Close
Close

Dni, kiedy chciałem tylko przetrwać…

Skip to entry content

Budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach. Na plecach czuję cały parkiet, każdą klepkę, w nozdrzach przypalone mleko. Ten materac to od dziewczyny, która traktuje mnie jak brata, mimo, że ją ledwo znam. Dała mi u siebie spać, bo kilka dni temu, zanim tu trafiłem, jeszcze nie miałem gdzie. To mleko, to śniadanie Tomka. Przypadkowego kolesia z Gumtree, z którym mieszkam. Oprócz niego sypia tu jeszcze jego dziewczyna i dwóch znajomych ode mnie z pracy. O ile bycie domokrążcą bez doświadczenia faktycznie można nazwać pracą, a nie grą w Lotto.

Trafiłem tu tydzień temu. Dwa tygodnie po tym jak spakowałem się do skórzanej torby po dziadku i powiedziałem mamie, że się wyprowadzam. Gdy akurat nie pracuję, staram się jak najdłużej spać, żeby jak najmniej jeść. Kiedy człowiek nie śpi zużywa energię i zamiast trzech posiłków dziennie potrzebuje czterech albo pięciu. Wiele lat później dowiem się, że pięciu posiłków dziennie potrzebuje każdy człowiek i to najzdrowszy cykl żywieniowy, ale w tym momencie stać mnie tylko na dwa i pół.

Jem spaghetti z sosem neapolitańskim z saszetki, ryż z margaryną albo chleb z serkiem topionym Hochland. Czekam na wypłatę. Chcę w końcu pójść na kebaba. Na coś z mięsem. Z moich obliczeń wynika, że powinienem dostać przynajmniej 1600zł. Dostaję 240zł. Bo cośtamcośtam.

Odkrywam Bar Mleczny Żaczek na Czarnowiejskiej. W lipcu 2008 roku rosół kosztuje tam 1,35zł za talerz. Jest blady, chudy i z całkowicie rozgotowanym makaronem. Jem go po kilka razy dziennie. Codziennie. I cieszę się, że za te 5,95zł co zostało mi z 10zł dziennego budżetu, mogę z tą dziewczyną co traktuję ją jak siostrę choć ledwo ją znam, iść nad Wisłę na piwo. Na trzy piwa. Harnasie z promocji w Kefirku.

Znów budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach i myślę o tym, że to się zmieni. Że muszę to tylko przetrwać.

***

Babcia nie żyje. Na poziomie świadomym ignoruję to. Była ścianę obok, w tym samym domu przez całe moje życie, 14 lat, a ja nie zastanawiam się, nie analizuję, nie mam wspomnień, ani nawet snów na ten temat. Przyjąłem i tyle. Nie drążę. Bez odbioru.

Na poziomie podświadomym dzieje się coś bardzo złego. Przestaję sypiać. Kładę się do tego łóżka, zamykam oczy i nic. I tak do czwartej. Piątej. Szóstej. Do momentu, kiedy mama wstaje do pracy i wiem, że ja powinienem do szkoły. Jestem przeżuty, wypluty.

Jest zima, brudny śnieg i błoto na podeszwach. Podjeżdża autobus bez ogrzewania, w którym woda pozamarzała na szybach. Powietrze śmierdzi beznadziejną, gryzie w gardło przy oddychaniu. Szkoła jest symulacją. Ktoś udaje, że chciał tu przyjść, ktoś udaje, że ma ochotę na rozmowę, ktoś udaje, że żart, który przed chwilą usłyszał był śmieszny, ktoś udaje, że po powrocie do domu nie dostanie pasem, ktoś udaje, że ma gdzie wracać. Każdy udaje.

Historia. Koleżance, która chciałby, żebym był dla niej kimś więcej niż kolegą, trzęsą się ręce. Jestem dzieciakiem, a przede wszystkim jestem w bańce z braku snu. Nie chcę w naszych kontaktach wychodzić nigdzie poza „cześć”. Gdyby mi powiedziała wprost, że chce ze mną chodzić, to chyba z nerwów bym zwymiotował. Jestem tu gościem, człowiekiem, który tu wpadł na chwilę, bo wiedział, że nie może schować się przed tym obowiązkiem w domu. A bardzo by chciał. Historyczka, która wiele, wiele lat później będzie stelażem pod nauczycielkę w mojej powieści, bierze ją do odpowiedzi. Pod tablicę. I próbuje ją po niej rozsmarować. Wgnieść ją w ścianę. Koleżanka wraca do ławki zakrywając twarz. Na następnej lekcji już się nie pojawia.

Ostatni dzwonek. Ktoś chce kogoś pobić. Bić go tak długo, aż z jego twarzy będzie ciekła krew. Ktoś boi się wyjść ze szkoły. Chowa się w toalecie. Wchodzi na muszlę klozetową, żeby nie było widać wystających stóp spod drzwi. Dostał na święta nową kurtkę od rodziców. Nie chce mieć w niej dziury. Oboje wiedzą, że to jutro się powtórzy.

Ten ktoś myśli o tym samym co ja, gdy kolejną noc z rzędu gapię się w sufit czekając na sen. Myśli o tym, do kogo ma się pomodlić, żeby to jakoś przetrwać.

***

Nie czuję wagi swojego ciała, spadam. Leżę na łóżku, a mimo to spadam. Wiem, że pod głową mam poduszkę, a pod barkami materac, ale ich nie czuję. Wpadłem do bezdennej studni i nie mogę się zatrzymać. To trwa od wczoraj, odkąd jakiś typ przed klubem podał mi fifkę. Zajarałem. Zaczęło mnie zarzucać, przestałem trzymać równowagę. Wszedłem z powrotem do środka. Ściany, parkiet, ludzie, DJ, hałas, światła, dziewczyny, z którymi tu przyszliśmy, wszystko wirowało i nie chciało się zatrzymać. Próbowałem się czegoś złapać, ale było za późno, podłoga pod moimi stopami przestała istnieć i zacząłem spadać.

Podbiegłem do Maćka, powiedziałem, że wychodzimy, że natychmiast muszę się znaleźć w domu, w łóżku, żeby dzwonił po taksę, bo zaraz wyjebie mi mózg z czaszki. Chwilę to trwało. Dłuższą chwilę. W końcu podjechała, próbowałem to jakoś opanować, ale nie mogłem, zaraz przecież będę w domu, w łóżku, położę się, zasnę i jutro wszystko będzie dobrze, nic z tego. Błędnik wariuje, wariuje, wariuje, wariuje, wariujewariujewariujewariujewariuje, wa-a-a-a-riu-u-u-u-je-e-e-e-e-e-e-e-e. Jak to się wyłącza, czemu to się nie wyłącza, niech ktoś to wyłączy, halo, słyszy mnie ktoś, halo? E-e-e-e-e-e-e-e-e.

Cała noc i cały kolejny dzień. Paranoja? Halucynacje? Trwałe uszkodzenie mózgu? Chyba tak. Chyba to ostatnie, chyba wszystko naraz.

Jak mogłem być tak głupi, jak? To nie była trawa, to był jakiś syf, wciągnąłem dym do ust i czułem, że to był jakiś syf, coś innego. Pieprzony dopalacz. Pieprzony dopalacz zniszczył mi mózg 6 lat przed tym, gdy media podniosą alarm, że można od tego umrzeć. Jak mogłem być tak głupi, jak?

Słońce zaczyna gasnąć, chmury stają się spopielonymi kartkami papieru, niebo broczy szarością, kończy się kolejny dzień. Próbuję wyjść z łóżka, próbuję wmówić sobie, że jest lepiej, że już nie spadam, że zaczynam czuć grunt pod stopami. Wchodzę do łazienki, staję przed lustrem: to się skończy, dasz radę, skończy się, naprawdę, to minie i znów będziesz normalny, będzie jak dawniej, musisz to tylko wytrzymać.

Musisz to tylko przetrwać.

***

Ludzka pamięć jest zawodna. Czasem widzimy świat wysmarowany smołą, tylko dlatego, że mamy gorszy moment, że nie jest tak jak oczekiwaliśmy. Nie doceniamy tego co mamy, wydaje nam się, że jest źle. Mamy wrażenie, że świat się kończy, podczas gdy prawdziwy koniec świata przeżyliśmy już dawno, dawno temu.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Kraków – miasto, które zapiera dech w piersiach!

Skip to entry content
Kraków jest magicznym miastem, zwłaszcza zimą! Każdego dnia przyjeżdżają tu setki par, by przeżyć romantyczne chwile…
…spacerując po klimatycznych uliczkach wokół Rynku Głównego…
…ciesząc się śniegiem na plantach…
…odkrywając uroki kultowych miejsc na Kazimierzu…
…czy robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia pod Wawelem – miejscem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Jednak Kraków, to nie tylko Stare Miasto. To także szereg hal widowiskowych i obiektów sportowych, miejsc, gdzie możemy spędzić czas aktywnie.
Wycieczka do Grodu Króla Kraka, to też świetna okazja do relaksu na łonie natury – Zakrzówek, czy Kopiec Piłsudskiego, to miejsca, w których można zapomnieć, że jest się w dużym mieście.
Ale Kraków to przede wszystkim miasto z duszą, miasto, które zapiera dech w piersiach!
W sezonie grzewczym niestety dosłownie, nawet w pomieszczeniach zamkniętych…
…chyba, że mamy oczyszczacz powietrza.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Kraków jest miastem, w którym zimą zdrowiej jest pić bimber, niż oddychać. Niewielu z nas jednak wie, że syf, o którym alarmują stacje pomiarowe za oknem, jest też w naszych domach. I w sypialniach, i w szkołach, i w przedszkolach, i w biurach.  I to nie tylko w Grodzie Króla Kraka, ale wszędzie, gdzie są problemy ze smogiem.

Jak wynika z badań naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej, w pomieszczeniach zamkniętych powietrze jest zanieczyszczone tylko o połowę mniej, niż na zewnątrz. Znaczy to tyle, że jeśli z soboty na niedzielę, na Radzikowskiego pyły zawieszone doszły do poziomu 1036% normy (tak, tu nie ma literówki: TYSIĄC TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ procent normy, czyli 10 razy więcej, niż jest to dopuszczalne), to w mieszkaniach przy tej ulicy stężenie tych pyłów wynosiło średnio 518% normy. Jeśli ktoś ma bardziej szczelne okna, ciut mniej, jeśli ktoś ma mniej szczelne okna, ciut więcej.

Przed smogiem nie schowamy się ani pod łóżkiem, ani w piwnicy, ani za firanką u sąsiada. Jeśli nie chcemy chodzić w maskach antysmogowych po domu, mamy do wyboru albo zainwestowanie w oczyszczacz powietrza albo wyprowadzkę z kraju.

Przed dłuższy czas, jak większość osób, ignorowałem problem i tak jak Konstanty Radziwiłł – minister zdrowia – wmawiałem sobie, że „smog to problem teoretyczny”. A potem zainteresowałem się tematem i dowiedziałem, że w Polsce, z powodu syfu w powietrzu, umiera rocznie 44 000 ludzi, 15 razy więcej niż w wypadkach drogowych. To jednak wciąż są tylko liczby, często abstrakcyjne i niezrozumiałe. Najbardziej sprawę z problemu zdałem sobie w momencie, kiedy na zewnątrz zacząłem chodzić w masce, a w domu korzystać z oczyszczacza powietrza.

Co się okazało? Że wszyscy, którzy mówili „to nie kac, to smog”, mieli rację.

Od jakiegoś czasu używam oczyszczacza Electrolux EAP 300 z filtrem HEPA (zatrzymującym największy rakotwórczy paździerz zawieszony w powietrzu) i z filtrem węglowym (łapiącym sierść, kurz i zapachy), i gdy wchodzę do domu, czuję się jakbym teleportował się nad morze. Nagle okazało się, że można się budzić bez zwały z rana i nie czuć się zmulonym wieczorem, można też pozbyć się dziwnych bólów głowy, drapania w gardle i kaszlu biorącego się znikąd.

EAP 300 ma czujnik jakości powietrza, pokazujący jak bardzo zanieczyszczone jest to, czym oddychasz Ty i Twoje dziecko/pies/babcia, i funkcję automatycznego dostosowywania prędkości filtrowania, przez co, gdy otworzysz okno, żeby przewietrzyć miasto, sam wie, że ma pracować intensywniej. Oprócz tego, ma też taki bajer jak tryb nocny, który wycisza sprzęt, gdy tylko w pomieszczeniu zgaśnie światło. Co to daje? Poza sprawami, o których pisałem wyżej, przestałem mieć problemy z zasypianiem, które dziwnym trafem pojawiały się razem ze startem sezonu grzewczego. I przestałem sobie wmawiać, że gorsze samopoczucie to z braku słońca. Nie. To od smogu.

Filtr w domu, to w tej chwili jedyny sposób, by Kraków był miastem, które zapiera dech w piersiach, tylko metaforycznie.

dziękuję marce Electrolux, że została patronem tego wpisu, bo materiał ukazujący absurd, do którego popycha nas smog, chciałem stworzyć, odkąd zauważyłem, że zimą ubrania śmierdzą mi rozpałką po każdym spacerze

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.