Close
Close

Jestem z pokolenia, które wychowały matki, bo ojcowie dezerterowali

Skip to entry content

Żyjemy w pięknych czasach. Naprawdę. Wiele osób próbuje nam wmówić, że jest inaczej, z mediami na czele, ale jest świetnie. Możemy lecieć do Egiptu za 2000zł na all inclusive i to bez żebrania o wydanie paszportu na policji, możemy podróżować po Europie w ogóle bez paszportu, możemy kupić sobie świeczki zapachowe o aromacie pizzy i lody o smaku bekonu i możemy wstawić na Facebooka zdjęcie prezydenta podpisane „lubię w brąz”. Jest super.

To piękne czasy z jeszcze jednego powodu, dużo ważniejszego. Żyjemy w dobie, kiedy bycie ojcem zaczyna wiązać się z wychowywaniem dziecka, a nie tylko byciem dawcą spermy. Może to skutek rozwoju nauki i lęk przed tym, że niedługo mężczyzna w ogóle nie będzie potrzebny, żeby zapłodnić kobietę, a może to po prostu wzrost świadomości i poczucia odpowiedzialności za sprowadzanie nowego życia na świat. Nie mniej, widać różnicę. Sporą różnice w stosunku czasów kiedy ja byłem dzieckiem.

Dzisiaj mężczyźni korzystają z urlopów tacierzyńskich po narodzinach, chodzą do Klubów Taty, czytają Blog Ojca i nie dość, że chcą aktywnie uczestniczyć w rozwoju dziecka od samego jego poczęcia, a czasem i przed, to jeszcze edukują się, by robić to jak najlepiej. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend jest widoczny. W latach 90-tych, było zupełnie odwrotnie, ojcowie dezerterowali. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend był widoczny.

Mama – wychowywanie,

tata – nadzorowanie

 

Gdy ja byłem dzieckiem model wychowawczy w typowej polskiej rodzinie, wyglądał jak typowa Polska budowa. 1 osoba pracuje, 4 się patrzą. Tą jedną osobą była mama, która odpowiadała za wszystko: czy mały nie jest głodny, czy mały nie ma pełnej pieluchy, czy mały ma czyste ubranka, czy mały już śpi, czy mały nie narobił bałaganu w salonie. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, karmiła, prała, sprzątała, ubierała, a gdy mały przestawał już być taki mały i zaczynał nabierać kształtów i wzrostu, dochodziły kolejne zadania. Dochodziły mamie, bo to ona przecież była w tej firmie od realizacji.

Czy dzieciak był dzisiaj w szkole? Czy został do niej zaprowadzony i odprowadzony? Czy dostał kanapki? Czy je zjadł? Czy zrobił prace domowe? Czy nauczył się na sprawdzian? Czy zapamiętał wierszyk?

Te pytania, jak tajemniczy klient sprawdzający jakość obsługi w sieciówce, zadawał tata. Ewentualnie życzliwe sąsiadki, ciotki, teściowe i szwagierki, ale przede wszystkim tata, bo to on był od kontroli. Od rozliczania mamy, czy ta sumienie wywiązuje się, ze swoich psich, a w zasadzie to maminych, obowiązków. Jeśli coś było nie tak, jeśli na przykład mama za dużo czasu spędziła na obijaniu się i leżeniu na kanapie po gotowaniu obiadu i przez to zwaliła któryś z pozostałych punktów „do zrobienia”, wtedy tata, jak kierownik na budowie udzielał merytorycznej reprymendy swojej podwładnej: „cały dzień siedzisz w domu, a mały w brudnych gaciach biega?” albo „jak nie zaczniesz go pilnować z lekcjami to wyrośnie na nieuka”.

Z kolei, jeśli wszystkie zadania zostały zrealizowane zgodnie z wytycznymi, nie dostawała żadnej pochwały, bo niby za co? Przecież nie dziękuję się słońcu za to, że świeci. Tak po prostu ma być.

Równie często jednak ojcowie nie porywali się nawet na nadzorowanie, tylko po prostu dezerterowali.

Ucieczka w pracę, ucieczka w alkohol, ucieczka dosłowna

Statystycznie w 2016 było więcej rozwodów, niż w 1995. Tyle, że to suche dane w oderwaniu od kontekstu. Kiedyś ludzie rzadziej rozwodzili się na papierze, oficjalnie, za pośrednictwem urzędu, bo co powiedzą ludzie, bo przysięgali przed bogiem, bo presja społeczna, żeby być razem. Rodziny jednak rozpadały się równie często. On wyjechał za granicę i po roku przestał wracać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Ona uciekła do rodziców, do siostry, bo nie mogła z nim wytrzymać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Oboje zaczęli sypiać w osobnych łóżkach, osobnych pokojach, przestali się odzywać, mówić do siebie „cześć, robię kawę, chcesz też?”, mimo, że oboje byli małżeństwem.

Jeśli jednak do rozwodu dochodziło, to bardzo często ojcowie uznawali „dobra, nic mnie z tą babą już nie łączy, mogę zacząć nowe życie” i oficjalnie umywali ręce. Umywali ręce od „tej baby”, ale i dziecka. Które cały czas było ich. Tyle, że to było dziecko ze „starego życia”, które chcieli zamknąć w piwnicy, uznać, że się nie wydarzyło i zacząć „nowe życie”. Więc zmieniali adres, numer telefonu, a czasem i nazwisko, żeby to „stare życie” już nic nigdy od nich nie chciało.

Miałem kolegę, którego ojciec po rozwodzie stwierdził, że nie tyle już nie musi się nim zajmować, bo zawsze miał w dupie co się z nim dzieje, co wydał okrzyk radości, że już nie musi go utrzymywać. Bo 300zł alimentów to nic w porównaniu z dzieleniem wszystkich wydatków na pół. Wydatków, z którymi od tego momentu matka zostawała sama. Tak jak z chodzeniem na wywiadówki, jeżdżeniem po lekarzach i tłumaczeniem, czemu jako jedyny w klasie rysując rodzinę na plastyce ma na kartce 2 postacie, a wszyscy inni 3.

Miałem kolegę, którego ojciec częściej pytał, czy pójdzie mu flaszkę do sklepu, niż co u niego, jak się czuje, jak poszło dzisiaj w szkole. Momenty, kiedy był trzeźwy był rzadsze niż dni bez deszczu w Anglii, a bywały i takie kiedy w ogóle o nim zapominał, nie poznawał i pytał kim jest. Matka musiała przejmować nie tylko obowiązki wychowawcze, ale w ogóle wszystkie, bo gdyby tego nie zrobiła, nie tylko nie mieliby czegoś jeść, ale i gdzie spać. Więc oprócz bycia supernianią musiała być jeszcze superpracownikiem, tyrającym na 3 etaty, żeby utrzymać dom i dwójkę dzieci. Jedno jej, jedno dorosłe, podrzucone.

Miałem kolegę, którego ojciec nigdy nie pamiętał ile ma lat i w której jest klasie, bo pracował. A jak człowiek pracuje, to nie ma czasu pamiętać o głupotach. Więc zapominał o grze w piłkę, o przytulaniu, o rozmowie. Zapomniał o własnym dziecku.

Miałem kolegów, których ojcowie dezerterowali, więc matki musiały wychowywać ich w pojedynkę.

Supermama, Batmama, Spidermama

 

Gdy postawiłeś ultra równą babkę w cementowym kwadracie, zwanym piaskownicą biegłeś pochwalić się mamie.

Gdy dostałeś jedynkę za nic, za to, że ściągałeś od Grześka, mimo, że to Grzesiek ściągał od Ciebie, biegłeś pożalić się mamie.

Gdy poznałeś nowych kolegów, z którymi założyliście rowerową paczkę, mówiłeś o tym mamie.

Gdy napadli Was kolesie z sąsiedniego osiedla i pozabierali czapki z daszkami z logiem Chicago Bulls, dzieliłeś się tym z mamą.

Gdy potrzebowałeś pieniędzy na pierwszą randkę z pierwszą koleżanką, prosiłeś o nie mamę.

Gdy ta koleżanka po miesiącu chodziła za rękę z Twoim najlepszym kolegą, wypłakiwałeś się mamie.

Gdy myślałeś o najbliższej Ci osobie, myślałeś o mamie.

Przesadzam, uogólniam, stereotypizuję? Możliwe. Możliwe, że to mój subiektywny odbiór lat 90-tych. A możliwe, że tak było wszędzie, że moje pokolenie wychowały matki. Na szczęście widzę zmiany, jest dużo lepiej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shawn Anderson

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Ola

    Dużo w tym prawdy. Jasne, że uogólniasz, ale dla mnie to zrozumiałe, bo nie jesteśmy w stanie przestudiować wszystkich przypadków z naszego otoczenia. Mnie to się wydawało dość oczywiste, ale oczywiste w taki smutny sposób, że ojcowie są po prostu nieobecni.
    Stąd tak zaburzony wzorzec prawdziwego mężczyzny zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, stąd poczucie, że brakuje na tym świecie porządnych facetów, stąd też tak wiele kobiet, które nigdy nie były „księżniczkami tatusia” i w dorosłym życiu szukają sobie namiastki ojców w partnerach życiowych.
    Bo niby kto miał nam dać ten wzorzec? Kto miał nauczyć takiej prawdziwej męskości*? Kto miał nam, kobietom dać poczucie bezpieczeństwa i wychować nas na pewne siebie i silne kobiety, jeśli nie ojcowie?

    Ale teraz to się zmienia, i tak np. widząc dwie spacerujące pary, gdzie kobiety sobie idą razem a faceci razem… pchając wózki z dziećmi, uśmiecham się do siebie. Tak samo widząc coraz więcej tatusiów na placach zabaw z dziećmi, czy nawet podsłuchując proste rozmowy ojców i ich dzieci, gdy stoję w kolejce do kasy. Fajnie jest to obserwować – że bycie tatą zaczyna być równoznaczne z… po prostu byciem ;-)

    *od razu oddalam pytania i roszczenia – mówiąc „męskość” myślę o samych pozytywnych cechach charakteru, z którymi powinna się ona kojarzyć, a nie o tym, że jak facet nosi rurki i używa innych kosmetyków poza mydłem to nie jest męski

  • Pingback: Blok Twórczy #6: przystojni gangsterzy, Pink Candy i depresja w czasach kultu sukcesu – Lepiej myśleć niż nie.()

  • AdL

    Nowe pokolenie też dezerteruje.
    Mam szczęście być matką, która podjęła się podwójnej odpowiedzialności.
    Pytanie tylko, czy skoro ojciec ojca mojego dziecka zniknął przed urodzeniem,
    oraz ojciec mojego dziecka zniknął przed urodzeniem…
    to mam się cieszyć, że urodziłam córkę?

  • Córka Supermamy

    Świetny tekst. Wzruszyłam się, chociaż dzieci Supermam rzadko się wzruszają :)

  • Strasznie kocham mojego tatę i mimo, że w latach 90 przeżyłam zaledwie dwa lata to niestety moja rodzina bardzo wpisuje się w Twoje spostrzeżenia. Oczywiście, nie we wszystkie, ale strasznie mocno dało się to odczuć i miało też trudne do przejścia skutki. Dezerter to zdecydowanie określenie pasujące do mojego taty, ale na szczęście widzę, jak bardzo starał się czasami nim nie być. :)

  • Niestety, to co piszesz w moich oczach jest prawdą. Całe szczęście mam tatę, który razem z mamą mnie wychowywał, chodził na wywiadówki, szył sukienki, zaszywał dziury w spodniach na zmianę z mamą. Mam jednak świadomość, że większość moich znajomych nie mało takiego luksusu i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Bo mam w głowie wspomnienia z przygód, których również tata, a nie tylko mama była dowódcą.

  • Ostatnio w UK znowu było głośno o ojcu, który oficjalnie zaprotestował przed używaniem sformułowania, że „pilnuje dzieci”. Perspektywa fantastycznie ujęta w zdaniu: – ‘Babysitting’ is what you do with other people’s kids. These are my own, so it’s called ‘parenting.

    I to jest świetne – że sytuacja zmienia się nie tylko w praktyce, ale też w samym konstrukcie i wyobrażeniu. To już nie jest tak, że tata robi łachę, jak zabierze dziecko na piłkę i należy go za to oklaskiwać i nagradzać. Że wszystkie te tendencje, o których piszesz są godne pochwały – ale powinny być… normalne.

    Z drugiej strony zastanawia mnie, czy kiedyś dojdziemy do takiego momentu, w którym w naszych głowach obowiązki mamy i taty będą równe – bo podobno w krajach rozwiniętych powoli odwraca się tendencja i kobiety częściej wybierają zostawanie w domu z dzieckiem na utrzymaniu męża. Praca przestaje być atrakcją i prawem, a zaczyna być postrzegana jako przykry obowiązek, dodany do obowiązków domowych, których (znowu) z założenia kobieta ma więcej. W sumie ciekawi mnie, co byś na ten temat powiedział – jak masz chwilę to wstąp do mnie, bo rozwijałam ten temat w tekście „Kobieta siedzi w domu i zmywa gary”.

  • Indi

    Generalnie tekst jest wspaniały, jak wszystkie Twoje i uwielbiam, kocham, podpisuję się pod każdym słowem, mimo że ja sama wychowywałam się w zasadzie bez żadnego z rodzica, bo oboje postanowili zdezerterować.

    Właśnie „mimo że”, Janku! Nie chcę wyjść na czepliwą, bo teksty Twoje powalają na łopatki warsztat wszystkich wziętych publicystów, ale! Użyłeś tego spójnika z błędem tak wiele razy, że nie sposób przejść obojętnie :) Bez przecinka pomiędzy „mimo” a „że”.

  • Pingback: Get your documents written perfectly()

  • Wojciech

    Chyba strasznie niedoceniam mojego taty… :/

  • Beata

    Janku, bardzo doceniam, że dorastając w tamtych czasach i patrząc na siebie czy większość znajomych (chociaż wiadomo, nie wszystkich) – mogę się nie zgodzić.

    • Super, cieszę się i gratulacje dla taty.

  • Lu

    No cóż, ja mogę tylko przybić Ci Janku piątkę, bo choć mój ojciec w domu bywał, przynajmniej do moich lat nastoletnich, to w sumie wszyscy już potem woleli, kiedy go nie było ;) Wielu osobom trudno zrozumieć, że nie trzeba dostawać fizycznego wpierdolu od ojca, aby uważać, że zostało się przez niego skrzywdzonym. Mnie w zupełności wystarczy fakt, że przez kilka pierwszych lat byłam córunią tatusia, który później zmienił front. Ślady zostają, ale jest nas tylu, że nawet trudno się nad sobą użalać.

  • Z małymi, marginalnymi przypadkami, rocznik ’96 się też zgadza. Może też u mnie jest to subiektywne, może nie, ale tak bardzo dokładnie odebrałam ten post

  • gość

    Może i trochę stereotypowo ale niestety tak było w wielu domach mojego dzieciństwa. Na wywiadówki zawsze chodziły matki, ojcowie do osiedlowego baru. Pochodzę z typowej zagłębiowskiej górniczej rodziny, wychowałam się na osiedlu, gdzie 90% mieszkańców to górnicy i ich rodziny, a kiedy coś z siostrą przeskrobałyśmy ojciec mówił do matki „tak sobie wychowałaś”…

  • Znowu się przekonuję, jakiego mam fajnego ojca. Chociaż pamiętam, że zdezerterował. Kiedyś, w latach 80. przyszło kilku mundurowych i zaprosili go na miesięczną wycieczkę na poligon w Drawsku. Bo miał za sobą rok służby wojskowej, studia i stopień podporucznika rezerwy. A on w najbliższy weekend nocnym pociągiem wrócił do domu i stanął w drzwiach w pełnym mundurze. Chciał z nami spędzić niedzielę…

  • Tata Beby i Beba

    Czy możemy to usprawiedliwić stwierdzeniem, takie były czasy, taki przekaz miedzy pokoleniowy, bo sami nie dostali tego jak byli dziećmi, bo były wojny, komuna, I takie nie sympatyczne czasy, brak informacji, świadomości, internetu, książek, poradników, warsztatów, modelu twardego wychowania …….itp. My to mamy, tylko …..

  • Mój ojciec włożył w moje wychowanie ogromnie wiele. Podobnie jak dziadek. Spędzali ze mną bardzo dużo czasu i inspirowali do bycia nimi jak dorosnę ;)
    Ale… Muszę przyznać, że z suchych przyziemnych obowiązków do dzisiaj pamiętam jak ojciec podgrzewał mleko. Mleko było w plastikowej butelce (taki wypas!), a ta w garnuszku z wodą. Tak skrupulatnie to mleko podgrzewał, że jak sobie o nim przypomniał, to z wody, mleka, butelki i garnuszka został tylko gumowy smoczek. I trochę przytopionego plastiku.
    Innym razem usadził moją siostrę na nocniku. Jak sobie o niej przypomniał to odkrył, że moją siostrę poniosła dusza artysty. Mama mało nie padła na zawał jak zobaczyła na ścianach te malunki z jakże oryginalnej farby…

    Tak że ten… O męskiej części mojej rodziny mogę powiedzieć, że może nigdy nie gotowali, nigdy nie zmieniali pieluch i nigdy nie potrafili się ogarnąć w najbardziej podstawowych czynnościach, ale za to zawsze BYLI i wkładali do głowy rzeczy, które dzisiaj prawdziwie doceniam.

  • Aneta Zajac

    Moi rodzice byli mocno tradycyjnym małżeństwem. To znaczy mama tłukła kotlety i ogarniała chacinkę, tata pracował i na wieczór mógł sobie kupić piwo. Mama była od pilnowania, od ocen, wywiadówek, wymyślania kar i odbierania telefonów od wychowawczyni. Tata od rozpieszczania, szalonych pomysłów i robienia tego wszystkiego, na co dzieciom absolutnie nie powinno się pozwalać. A jednak zawsze szanowałam oboje tak samo, chociaż to z tatą była zabawa, a z mamą głównie obowiązki. I tak, tata trochę dezerterował od wychowania, ale w trochę inny sposób :)

    Na szczęście.

  • Ciężko się z tym niestety nie zgodzić choć muszę przyznać, że mój tata był na tacierzyńskim zanim to było modne i faktycznie się nami zajmował w szczególności gdy urodziła się moja młodsza siostra (rocznik ’95) a widok taty gotującego obiad lub wyprawiającego mnie do szkoły wcale nie był dziwny.

  • G

    U mnie zdezerterowali obydwoje, matka i ojciec. Rozwiedli się i zostawili mnie na wychowanie dziadkom. W mieszkaniu bez ciepłej wody, ogrzewanym piecem kaflowym, bez kibla (był wspólny na parterze). Ojciec mieszkał w fajnym mieszkaniu 700m dalej. Pamiętam jak kazał mi się stawiać u niego na dozorze codziennie o 18… Bo jak nie to wpierdol. Matka 2km dalej z nowym facetem. Raz mnie wzieli na wakacje nad jezioro. Takie czasy były, aż mnie dreszcz przechodzi jak sobie przypomnę…

    A ja właśnie wróciłem z przejazdzki rowerowej z 4letnia córką.

    • Bardzo przykra historia, współczuję.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Dlaczego rozmowa się nie klei? (i jak wlać w nią Super Glue?)

Skip to entry content

Znasz to uczucie, gdy rozmowa się nie klei? Wiesz, podbiłeś do niej na parkiecie, leciało obłędne muzułmańskie disco, wziąłeś ją w obroty, jej spódnica prawie dostała pozwolenie na start od wieży lotów i tak kwadrans, drugi, trzeci, aż w końcu didżej Piździwąs puścił Gosię Andrzejewicz i poszliście do baru, żeby jakoś to przeczekać. I stoicie przy tym barze i pytasz, czego się napije, bo dostałeś właśnie zwrot podatku, to lecisz na bogato, a ona, że w sumie to soczek, a Ty, żeby nie świrowała zakonnicy i że w ogóle to tu mają obłędnego drinka z wódki z wódką, a ona, że tyle co wszyła esperal, to Ty, że w sumie soki też są spoko, i dostajecie te 2 pełne szklanki, i patrzycie na siebie, i zapada cisza, i rozmowa się nie klei.

Znasz to? Nie? Ja też nie, ale mam kolegę, co ma kumpla, co zna kogoś, kto tak miał. I mam też 378 koleżanek, które poszły z nowo poznanym facetem na randkę i musiały ewakuować się pod pretekstem czajnika na gazie, bo tematy wyczerpały się w połowie pierwszego piwa.

Ten wpis to zbiór najczęstszych przyczyn stojących za tym, że rozmowa się nie klei w trakcie spotkania damsko-męskiego, ale można go czytać również w oderwaniu od tego kontekstu. Bo problemy z nawiązywaniem relacji są bardzo podobne, niezależnie, czy z drugą osobą chcesz skończyć w łóżku, czy tylko w znajomych na Facebooku.

Nie słuchasz aktywnie, nie nawiązujesz do jej wypowiedzi

 

Rozmowa z drugim człowiekiem to taka forma gry w pingo-ponga tylko trudniej wbić sobie róg stołu w brzuch, gdy próbujesz odbić piłeczkę. Jeśli nie śledzisz tego co dzieje się po drugiej stronie, nie zauważysz kiedy piłeczka będzie na Twojej połowie, skąd przyleciała, ani jak ułożyć się, żeby ją odbić.

Jeśli Twoja współrandkowiczka opowiada o tym, że spóźniła się, bo nie mogła złapać taksy, to idealny pretekst, żeby powiedzieć jej o Uberze. Albo rowerze. A jeśli ma Ubera, to żeby rozpocząć rozmowę o aplikacjach mobilnych, Netlixie, serialach, ulubionych filmach, aktorach, ostatnim rozdaniu Oscarów, Twoim dziadku, który miał na imię Oskar, rodzinnych stronach, różnicach międzyregionalnych i tak od nitki do nitki, aż po 4 godzinach żywiołowej dyskusji dojdziecie do wniosku, do którego oboje mieliście skrytą nadzieję, że dojdziecie: musicie się znowu spotkać.

Wystarczy tylko, żebyś aktywnie słuchał drugiej osoby i nawiązywał do tego co przed chwilą powiedziała. Tylko tyle i aż tyle.

Traktujesz ją jak bóstwo

Dała Ci serduszko na Tinderze, bo wrzuciłeś tam lekko podkręcające rzeczywistość zdjęcia? Wziąłeś od niej numer, gdy była pijana i boisz się, że zaraz przejrzy na oczy i sobie pójdzie? W Twojej 10-stopniowej skali atrakcyjności jest dwunastką, a Ty ledwo szóstką? Wynosisz ją na piedestał, bo czujesz, że jest spoza Twojej ligi? Nawet jeśli tak jest, to najgorsze co możesz zrobić to utwierdzać ją w tym przekonaniu i próbować zdobyć jej zainteresowanie ciągłym schlebianiem. Nawet turbo egocentrycy, gdy idą na randkę nie chcą być traktowani jak celebryci na spotkaniu z fanami, bo nie po to tam poszli.

Jeśli ciągle dajesz do zrozumienia drugiej stronie, że robi Ci łaskę spędzając z Tobą czas i nie masz do zaoferowania nic poza komplementami, to po co ma z Tobą rozmawiać? Klakierów łechtających ego ma na Instagramie. Albo w pracy.

Uważasz, że należy rozmawiać tylko na ważne i konkretne tematy

 

Typu ekonomia, górnictwo i hutnictwo. I w dodatku posługując się tylko i wyłącznie faktami. Wyrażanie opinii i indywidualnych przemyśleń to dla Ciebie bezsensowne dywagacje, a gadanie o takich rzeczach jak nowa obłędna pizzeria na mieście, czy wprowadzenie reakcji „tęczowa flaga” na Facebooku, to w ogóle kompletne marnowanie powietrza. Dlatego praktycznie się nie odzywasz.

Jasne, pieprzenie od rzeczy na dłuższą metę jest irytujące i zbędne, ale pierwsze spotkanie to moment kiedy można pozwolić sobie na chwilę gadki-szmatki. Choćby po to, żeby oswoić się ze swoim towarzystwem. I niekoniecznie od razu trzeba skupiać się na analizie kursu franka szwajcarskiego, odrzucając z miejsca wszystkie błahe tematy.

Odpowiadasz monosylabami

„Tak”, „nie”, „yhy”, „eee”. To lustrzane odbicie pierwszego akapitu. Jeśli „samochody, mecze” to maks co można z Ciebie wydusić pytając jakie są Twoje zainteresowania, to nie dziw się, że rozmowa pełznie kulawo jak DiCaprio w „Zjawie”. To nie jest przesłuchanie i nikt nie będzie wyciągał z Ciebie na siłę historii Twojego życia. Jeśli nie mówisz nic o sobie i po każdym jednym pytaniu, druga strona musisz drążyć, żebyś łaskawie rozwinął temat, to taką sytuację nazywamy psychoterapią i za to się płaci.

Wydaje Ci się, że nie masz nic sensownego do powiedzenia

I gdy masz się odezwać, obracasz w głowie każde zdanie dziesiątki razy, i z której strony na nie spojrzysz wydaje Ci się, że jest głupie.

Brak pewności siebie, a raczej brak przekonania o własnej wartości to częsty powód krępującej ciszy i notorycznego singielstwa. Pomijając, że nie ma człowieka, który zawsze mówiłby mądre i właściwe rzeczy, 60 minut na godzinę, 365 dni w roku, nawet w niedzielę palmową i miesięcznicę smoleńską, to tu w ogóle nie o to chodzi. Spotykacie się na randce, nie po to, żeby dostać szóstkę z fizyki kwantowej, tylko dobrze bawić i pośmiać. Wyluzować. A przeżywanie każdego zdania jak egzaminu ustnego z polskiego jest dalekie od luzu, śmiechu i dobrej zabawy. Za to bardzo bliskie kołka w gardle, nerwowego zaciskania palców na kuflu i uciekania spojrzeniem.

Nie interesuje Cię jaką jest osobą, tylko jak ją zaciągnąć do łóżka

Jest takie powiedzenie, że jeśli umawiasz się z dziewczyną i zaczynasz się zastanawiać jak wygląda bez majtek, zanim ona to zrobi, to już przegrałeś.

Dziewczyny, a zwłaszcza ładne, mają gówno-radar i wyczuwają farmazon jeszcze zanim zdążysz cokolwiek powiedzieć. Przeciętna 25-latka słyszała więcej razy, że ma ładne oczy, niż Twoja głowa, że od jutra nie pijesz. Jeśli nie interesuje Cię jej osobowość, nie chcesz jej poznać, masz w dupie gdzie pracuje i czy woli Pepsi, czy Colę, a rozmowę prowadzisz z nią tylko dlatego, żeby po ustawowym kwadransie móc zaproponować pójście do Ciebie, to raz, że ona się zorientuje zanim zdążysz to zrobić, a dwa, że nic z tego nie będzie.

Ona jest nudna

 

Oczywiście nawet jeśli jesteś asem interakcji międzyludzkich i używasz całej palety technik oratorskich, to i tak może zdarzyć się, że rozmowa się nie klei, bo trafiłeś na beton zbrojony. W takiej sytuacji możesz albo użyć wyjścia bezpieczeństwa albo zawczasu przewidzieć taką sytuację i umówić się w miejscu, które samo z siebie jest interesujące i prowokuje rozmowę.

 

Jesteście w nudnym miejscu i robicie nudne rzeczy

Jeśli próbujesz do niej zagadać w trakcie rorat w kościele albo na pierwszą randkę zabrałeś ją do pubu, w którym była na stu innych randkach, to nie dziw się, że dialog Wam się układa jak domino na ruchomych piaskach. Większość facetów myśli, że najlepszym pomysłem na poznanie drugiej osoby jest skazanie się na siedzenie naprzeciwko siebie przez dwie godziny. Najlepiej jeszcze w restauracji, w której jest tak sztywno, że kelnerzy są bardziej odstawieni niż on na studniówce, ludzie przy stolikach obok jedzą w milczeniu, a atmosfera przypomina thriller psychologiczny. Tak, brzmi jak zabawa, co nie?

Dużo lepszym pomysłem na pierwsze spotkanie jest wybranie jakieś aktywnej formy spędzania czasu, a przynajmniej interaktywnej. W sensie, że to co robicie będzie wymuszać kontakt między Wami, przez co nie będzie obawy, że rozmowa się nie klei, bo sama sytuacja będzie Was sklejać. Gokarty, czy ścianka wspinaczkowa brzmi za mocno? To może wystawa/galeria sztuki/wernisaż? Albo chociaż spacer po parku? A jak już koniecznie knajpa to taka z planszówkami albo konsolami? Takie sytuacje/czynności/otoczenie same prowokują rozmowę i nie musisz rozglądać się za kioskiem z Super Glue.

Polecam, beta tester klejów do tapet.

 

---> SKOMENTUJ