Close
Close

Dni, kiedy chciałem tylko przetrwać…

Skip to entry content

Budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach. Na plecach czuję cały parkiet, każdą klepkę, w nozdrzach przypalone mleko. Ten materac to od dziewczyny, która traktuje mnie jak brata, mimo, że ją ledwo znam. Dała mi u siebie spać, bo kilka dni temu, zanim tu trafiłem, jeszcze nie miałem gdzie. To mleko, to śniadanie Tomka. Przypadkowego kolesia z Gumtree, z którym mieszkam. Oprócz niego sypia tu jeszcze jego dziewczyna i dwóch znajomych ode mnie z pracy. O ile bycie domokrążcą bez doświadczenia faktycznie można nazwać pracą, a nie grą w Lotto.

Trafiłem tu tydzień temu. Dwa tygodnie po tym jak spakowałem się do skórzanej torby po dziadku i powiedziałem mamie, że się wyprowadzam. Gdy akurat nie pracuję, staram się jak najdłużej spać, żeby jak najmniej jeść. Kiedy człowiek nie śpi zużywa energię i zamiast trzech posiłków dziennie potrzebuje czterech albo pięciu. Wiele lat później dowiem się, że pięciu posiłków dziennie potrzebuje każdy człowiek i to najzdrowszy cykl żywieniowy, ale w tym momencie stać mnie tylko na dwa i pół.

Jem spaghetti z sosem neapolitańskim z saszetki, ryż z margaryną albo chleb z serkiem topionym Hochland. Czekam na wypłatę. Chcę w końcu pójść na kebaba. Na coś z mięsem. Z moich obliczeń wynika, że powinienem dostać przynajmniej 1600zł. Dostaję 240zł. Bo cośtamcośtam.

Odkrywam Bar Mleczny Żaczek na Czarnowiejskiej. W lipcu 2008 roku rosół kosztuje tam 1,35zł za talerz. Jest blady, chudy i z całkowicie rozgotowanym makaronem. Jem go po kilka razy dziennie. Codziennie. I cieszę się, że za te 5,95zł co zostało mi z 10zł dziennego budżetu, mogę z tą dziewczyną co traktuję ją jak siostrę choć ledwo ją znam, iść nad Wisłę na piwo. Na trzy piwa. Harnasie z promocji w Kefirku.

Znów budzę się na materacu grubości podeszwy w klapkach i myślę o tym, że to się zmieni. Że muszę to tylko przetrwać.

***

Babcia nie żyje. Na poziomie świadomym ignoruję to. Była ścianę obok, w tym samym domu przez całe moje życie, 14 lat, a ja nie zastanawiam się, nie analizuję, nie mam wspomnień, ani nawet snów na ten temat. Przyjąłem i tyle. Nie drążę. Bez odbioru.

Na poziomie podświadomym dzieje się coś bardzo złego. Przestaję sypiać. Kładę się do tego łóżka, zamykam oczy i nic. I tak do czwartej. Piątej. Szóstej. Do momentu, kiedy mama wstaje do pracy i wiem, że ja powinienem do szkoły. Jestem przeżuty, wypluty.

Jest zima, brudny śnieg i błoto na podeszwach. Podjeżdża autobus bez ogrzewania, w którym woda pozamarzała na szybach. Powietrze śmierdzi beznadziejną, gryzie w gardło przy oddychaniu. Szkoła jest symulacją. Ktoś udaje, że chciał tu przyjść, ktoś udaje, że ma ochotę na rozmowę, ktoś udaje, że żart, który przed chwilą usłyszał był śmieszny, ktoś udaje, że po powrocie do domu nie dostanie pasem, ktoś udaje, że ma gdzie wracać. Każdy udaje.

Historia. Koleżance, która chciałby, żebym był dla niej kimś więcej niż kolegą, trzęsą się ręce. Jestem dzieciakiem, a przede wszystkim jestem w bańce z braku snu. Nie chcę w naszych kontaktach wychodzić nigdzie poza „cześć”. Gdyby mi powiedziała wprost, że chce ze mną chodzić, to chyba z nerwów bym zwymiotował. Jestem tu gościem, człowiekiem, który tu wpadł na chwilę, bo wiedział, że nie może schować się przed tym obowiązkiem w domu. A bardzo by chciał. Historyczka, która wiele, wiele lat później będzie stelażem pod nauczycielkę w mojej powieści, bierze ją do odpowiedzi. Pod tablicę. I próbuje ją po niej rozsmarować. Wgnieść ją w ścianę. Koleżanka wraca do ławki zakrywając twarz. Na następnej lekcji już się nie pojawia.

Ostatni dzwonek. Ktoś chce kogoś pobić. Bić go tak długo, aż z jego twarzy będzie ciekła krew. Ktoś boi się wyjść ze szkoły. Chowa się w toalecie. Wchodzi na muszlę klozetową, żeby nie było widać wystających stóp spod drzwi. Dostał na święta nową kurtkę od rodziców. Nie chce mieć w niej dziury. Oboje wiedzą, że to jutro się powtórzy.

Ten ktoś myśli o tym samym co ja, gdy kolejną noc z rzędu gapię się w sufit czekając na sen. Myśli o tym, do kogo ma się pomodlić, żeby to jakoś przetrwać.

***

Nie czuję wagi swojego ciała, spadam. Leżę na łóżku, a mimo to spadam. Wiem, że pod głową mam poduszkę, a pod barkami materac, ale ich nie czuję. Wpadłem do bezdennej studni i nie mogę się zatrzymać. To trwa od wczoraj, odkąd jakiś typ przed klubem podał mi fifkę. Zajarałem. Zaczęło mnie zarzucać, przestałem trzymać równowagę. Wszedłem z powrotem do środka. Ściany, parkiet, ludzie, DJ, hałas, światła, dziewczyny, z którymi tu przyszliśmy, wszystko wirowało i nie chciało się zatrzymać. Próbowałem się czegoś złapać, ale było za późno, podłoga pod moimi stopami przestała istnieć i zacząłem spadać.

Podbiegłem do Maćka, powiedziałem, że wychodzimy, że natychmiast muszę się znaleźć w domu, w łóżku, żeby dzwonił po taksę, bo zaraz wyjebie mi mózg z czaszki. Chwilę to trwało. Dłuższą chwilę. W końcu podjechała, próbowałem to jakoś opanować, ale nie mogłem, zaraz przecież będę w domu, w łóżku, położę się, zasnę i jutro wszystko będzie dobrze, nic z tego. Błędnik wariuje, wariuje, wariuje, wariuje, wariujewariujewariujewariujewariuje, wa-a-a-a-riu-u-u-u-je-e-e-e-e-e-e-e-e. Jak to się wyłącza, czemu to się nie wyłącza, niech ktoś to wyłączy, halo, słyszy mnie ktoś, halo? E-e-e-e-e-e-e-e-e.

Cała noc i cały kolejny dzień. Paranoja? Halucynacje? Trwałe uszkodzenie mózgu? Chyba tak. Chyba to ostatnie, chyba wszystko naraz.

Jak mogłem być tak głupi, jak? To nie była trawa, to był jakiś syf, wciągnąłem dym do ust i czułem, że to był jakiś syf, coś innego. Pieprzony dopalacz. Pieprzony dopalacz zniszczył mi mózg 6 lat przed tym, gdy media podniosą alarm, że można od tego umrzeć. Jak mogłem być tak głupi, jak?

Słońce zaczyna gasnąć, chmury stają się spopielonymi kartkami papieru, niebo broczy szarością, kończy się kolejny dzień. Próbuję wyjść z łóżka, próbuję wmówić sobie, że jest lepiej, że już nie spadam, że zaczynam czuć grunt pod stopami. Wchodzę do łazienki, staję przed lustrem: to się skończy, dasz radę, skończy się, naprawdę, to minie i znów będziesz normalny, będzie jak dawniej, musisz to tylko wytrzymać.

Musisz to tylko przetrwać.

***

Ludzka pamięć jest zawodna. Czasem widzimy świat wysmarowany smołą, tylko dlatego, że mamy gorszy moment, że nie jest tak jak oczekiwaliśmy. Nie doceniamy tego co mamy, wydaje nam się, że jest źle. Mamy wrażenie, że świat się kończy, podczas gdy prawdziwy koniec świata przeżyliśmy już dawno, dawno temu.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Kraków – miasto, które zapiera dech w piersiach!

Skip to entry content
Kraków jest magicznym miastem, zwłaszcza zimą! Każdego dnia przyjeżdżają tu setki par, by przeżyć romantyczne chwile…
…spacerując po klimatycznych uliczkach wokół Rynku Głównego…
…ciesząc się śniegiem na plantach…
…odkrywając uroki kultowych miejsc na Kazimierzu…
…czy robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia pod Wawelem – miejscem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Jednak Kraków, to nie tylko Stare Miasto. To także szereg hal widowiskowych i obiektów sportowych, miejsc, gdzie możemy spędzić czas aktywnie.
Wycieczka do Grodu Króla Kraka, to też świetna okazja do relaksu na łonie natury – Zakrzówek, czy Kopiec Piłsudskiego, to miejsca, w których można zapomnieć, że jest się w dużym mieście.
Ale Kraków to przede wszystkim miasto z duszą, miasto, które zapiera dech w piersiach!
W sezonie grzewczym niestety dosłownie, nawet w pomieszczeniach zamkniętych…
…chyba, że mamy oczyszczacz powietrza.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Kraków jest miastem, w którym zimą zdrowiej jest pić bimber, niż oddychać. Niewielu z nas jednak wie, że syf, o którym alarmują stacje pomiarowe za oknem, jest też w naszych domach. I w sypialniach, i w szkołach, i w przedszkolach, i w biurach.  I to nie tylko w Grodzie Króla Kraka, ale wszędzie, gdzie są problemy ze smogiem.

Jak wynika z badań naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej, w pomieszczeniach zamkniętych powietrze jest zanieczyszczone tylko o połowę mniej, niż na zewnątrz. Znaczy to tyle, że jeśli z soboty na niedzielę, na Radzikowskiego pyły zawieszone doszły do poziomu 1036% normy (tak, tu nie ma literówki: TYSIĄC TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ procent normy, czyli 10 razy więcej, niż jest to dopuszczalne), to w mieszkaniach przy tej ulicy stężenie tych pyłów wynosiło średnio 518% normy. Jeśli ktoś ma bardziej szczelne okna, ciut mniej, jeśli ktoś ma mniej szczelne okna, ciut więcej.

Przed smogiem nie schowamy się ani pod łóżkiem, ani w piwnicy, ani za firanką u sąsiada. Jeśli nie chcemy chodzić w maskach antysmogowych po domu, mamy do wyboru albo zainwestowanie w oczyszczacz powietrza albo wyprowadzkę z kraju.

Przed dłuższy czas, jak większość osób, ignorowałem problem i tak jak Konstanty Radziwiłł – minister zdrowia – wmawiałem sobie, że „smog to problem teoretyczny”. A potem zainteresowałem się tematem i dowiedziałem, że w Polsce, z powodu syfu w powietrzu, umiera rocznie 44 000 ludzi, 15 razy więcej niż w wypadkach drogowych. To jednak wciąż są tylko liczby, często abstrakcyjne i niezrozumiałe. Najbardziej sprawę z problemu zdałem sobie w momencie, kiedy na zewnątrz zacząłem chodzić w masce, a w domu korzystać z oczyszczacza powietrza.

Co się okazało? Że wszyscy, którzy mówili „to nie kac, to smog”, mieli rację.

Od jakiegoś czasu używam oczyszczacza Electrolux EAP 300 z filtrem HEPA (zatrzymującym największy rakotwórczy paździerz zawieszony w powietrzu) i z filtrem węglowym (łapiącym sierść, kurz i zapachy), i gdy wchodzę do domu, czuję się jakbym teleportował się nad morze. Nagle okazało się, że można się budzić bez zwały z rana i nie czuć się zmulonym wieczorem, można też pozbyć się dziwnych bólów głowy, drapania w gardle i kaszlu biorącego się znikąd.

EAP 300 ma czujnik jakości powietrza, pokazujący jak bardzo zanieczyszczone jest to, czym oddychasz Ty i Twoje dziecko/pies/babcia, i funkcję automatycznego dostosowywania prędkości filtrowania, przez co, gdy otworzysz okno, żeby przewietrzyć miasto, sam wie, że ma pracować intensywniej. Oprócz tego, ma też taki bajer jak tryb nocny, który wycisza sprzęt, gdy tylko w pomieszczeniu zgaśnie światło. Co to daje? Poza sprawami, o których pisałem wyżej, przestałem mieć problemy z zasypianiem, które dziwnym trafem pojawiały się razem ze startem sezonu grzewczego. I przestałem sobie wmawiać, że gorsze samopoczucie to z braku słońca. Nie. To od smogu.

Filtr w domu, to w tej chwili jedyny sposób, by Kraków był miastem, które zapiera dech w piersiach, tylko metaforycznie.

dziękuję marce Electrolux, że została patronem tego wpisu, bo materiał ukazujący absurd, do którego popycha nas smog, chciałem stworzyć, odkąd zauważyłem, że zimą ubrania śmierdzą mi rozpałką po każdym spacerze

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.