Close
Close

Dni, kiedy chciałem tylko przetrwać…

Skip to entry content

Budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach. Na plecach czuję cały parkiet, każdą klepkę, w nozdrzach przypalone mleko. Ten materac to od dziewczyny, która traktuje mnie jak brata, mimo, że ją ledwo znam. Dała mi u siebie spać, bo kilka dni temu, zanim tu trafiłem, jeszcze nie miałem gdzie. To mleko, to śniadanie Tomka. Przypadkowego kolesia z Gumtree, z którym mieszkam. Oprócz niego sypia tu jeszcze jego dziewczyna i dwóch znajomych ode mnie z pracy. O ile bycie domokrążcą bez doświadczenia faktycznie można nazwać pracą, a nie grą w Lotto.

Trafiłem tu tydzień temu. Dwa tygodnie po tym jak spakowałem się do skórzanej torby po dziadku i powiedziałem mamie, że się wyprowadzam. Gdy akurat nie pracuję, staram się jak najdłużej spać, żeby jak najmniej jeść. Kiedy człowiek nie śpi zużywa energię i zamiast trzech posiłków dziennie potrzebuje czterech albo pięciu. Wiele lat później dowiem się, że pięciu posiłków dziennie potrzebuje każdy człowiek i to najzdrowszy cykl żywieniowy, ale w tym momencie stać mnie tylko na dwa i pół.

Jem spaghetti z sosem neapolitańskim z saszetki, ryż z margaryną albo chleb z serkiem topionym Hochland. Czekam na wypłatę. Chcę w końcu pójść na kebaba. Na coś z mięsem. Z moich obliczeń wynika, że powinienem dostać przynajmniej 1600zł. Dostaję 240zł. Bo cośtamcośtam.

Odkrywam Bar Mleczny Żaczek na Czarnowiejskiej. W lipcu 2008 roku rosół kosztuje tam 1,35zł za talerz. Jest blady, chudy i z całkowicie rozgotowanym makaronem. Jem go po kilka razy dziennie. Codziennie. I cieszę się, że za te 5,95zł co zostało mi z 10zł dziennego budżetu, mogę z tą dziewczyną co traktuję ją jak siostrę choć ledwo ją znam, iść nad Wisłę na piwo. Na trzy piwa. Harnasie z promocji w Kefirku.

Znów budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach i myślę o tym, że to się zmieni. Że muszę to tylko przetrwać.

***

Babcia nie żyje. Na poziomie świadomym ignoruję to. Była ścianę obok, w tym samym domu przez całe moje życie, 14 lat, a ja nie zastanawiam się, nie analizuję, nie mam wspomnień, ani nawet snów na ten temat. Przyjąłem i tyle. Nie drążę. Bez odbioru.

Na poziomie podświadomym dzieje się coś bardzo złego. Przestaję sypiać. Kładę się do tego łóżka, zamykam oczy i nic. I tak do czwartej. Piątej. Szóstej. Do momentu, kiedy mama wstaje do pracy i wiem, że ja powinienem do szkoły. Jestem przeżuty, wypluty.

Jest zima, brudny śnieg i błoto na podeszwach. Podjeżdża autobus bez ogrzewania, w którym woda pozamarzała na szybach. Powietrze śmierdzi beznadziejną, gryzie w gardło przy oddychaniu. Szkoła jest symulacją. Ktoś udaje, że chciał tu przyjść, ktoś udaje, że ma ochotę na rozmowę, ktoś udaje, że żart, który przed chwilą usłyszał był śmieszny, ktoś udaje, że po powrocie do domu nie dostanie pasem, ktoś udaje, że ma gdzie wracać. Każdy udaje.

Historia. Koleżance, która chciałby, żebym był dla niej kimś więcej niż kolegą, trzęsą się ręce. Jestem dzieciakiem, a przede wszystkim jestem w bańce z braku snu. Nie chcę w naszych kontaktach wychodzić nigdzie poza „cześć”. Gdyby mi powiedziała wprost, że chce ze mną chodzić, to chyba z nerwów bym zwymiotował. Jestem tu gościem, człowiekiem, który tu wpadł na chwilę, bo wiedział, że nie może schować się przed tym obowiązkiem w domu. A bardzo by chciał. Historyczka, która wiele, wiele lat później będzie stelażem pod nauczycielkę w mojej powieści, bierze ją do odpowiedzi. Pod tablicę. I próbuje ją po niej rozsmarować. Wgnieść ją w ścianę. Koleżanka wraca do ławki zakrywając twarz. Na następnej lekcji już się nie pojawia.

Ostatni dzwonek. Ktoś chce kogoś pobić. Bić go tak długo, aż z jego twarzy będzie ciekła krew. Ktoś boi się wyjść ze szkoły. Chowa się w toalecie. Wchodzi na muszlę klozetową, żeby nie było widać wystających stóp spod drzwi. Dostał na święta nową kurtkę od rodziców. Nie chce mieć w niej dziury. Oboje wiedzą, że to jutro się powtórzy.

Ten ktoś myśli o tym samym co ja, gdy kolejną noc z rzędu gapię się w sufit czekając na sen. Myśli o tym, do kogo ma się pomodlić, żeby to jakoś przetrwać.

***

Nie czuję wagi swojego ciała, spadam. Leżę na łóżku, a mimo to spadam. Wiem, że pod głową mam poduszkę, a pod barkami materac, ale ich nie czuję. Wpadłem do bezdennej studni i nie mogę się zatrzymać. To trwa od wczoraj, odkąd jakiś typ przed klubem podał mi fifkę. Zajarałem. Zaczęło mnie zarzucać, przestałem trzymać równowagę. Wszedłem z powrotem do środka. Ściany, parkiet, ludzie, DJ, hałas, światła, dziewczyny, z którymi tu przyszliśmy, wszystko wirowało i nie chciało się zatrzymać. Próbowałem się czegoś złapać, ale było za późno, podłoga pod moimi stopami przestała istnieć i zacząłem spadać.

Podbiegłem do Maćka, powiedziałem, że wychodzimy, że natychmiast muszę się znaleźć w domu, w łóżku, żeby dzwonił po taksę, bo zaraz wyjebie mi mózg z czaszki. Chwilę to trwało. Dłuższą chwilę. W końcu podjechała, próbowałem to jakoś opanować, ale nie mogłem, zaraz przecież będę w domu, w łóżku, położę się, zasnę i jutro wszystko będzie dobrze, nic z tego. Błędnik wariuje, wariuje, wariuje, wariuje, wariujewariujewariujewariujewariuje, wa-a-a-a-riu-u-u-u-je-e-e-e-e-e-e-e-e. Jak to się wyłącza, czemu to się nie wyłącza, niech ktoś to wyłączy, halo, słyszy mnie ktoś, halo? E-e-e-e-e-e-e-e-e.

Cała noc i cały kolejny dzień. Paranoja? Halucynacje? Trwałe uszkodzenie mózgu? Chyba tak. Chyba to ostatnie, chyba wszystko naraz.

Jak mogłem być tak głupi, jak? To nie była trawa, to był jakiś syf, wciągnąłem dym do ust i czułem, że to był jakiś syf, coś innego. Pieprzony dopalacz. Pieprzony dopalacz zniszczył mi mózg 6 lat przed tym, gdy media podniosą alarm, że można od tego umrzeć. Jak mogłem być tak głupi, jak?

Słońce zaczyna gasnąć, chmury stają się spopielonymi kartkami papieru, niebo broczy szarością, kończy się kolejny dzień. Próbuję wyjść z łóżka, próbuję wmówić sobie, że jest lepiej, że już nie spadam, że zaczynam czuć grunt pod stopami. Wchodzę do łazienki, staję przed lustrem: to się skończy, dasz radę, skończy się, naprawdę, to minie i znów będziesz normalny, będzie jak dawniej, musisz to tylko wytrzymać.

Musisz to tylko przetrwać.

***

Ludzka pamięć jest zawodna. Czasem widzimy świat wysmarowany smołą, tylko dlatego, że mamy gorszy moment, że nie jest tak jak oczekiwaliśmy. Nie doceniamy tego co mamy, wydaje nam się, że jest źle. Mamy wrażenie, że świat się kończy, podczas gdy prawdziwy koniec świata przeżyliśmy już dawno, dawno temu.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Kraków – miasto, które zapiera dech w piersiach!

Skip to entry content
Kraków jest magicznym miastem, zwłaszcza zimą! Każdego dnia przyjeżdżają tu setki par, by przeżyć romantyczne chwile…
…spacerując po klimatycznych uliczkach wokół Rynku Głównego…
…ciesząc się śniegiem na plantach…
…odkrywając uroki kultowych miejsc na Kazimierzu…
…czy robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia pod Wawelem – miejscem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Jednak Kraków, to nie tylko Stare Miasto. To także szereg hal widowiskowych i obiektów sportowych, miejsc, gdzie możemy spędzić czas aktywnie.
Wycieczka do Grodu Króla Kraka, to też świetna okazja do relaksu na łonie natury – Zakrzówek, czy Kopiec Piłsudskiego, to miejsca, w których można zapomnieć, że jest się w dużym mieście.
Ale Kraków to przede wszystkim miasto z duszą, miasto, które zapiera dech w piersiach!
W sezonie grzewczym niestety dosłownie, nawet w pomieszczeniach zamkniętych…
…chyba, że mamy oczyszczacz powietrza.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Kraków jest miastem, w którym zimą zdrowiej jest pić bimber, niż oddychać. Niewielu z nas jednak wie, że syf, o którym alarmują stacje pomiarowe za oknem, jest też w naszych domach. I w sypialniach, i w szkołach, i w przedszkolach, i w biurach.  I to nie tylko w Grodzie Króla Kraka, ale wszędzie, gdzie są problemy ze smogiem.

Jak wynika z badań naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej, w pomieszczeniach zamkniętych powietrze jest zanieczyszczone tylko o połowę mniej, niż na zewnątrz. Znaczy to tyle, że jeśli z soboty na niedzielę, na Radzikowskiego pyły zawieszone doszły do poziomu 1036% normy (tak, tu nie ma literówki: TYSIĄC TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ procent normy, czyli 10 razy więcej, niż jest to dopuszczalne), to w mieszkaniach przy tej ulicy stężenie tych pyłów wynosiło średnio 518% normy. Jeśli ktoś ma bardziej szczelne okna, ciut mniej, jeśli ktoś ma mniej szczelne okna, ciut więcej.

Przed smogiem nie schowamy się ani pod łóżkiem, ani w piwnicy, ani za firanką u sąsiada. Jeśli nie chcemy chodzić w maskach antysmogowych po domu, mamy do wyboru albo zainwestowanie w oczyszczacz powietrza albo wyprowadzkę z kraju.

Przed dłuższy czas, jak większość osób, ignorowałem problem i tak jak Konstanty Radziwiłł – minister zdrowia – wmawiałem sobie, że „smog to problem teoretyczny”. A potem zainteresowałem się tematem i dowiedziałem, że w Polsce, z powodu syfu w powietrzu, umiera rocznie 44 000 ludzi, 15 razy więcej niż w wypadkach drogowych. To jednak wciąż są tylko liczby, często abstrakcyjne i niezrozumiałe. Najbardziej sprawę z problemu zdałem sobie w momencie, kiedy na zewnątrz zacząłem chodzić w masce, a w domu korzystać z oczyszczacza powietrza.

Co się okazało? Że wszyscy, którzy mówili „to nie kac, to smog”, mieli rację.

Od jakiegoś czasu używam oczyszczacza Electrolux EAP 300 z filtrem HEPA (zatrzymującym największy rakotwórczy paździerz zawieszony w powietrzu) i z filtrem węglowym (łapiącym sierść, kurz i zapachy), i gdy wchodzę do domu, czuję się jakbym teleportował się nad morze. Nagle okazało się, że można się budzić bez zwały z rana i nie czuć się zmulonym wieczorem, można też pozbyć się dziwnych bólów głowy, drapania w gardle i kaszlu biorącego się znikąd.

EAP 300 ma czujnik jakości powietrza, pokazujący jak bardzo zanieczyszczone jest to, czym oddychasz Ty i Twoje dziecko/pies/babcia, i funkcję automatycznego dostosowywania prędkości filtrowania, przez co, gdy otworzysz okno, żeby przewietrzyć miasto, sam wie, że ma pracować intensywniej. Oprócz tego, ma też taki bajer jak tryb nocny, który wycisza sprzęt, gdy tylko w pomieszczeniu zgaśnie światło. Co to daje? Poza sprawami, o których pisałem wyżej, przestałem mieć problemy z zasypianiem, które dziwnym trafem pojawiały się razem ze startem sezonu grzewczego. I przestałem sobie wmawiać, że gorsze samopoczucie to z braku słońca. Nie. To od smogu.

Filtr w domu, to w tej chwili jedyny sposób, by Kraków był miastem, które zapiera dech w piersiach, tylko metaforycznie.

dziękuję marce Electrolux, że została patronem tego wpisu, bo materiał ukazujący absurd, do którego popycha nas smog, chciałem stworzyć, odkąd zauważyłem, że zimą ubrania śmierdzą mi rozpałką po każdym spacerze

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.