Close
Close

Czy „Botoks” jest tak beznadziejny jak mówią? I dlaczego nie?

Skip to entry content

Z filmami Patryka Vegi jest jak z kebabem w nadmorskim kurorcie, raz jest Ci dobrze w środku i chcesz więcej, a raz tak Cię skręca, że musisz biec do kibla zanim zobaczysz koniec. Reżyserowany przez niego serial o policjantach z 2005 roku jest świetnym dramatem, od którego trudno się oderwać, natomiast „Ciacho”, to bardzo nieśmieszny żart, który miał być 30-sekundową reklamą podpasek na TVNie, ale zrobili z niego dwugodzinny film, bo znalazło się więcej reklamodawców.

Do której z tych grup zalicza się „Botoks”, który z jednej strony jest jechany z góry na dół, a z drugiej, miał najlepsze otwarcie w 2017 roku pod kątem zysków ze sprzedaży biletów? Po części do obu.

„Botoks” jest beznadziejny bo…

…to „Pitbull 4″. Widząc zarówno zwiastun, plakat, jak i aktorów występujących w filmie, ma się nieodparte wrażenie, że to kontynuacja sesacyjniaka o policjantach. I w trakcie seansu, już po kwadransie nie ma wątpliwości, że tak jest. Tyle, że policyjne mundury zastąpiono lekarskimi fartuchami, Stramowski ma dłuższe włosy po bokach, a Oświeciński zapuścił brodę.

Poza tymi detalami, to bardzo wierna kalka z tym samymi schematami fabularnymi, ujęciami, montażem i wiecznie wkurwionymi bohaterami. I tym razem nie działa.

…ten film to chaos. Tak jak w poprzedniej części, mamy milion postaci, trzy miliony wątków, i siedem miliardów anegdotek. Jest pato-laska robiąca karierę od zera do senior sales managera, jest trauma powypadkowa, jest eutanazja, jest aborcja, jest transseksualizm, jest współżycie z psem, jest zdrada, jest toksyczny partner, jest nawet gwałt na nieboszczyku i leki homeopatyczne.

Jest po prostu wszystko, jakby Vega był na studiach i zrobił zapiekankę z resztek jedzenia, które zostało mu w lodówce, nie zwracając uwagi, czy to śledzie, czy ananas.

…chuj, kurwa, jebać, chuj. Nie mam absolutnie nic przeciwko wulgaryzmom – bo sam ich używam i w życiu prywatnym, i w tekstach na blogu – o ile ich pojawienie się jest uzasadnione. Wiecie, emfaza i te sprawy. W „Botoksie” niestety nie jest. Tu już nawet nie używa się „kurew” zamiast przecinków. Tu „kurew” używa się zamiast słów. I o ile jeszcze w poprzednich częściach, gdzie próbowano pokazać twardy, gangsterski świat, mogłem przymknąć na to oko, o tyle w epizodzie rozgrywającym się w szpitalu, od tego przekoloryzowania dostajesz epilepsji.

Żeby nie było, ja rozumiem stylizację językową w celu urealnienia postaci, ale znam kilku młodych lekarzy – i kilku niemłodych też – i nawet po butelce Piccolo na głowę nie rzucają mięsem z taką częstotliwością. I to w sytuacjach, w których pije się Piccolo, a co dopiero w pracy.

…Oświeciński. Jestem pewien, że Tomek jest mega spoko gościem i można by z nim Świeżaki kraść, ale póki co, to kulturysta jednej roli. Gra na tyle, na ile potrafi, w kółko to samo, a nawet najlepszy żart powtórzony drugi raz już tak nie śmieszy. Żart z Oświecińskim jest dość przeciętny, a powtarzają go tu po raz trzeci.

…reżyser udaje, że to film zaangażowany społecznie.

Nie wiem, czy do tej pory ogarnęliście, co dzieje się w „Botoksie”, ale jeśli nie, to Wam na szybko streszczę. Jest pato-rodzina: pato-koks, pato-meliniara, pato-matka i pato-ojciec, matka się zapija na śmierć, potem jest JEEEEB, ojca potrąca samochód, potem są wrzutki na homoseksualistów, potem jest kobieta, w której zaklinował się penis jej psa, potem jest koleś z butelką w dupie, potem jest aborcja, potem znowu jest JEEEEEB, typ spada z motocyklu waląc dyńką o beton, potem jest szybkie ruchanko, potem Agnieszka Dygant ma depresję, potem Olga Bołądź zostaje karierowiczką, potem Piotrek Stramowski masturbuje się przy Mariecie Żukowskiej, potem znowu jest JEEEEEB, a potem Kasia Warnke płacze, bo jest w ciąży, a zrobiła 721 aborcji innym babkom, a w międzyczasie Janusz Chabior rzuca rymowanki pokroju entliczek-pentliczek, tylko wstawiając „chuje” w środku, a potem znowu jest JEEEEB, cukier puder w tabletkach, żart z ruchania trupa i ćpanie opiatów do nosa.

I gdzieś w tym wszystkim ma być misja i głębszy przekaz. I go nie ma.

To jest w ogóle główny problem tego filmu, że autor nie wie, czy chce zrobić przegląd dowcipów o lekarzach, czy „Big Short”, tylko z medycyną estetyczną zamiast gry na giełdzie, czy jednak dramat pokazujący ciemne oblicze aborcji. I przez to „Botoks” bardzo dużo traci, bo gdyby Vega na samym początku określił czym ma on być, a potem w trakcie realizacji wykazał się samodyscypliną i tego trzymał, to może mielibyśmy to, co w „Nowych porządkach”. Czyli  dobre kino rozrywkowe, które nie udaje, że jest czymś więcej.

A tak mamy chybocący się wiatrak z lekarskich stereotypów, na stelażu z aborcji i łapówek, napędzany wulgaryzmami.

 

„Botoks” nie jest beznadziejny bo…

…Katarzyna Warnke, Marieta Żukowska, Agnieszka Dygant. Panie grające w filmie są chyba najjaśniejszą jego stroną. Stają na rzęsach, żeby ich postacie nie były papierowe, i nie przewracają się. Lekarki są pełnowymiarowe, namacalne i nawet, gdy każdej z nich przydarza się ciąg zdarzeń zarezerwowany dla całego pokolenia lekarzy, przeżywamy to razem z nimi, mimo wszystko wierząc w ich istnienie. A pomijając już warsztat aktorski, Marieta Żukowska wygląda tak ślicznie w tych krótkich włosach, że mógłbym przez te 135 minut tylko patrzeć jak się śmieje i płacze na przemian.

…Vega nie bierze jeńców. Mimo, że reżyser zrobił z Warszawy niskobudżetowe Ghotam City, gdzie rolę Jokera przejmuje szefowa koncernu farmaceutycznego zatrudniającego same laski, to ta karykatura i przeginanie ma swój urok. Oczywiście miałaby go dużo więcej, gdyby nie dorabianie kiepskiej ideologii, ale i tak, poruszanie mocnych tematów bez półśrodków, wstyd się przyznać, jakoś mnie przyciąga. W końcu to nie kolejna ckliwa produkcja z Karolkiem, gdzie ludzie używają jednorazowych maszynek do golenia tylko raz, i w przypływie gniewu warczą „motyla noga”.

…są emocje. Czyli główny powód, który nie pozwala mi skreślić czwartej części „Pitbulla”.

Może mam mało wyrafinowany gust, ale naprawdę kilka scen w tym filmie mnie zaciekawiło i jakoś poruszyło. Mimo, że nie zgadzam się z przedstawionym w nim stanowiskiem na temat usuwania ciąży, to skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przeszedł mnie dreszcz, gdy widziałem moment wykonywania tego zabiegu. Albo moment porodu. A nawet moment cięcia warg sromowych. Fakt, że może są to obrazy zbyt naturalistyczne i skalkulowane na szokowanie, ale – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, po tym wszystkim, co wcześniej napisałem – ruszyły mnie i choć przez chwilę zmusiły do refleksji.

A o to właśnie w wytworach kultury chodzi.

 

Czy warto iść na „Botoks” do kina?

Podsumowując wszystkie za i przeciw, a przede wszystkim biorąc po uwagę, że przed filmem pojawiło się logo Showmaxu: nie, nie warto iść na „Botoks” do kina. Chyba, że macie darmowe bilety z Multisporta, ale jeśli płacilibyście za nie normalnie, to film nie jest na tyle rozrywkowy, żeby się na nim bawić, ani na tyle dramatyczny, żeby doznawać w trakcie seansu katharsis. Można natomiast poczekać dwa miesiące, aż pojawi się na Showmaxie i założyć darmowe konto na 14 dni, by go obejrzeć.

Nie jest to ani taka poracha jak „Smoleńsk”, ani taki kozak jak „Drogówka”, ot typowy średniak. Seans raczej Cię nie rozwinie intelektualnie, ale też nie powinien bardzo zubożyć.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z materiałów promocyjnych filmu „Botoks”
(niżej jest kolejny tekst)

10
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
Anna Bartnik | simplyanna.plPawełKarololJaroooAleksandra Muszyńska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Konrad Juralewicz
Gość
Konrad Juralewicz

Oświeciński Kubusiu. Oświeciński.

Agnieszka Kozioł
Gość
Agnieszka Kozioł

Miałam iść na to jutro. A teraz nie mam co jutro robić. Jak żyć?

Jan Favre
Gość

Oglądać „BoJacka Horsemana” na Netflixie.

Grzegorz Deuter
Gość

Jak na człowieka, który nie lubi „wiecznych malkontentów”, to dość sporo ponarzekałeś na tę najbardziej oglądaną w tym roku premierę ;)

Jan Favre
Gość

Raz, że „wieczny” oznacza powtarzanie jakiejś czynności w nieskończoność, a dwa, że chyba nie czytałeś innych recenzji, ta to jest prawie laurka :)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Właśnie mi przypomniałeś, czemu tak mnie wpieniają filmy Patryka Vegi – mam tu na myśli jego tak zwane filmy akcji. Bo są jak źle, nerwowo zmontowany videoklip. Chaotyczne, niejednorodne fabularnie, bez wyraźnie zarysowanych wątków, ot takie kinematograficzne rozwolnienie. Jeśli tu faktycznie też tak jest – to dziękuję, nie tańczę.
Poza tym jednak cieniem na to wszystko kładzie mi się postać samego Vegi, który chadza po mediach i bredzi coś o objawieniu boskim i natchnieniu Ducha Świętego. Czarek Pazura bis.

Jarooo
Gość
Jarooo

Ja myślę, że pomimo powszechnej krytyki, a może wręcz na jej skutek warto film zobaczyć, czy to w kinie, czy później.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

„Lunatycy” – moja pierwsza powieść. Co? Jak? Po co? I dlaczego?

Skip to entry content

Jestem pewien, że w młodości miałeś marzenie z serii tych dużych, nie mieszczących się w wąskim naczyniu własnej czaszki. Typu zostać piłkarzem reprezentacji Polski. Albo Manchesteru United. Albo miałaś fantazję. Zostać baletnicą i tańczyć w „Jeziorze łabędzim”. I jeździć w trasy od Teatru Bolszoj po Broadway. Nosiliście je w głowie rok, dwa, trzy… pewnie więcej, pewnie z sześć, czy z siedem lat, aż się rozlały. Pokonując wyboje codzienności nie daliście rady ich utrzymać i ściekły po karku razem z potem, wsiąkły w t-shirt, aż w końcu rozmyły się pod prysznicem. Mam rację?

A teraz wyobraźcie sobie, że jednak nie, że stało się zupełnie inaczej. Że zacząłeś grać mecze na największych stadionach świata, mając na sobie nieustannie kilkadziesiąt tysięcy par oczu. Że zaczęłaś chodzić na palcach w białych baletkach za pieniądze i dostawać mogące burzyć ściany nośne brawa, za każdym razem, gdy się ukłonisz. Fajnie, co? To teraz pomyślcie, że nie dochodziliście do tego latami, tylko stało się to w ciągu dwóch tygodni, z dnia na dzień. Szliście spać jako zlane z monolitem miasta trybiki w maszynie, a budzicie jako pieprzeni celebryci. I wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, czegoś od Was chcą. Waszej sławy, pieniędzy, seksu, ale przede wszystkim zdjęcia na Instagram.

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Męczące?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Trochę męczące, co?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Chcielibyście to zatrzymać?

PSTRYK!

PSTRYK!

ZRÓB SOBIE ZE MNĄ ZDJĘCIE! JESTEŚ WOLNY? POŻYCZ PIĘĆ DYCH! CO ROBISZ WIECZOREM?

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

NO POŻYCZ WEŹ, JUTRO ODDAM! EJ, LALECZKO, WIDZIAŁEM CIĘ W TELEWIZJI, ŁADNIE TAM WYWIJAŁAŚ!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Kula burząca starą rzeczywistość poszła w ruch i…

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

…nie zatrzyma się, póki nie zrówna wszystkiego z ziemią.

Właśnie o tym są „Lunatycy”. O sukcesie, na który zupełnie nie jesteście gotowi.

 

Co to jest?

„Lunatycy” to powieść, czyli „utwór narracyjny, opisujący zwykle rozbudowany ciąg zdarzeń”, cytując Wikipedię.

Główny bohater to Michał SirNick Sernicki, osiemnastolatek, którego całym światem jest muzyka i ze wszystkich sił wierzy w to, że będzie z niej żył. Grał koncerty, nagrywał płyty i liczył miliony na YouTube i w kieszeni. Mimo, że nic nie wskazuje na to, aby miało się tak stać. Więcej, całe otoczenie, łącznie z uczącymi go nauczycielami, wysyła mu jeden komunikat: jesteś nikim, będziesz nikim i zgnijesz w blokowisku rozdeptany pod butem rzeczywistości.

Cały świat SirNicka jest pomalowany szarą matową farbą aż do pewnego dnia. Dnia, w którym nagrywa z kolegą teledysk i wrzuca go do sieci. A wszystko się zmienia, jak po rzucie kośćmi do gry w Jumanji, bo klip staje się viralem, a oni z dnia na dzień gwiazdami.

 

Po co to jest?

Wiecie, że pierwszy wpis na tego bloga dodałem pod koniec września 2011 roku? Czyli ponad 6 lat temu? Dawno, co? To były tak zamierzchłe czasy, że YouTube’a oglądało się przy świeczkach, i to na komputerze, a telefon miały aparat tylko z jednej strony i żeby być na zdjęciu trzeba było prosić o pomoc innego człowieka. Czasem obcego.

Prowadzę ten pamiętnik internetowy już naprawdę długo, dłużej trwa chyba tylko „Moda na sukces”, i po takim czasie pisania do sieci, wirtualnie, chciałem zrobić coś realnego. Coś, czego będzie można dotknąć. A przede wszystkim coś innego. Choć „coś” w tym przypadku to złe słowo, bo sugeruje, że szukałem po omacku, a ja bardzo dobrze wiedziałem co chcę zrobić. Odkąd w klasie maturalnej przeczytałem „Grę” Neila Straussa, która miała ogromny wpływ na moje życie, chciałem napisać równie barwną, mocną, ale przede wszystkim wciągającą opowieść.

Wierzę, że podołałem.

 

Czemu sam to wydaję?

Bo nie widzę powodu, dla którego miałbym to robić przez wydawnictwo. Grupę odbiorców mam, kanał dystrybucji mam i pomysły na promocję też mam. Zresztą, kiedy ostatnio widzieliście dobrą promocję książki zorganizowaną przez wydawnictwo? W sensie coś więcej, niż wrzucenie informacji o premierze na fanpage autora i wysłanie egzemplarzy recenzenckich do mediów? W tym temacie szczytem kreatywności są dary losu dla blogerów i zorganizowanie kilku spotkań autorskich. Coś co jest w stanie zrobić każda osoba posiadająca telefon i adres e-mail. Czyli każda osoba.

A propos spotkań autorskich, przed wakacjami byłem na jednym takim. Autor ze ścisłej czołówki polskich pisarzy, znany, lubiany, ledwo po premierze książki. Spotkanie nie dość, że w galerii handlowej na wydupiu, to jeszcze nie w Empiku, tylko przed. W pasażu handlowym. Między schodami, a KFC. Krzesła na 30 osób, przyszło 35, nie mieli gdzie siedzieć, a autor próbując coś powiedzieć musiał przekrzykiwać ludzi robiących zakupy i radiowęzeł z informacjami o zniżkach w Rossmannie. Wydarzenie oczywiście organizowało wydawnictwo. Szacun.

O cenach pisałem już wczoraj, więc tylko powtórzę: tradycyjne wydawnictwa uczą czytelników, że pierwsi nabywcy to frajerzy, bo kupują tytuł za największą możliwą cenę, a wystarczyłoby poczekać miesiąc, żeby został przeceniony o połowę. Podobnie jak Michał Szafrański, przyjąłem odwrotny model: niższa cena zarezerwowana jest dla pierwszych kupujących, którzy obdarzają mnie zaufaniem co do treści, a wyższa dla kolejnych, którzy z recenzji w sieci wiedzą, czego spodziewać się po książce.

Wydaje mi się to najuczciwszą strategią wobec Was, dlatego „Lunatycy” nigdy nie będą kosztować mniej niż 39zł. A po okresie przedsprzedaży cena wzrośnie o 10zł w związku z kosztami wysyłki, które w tym momencie pokrywam ja. Inna kwestia, to, że ta książka kosztowała mnie bardzo dużo emocjonalnie i, naprawdę, chyba bym się rozpłakał, jakbym ją zobaczył po kilku miesiącach na dnie jakiegoś kosza z przecenami.

I jeszcze jeden ważny aspekt, przez to, że nikt nie mógł mi niczego narzucić, sam mogłem wybrać ludzi do pracy przy powstawaniu powieści. Od redakcji po skład. Dzięki czemu na okładce widzicie piękną pracę utalentowanej Dixie Leota. A nie moją twarz, jak sugerowałby wydawca, argumentując, że to lepiej sprzeda książkę. Mimo, że moja facjata ma się tak do treści, jak keczup do włoskiej pizzy.

Na koniec szybka lekcja matematyki. Ile jest 10% brutto z 39.99zł? Niecałe 4 złote. A netto? Tyle, że nawet na banię w Pijalni Wódki nie starczy. I właśnie takie grosze dostają autorzy wydający w „zwykłym” wydawnictwie. Robiąc to samemu twórca, czyli najistotniejsze ogniowo w całym procesie powstawania i sprzedaży książki, ma od 4 do 7 razy więcej. Czyli na obiad w porze lunchowej już się uzbiera.

 

Kiedy to będzie?

Premiera „Lunatyków” przewidziana jest na 26.10.2017 i tego dnia książka wyląduje w Waszych rękach, jeśli zamówicie ją w trakcie trwającej właśnie przedsprzedaży. Później wysyłki realizowane będą na bieżąco, a my będziemy się widzieć na spotkaniach autorskich w Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku. Ale kiedy dokładnie, to w tym momencie Wam nie powiem, bo póki co skupiam się na tym, żeby nakład wyszedł z drukarni cały i zdrowy. I żeby zostawić taga na każdym egzemplarzu, który zamówicie przed premierą. Co jest całkiem sporym wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że ostatni raz posługiwałem się długopisem na egzaminie z ekonometrii w 2011.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania związane z książką, pisaniem albo wydawaniem się samemu, to śmiało, pytajcie o wszystko jakbym był botem na Gadu-Gadu.

Okazywanie uczuć to nie dowód słabości. To dowód wartości

Skip to entry content

Kilka dni temu od jednej z czytelniczek dostałem bardzo długi list natury damsko-męskiej. Tak długi, że można by z niego zrobić e-booka. Albo streścić w jednym zdaniu: ona mu się podoba i on jej też, ale nie są razem, bo żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć drugiemu co czuje. Brzmi absurdalnie? To dołóżcie do tego fakt, że ten pat na szachownicy relacji nie trwa od miesiąca, tylko od kilku lat. Czy jak w każdej komedii romantycznej, ich drogi splotą się w jedną przez zupełny przypadek? Spotkają się przy tej samej kasie w Biedrze walcząc o Świeżaki dla młodszego rodzeństwa?

Nie spodziewam się, bo w rzeczywistości przypadek częściej oznacza wpadnięcie pod samochód niż wygranie w Lotto.

Gdy gówno robisz, to gówno z tego wychodzi

W podstawówce byłem śmiertelnie zakochany w koleżance z klasy – Magdzie. Magda była mega laską, miała obie nogi, wszystkie zęby stałe, dwa blond warkoczyki i getry z Myszką Minnie. A w szóstej klasie nawet szczątkowe piersi. Żadna inna w całej szkole nie mogła się z nią równać.

Wzdychałem do niej na matematykach, technikach i przyrodach, i gdy tylko było to możliwe, starałem się siadać w ławce przed nią albo za nią. Nigdy w tej samej, bo mógłbym nie wytrzymać z przejęcia i paść na zawał w wieku 11 lat, a miałem do przejścia jeszcze wiele gier na Pegazusa. Każdego dnia wracając do domu obiecywałem sobie, że następnego wszystko jej powiem. Zaczepię na długiej przerwie, kiedy akurat będzie stała sama, podbiegnę, kiedy będzie wychodziła ze szkoły, stanę przed nią, spojrzę głęboko w oczy i wyznam, że jest miłością mojego życia i te wszystkie anonimowe kartki walentynkowe to ode mnie.

Jednak nigdy się to nie stało. Bo ilekroć była nadarzająca się okazja, paraliżował mnie strach brzmiący: a co, jeśli ja nie jestem miłością jej życia?

CO, JEŚLI ONA MNIE WYŚMIEJE?

Żeby było zabawniej, poznałem odpowiedź na to pytanie, ale nie od niej. Tuż po rozdaniu świadectw ukończenia podstawówki spotkałem najlepszą przyjaciółkę Magdy – Gosię. Upojona do nieprzytomności oranżadą z syfonu, wyznała mi, że Magda odkąd doszła do nas w czwartej klasie, kochała się we mnie i w Grześku. I przez całe trzy lata czekała, aż któryś z nas coś zrobi. I się nie doczekała.

Gdybym nie był wtedy takim boidupą, pewnie dzisiaj mielibyśmy trójkę dzieci, buldoga francuskiego, duży dom i rozwód. Wystarczyło powiedzieć „hej, masz fajny tornister, będziesz ze mną chodzić, skarbie?”.

Co takiego strasznego może się stać?

Wyznawanie miłości z zaskoczenia, jakbyś zachodził kogoś w ciemnej uliczce od tyłu z nożem, mówiąc „karta do bankomatu i kod pin albo życie”, oczywiście nie jestem dobrym pomysłem, ale uświadomienie obiektu naszych zainteresowań, że nim jest, już tak. Bo co najgorszego może się stać, gdy powiesz drugiej osobie z którą jesteś w bliższych lub dalszych stosunkach, że Ci na niej zależy? Albo po prostu, że Ci się podoba?

Przyłoży Ci z otwartej w twarz? A niby czemu?

Wykastruje Cię spojrzeniem? Spojrzenia nie mają takiej mocy. Serio.

Napisze o tym status na Fejsie? Nagra godzinną serię szydzących snapów? Wypchnie w trendujące na Twitterze hashtag #bekazTwojeImięINazwisko? Jeśli oboje skończyliście już gimnazjum, to raczej nie zapowiada się, żebyś mógł zostać w ten sposób gwiazdą internetu.

Spadnie Ci niebo na głowę i świat się skończy? Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, ale, na Teutatesa, nie, nie jesteś Asterixem.

Realnie najgorsze co się może stać, to że ona nie będzie zainteresowana Tobą w tym samym kontekście co Ty nią, bo miała Cię za dobrego kumpla, a nie kandydata na współlokatora do kawalerki z jednym łóżkiem, i zakończycie znajomość. Tylko tyle. Nikt nikogo nie zamorduje, nikomu nie zostaną wycięte narządy rozrodcze. W razie czarnego scenariusza po prostu przestaniecie się widywać.

Kto pierwszy powie, że mu zależy przegrywa

Relacje damsko-męskie to gra pozorów bez możliwości save’owania. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby wchodząc do klubu każda dziewczyna w pierwszym zdaniu informowała Cię, czy jest Tobą zainteresowana, czy nie, a jeśli tak, to czy chce mieć z Tobą wspólny kredyt na mieszkanie, czy tylko orgazm. Gdyby obie strony chodziły z Judaszami na czole, przez które w dowolnej chwili można zajrzeć i sprawdzić co się dzieje pod kopułą, z pewnością wszyscy zaoszczędzilibyśmy sobie sporo czasu i nerwów.

Tylko, że uwodzenie się straciłoby całą magię.

To, że nie wiesz, czy bawienie się włosami i oblizywanie ust, to tylko tik nerwowy, czy świadome wysyłanie sygnałów do bliższego kontaktu, nadaje urok całemu procesowi podrywu i poznawania się nawzajem. To właśnie ta niepewność nas nakręca, buduje napięcie i sprawia, że chcemy się odkryć, sprawdzić, czy jest tak, jak nam się wydaje.

Wiele osób, jednak traktuje to jako grę, w której wyłożenie kart na stół jest równoznaczne z przegraną. Tak jakby w kontaktach między kobietami i mężczyznami chodziło o wieczne zwodzenie się, głównym celem była apatia, a otwarte okazanie zainteresowania zasługiwało na potępienie. Absurd. Po to robi się podchody, żeby móc się cieszyć ze znalezienia się, a nie do czterdziestki chować się w lesie z twarzą obrośniętą mchem.

Relacje międzyludzkie, to nie boks, że zwycięstwo jednej strony jest uzależnione od porażki drugiej. Tu wygrywa się tylko w parach. Przegrywa najczęściej też.

Okazywanie uczuć jest ludzkie

Tym się różnimy od maszyn, że poza zdolnością podnoszenia ciężarów i wykonywania obliczeń, zostaliśmy obdarzeni umiejętnością przeżywania emocji i wyrażania uczuć. Warto korzystać z tych możliwości, bo w dobie dzikiego rozwoju technologii i sztucznej inteligencji, to jedyne co dzieli nas i roboty. Kto mówi o tym, co ma w środku, o tym jak jego kulka z białego puchu schowana pod klatką piersiową reaguje na świat zewnętrzny, jest człowiekiem. Kto jest bryłą lodu, chowającą całą swoją emocjonalność, potrzeby, pragnienia w metalowej puszce, może być po prostu ładnie wykonanym androidem. I sam o tym nie wie.

Okazywanie uczuć nie jest dowodem słabości. Jest dowodem wartości. Świadectwem bycia człowiekiem, kto tego nie robi, przestaje nim być.

A kto je wykorzystuje lub szydzi z nich widząc je u drugiej osoby, jest zwykłym chujem.