństwem. To znaczy mama tłukła kotlety i ogarniała chacinkę, tata pracował i na wieczór mógł sobie kupić piwo. Mama była od pilnowania, od ocen, wywiadówek, wymyślania kar i odbierania telefonów od wychowawczyni. Tata od rozpieszczania, szalonych pomysłów i robienia tego wszystkiego, na co dzieciom absolutnie nie powinno się pozwalać. A jednak zawsze szanowałam oboje tak samo, chociaż to z tatą była zabawa, a z mamą głównie obowiązki. I tak, tata trochę dezerterował od wychowania, ale w trochę inny sposób :)

    Na szczęście.

  • Ciężko się z tym niestety nie zgodzić choć muszę przyznać, że mój tata był na tacierzyńskim zanim to było modne i faktycznie się nami zajmował w szczególności gdy urodziła się moja młodsza siostra (rocznik ’95) a widok taty gotującego obiad lub wyprawiającego mnie do szkoły wcale nie był dziwny.

  • G

    U mnie zdezerterowali obydwoje, matka i ojciec. Rozwiedli się i zostawili mnie na wychowanie dziadkom. W mieszkaniu bez ciepłej wody, ogrzewanym piecem kaflowym, bez kibla (był wspólny na parterze). Ojciec mieszkał w fajnym mieszkaniu 700m dalej. Pamiętam jak kazał mi się stawiać u niego na dozorze codziennie o 18… Bo jak nie to wpierdol. Matka 2km dalej z nowym facetem. Raz mnie wzieli na wakacje nad jezioro. Takie czasy były, aż mnie dreszcz przechodzi jak sobie przypomnę…

    A ja właśnie wróciłem z przejazdzki rowerowej z 4letnia córką.

    • Bardzo przykra historia, współczuję.

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ