Close
Close

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne jest, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

(niżej jest kolejny tekst)

16
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
kluskajMiskaIlona - chillifeLucjaJoanna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Natalia
Gość

Powiem tak, czytając twoje teksty zawsze mi miało. Tak logicznego sposobu myślenia i realnego w dzisiejszych czasach… to, jak szukać przysłowiowej igły w stogu siana. Świetnie napisane.

Ede
Gość
Ede

Podoba mi sie to co napisałeś . 10/10

Wera
Gość
Wera

Absolutnie trafne, będę się miała czym posłużyć, gdy ktoś po raz kolejny rzuci któryś z tych głupich frazesów. Choć ten „miłość to gra…” słyszę pierwszy raz :D A „kocha się pomimo czegoś” jest dla mnie szczególnie durny, świetnie go w osobnym poście skomentowałeś. :)

Damian
Gość
Damian

Świetny tekst, szczególnie porównania trafione w samo sedno.
Pozdrawiam.

Nika
Gość
Nika

Trafione w punkt

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Zupa w szklance i sałatka w słoiku, czyli nietrafione gastro-pomysły

Skip to entry content

Polska gastronomia z każdym rokiem coraz mocniej ewoluuje i to nie tylko ta warszawska, gdzie zmiany pojawiają się najszybciej. Coraz więcej knajp również w mniejszych miastach, odchodzi od konstruowania menu na zasadzie „trochę przepisów mojej babci, trochę z książki kulinarnej celebryty i ze dwie pizze”, na rzecz skupienia się na jednej, konkretnej kuchni. Lokale też już przestają przypominać miks stołówki studenckiej z wiejską salą weselną i coraz częściej są urządzone z głową. Niekoniecznie ściętą. Same miejsca, w których jemy, też się zmieniają – obiad z ulicznej budy na kółkach coraz częściej jest hipsterską opcją, a nie śmieciowym żarciem.

Jak to jednak ze zmianami bywa, nie wszystkie są na lepsze. Widząc niektóre kulinarne innowacje zastanawiam się, czy autor miewa jakieś przebłyski autorefleksji, czy to raczej jedna z tych osób, które suszą włosy siedząc w wannie. Fajnie, jak fajne jedzenie jest fajnie podane, ale jak coś jest przefajnione, to gość lokalu zaczyna się zastanawiać, czy jest w restauracji, czy w muzeum sztuki współczesnej, tylko nikt mu nie dał katalogu z opisem wystawy. Wyznaję zasadę, że w jedzeniu na mieście chodzi o to, żeby było smacznie i miło, a bywa, że szalone wizje restauratorów skutecznie w tym przeszkadzają.

Co konkretnie?

Zupa w pionowej szklance

Jakieś 2-3 lata temu słoiki zaczęły wypierać szklanki i dominować sposób podawania napojów w modnych knajpach. I spoko, nie mam nic przeciwko – wygląda ciekawie, pije się bez przeszkód. Tylko mam wrażenie, że część właścicieli nie wiedząc co ma zrobić z tymi naczyniami, bo przecież nie wyrzucą, a miejsce zajmuje, stwierdziła, że świetnym pomysłem będzie podawanie w nich zup. Może to kwestia mojej konserwatywności, a może tego, że chujowo nabiera się ogórkową na łyżkę z wąskiej pionowej szklanki, ale nie popieram tej koncepcji.

Dyskoteka przy kolacji

Zjawisko dja z deckami w lokalu zdecydowanie nietanecznym, pierwszy raz zaobserwowałem w stolicy. Przy dziewiczym kontakcie pomyślałem „no nieźle, mają rozmach, jeszcze nie widziałem, żeby dyskdżokej miksował do kotleta, respekta”. Widząc to po raz drugi, refleksja jednak była nieco inna: „niech to dunder świśnie, znowu będzie trzeba się przekrzykiwać”. Po powrocie do Krakowa okazało się, że robienie z restauracji klubu bez parkietu jest coraz mocniejszym trendem. Nie wiem komu przyszło do głowy, że zagłuszanie myśli klientów wrzaskiem z głośników jest spoko sprawą, ale bardzo chciałbym go wyprowadzić z błędu.

Burgery, wszędzie burgery

Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale od 2012 roku żadna szanująca się knajpa nie może obyć się bez burgerów. Niezależnie czy to włoska restauracja z ręcznie robionym makaronem, czy osiedlowy bar z obiadami domowymi. Robimy pizzę na zakwasie od czasów kiedy kartą płaciło się tylko na filmach science-fiction? To nic, w menu zawsze znajdzie się miejsce na burgerka.

Spójna lista potraw świadczy o dbałości o jakość, dorzucanie modnych potraw pasujących do naszego lokalu jak Samuel L. Jackson do „Gwiezdnych Wojen”, daje przeciwny sygnał.

Mięso na drewnianych deskach

Stek podany na kawałku drzewa zawsze dostaje na Instagramie dwa razy więcej serduszek, niż taki na talerzu. Można się flexować przed znajomymi i w ogóle jebać biedę. Jest tylko jeden problem. O ile zwykły talerz wrzucasz do zmywarki, myjesz, wyparzasz i jest sterylny, o tyle z drewnem już tak nie jest. Pomijając, że część desek jest niewymiarowa i nie mieszczą się w zmywarkach, to jak włókna mięsa i krew powchodzi w drewniane szczeliny, to już tak łatwo nie wyjdzie. #zatrucieżołądkowe #całanocżygania #smacznego

Zatrudnianie personelu ze względu na tatuaże, a nie umiejętności

Od jakiegoś czasu jedzenie w knajpach schodzi na drugi, a czasem na trzeci albo nawet czwarty plan. Liczy się klimat. Wystrój. Muzyka. Czy menu jest modnie napisane kredą na ścianie, czy plebejsko w folderach ze skórzaną oprawą. Czy siedzi się przy archaicznym stole, czy dizajnerskiej zbitce z europalet. I przede wszystkim, czy kawę robi Ci sztywny barista w koszuli, czy luzacki alternatywny model z delfinem w koronie z róż wydziaranym na ramieniu. W drugim przypadku, nie ma wątpliwości, że miejsce jest cool i warto tam przyjść, żeby się pokazać.

Nie mam nic przeciwko ludziom z tuszem pod skórą, ale mam wrażenie, że od jakiegoś czasu knajpy chcące uchodzić za lanserskie, zaczęły dobierać pracowników pod kątem tego, czy mają zrobiony rękaw, a nie czy potrafią obsłużyć nalewak do piwa. W niektórych miejscach czuję się jakby obsługa nie przyszła do pracy, tylko pozować na festiwalu tatuażu i powinienem całować ich w pierścień za każdym razem, kiedy łaskawie zwrócą na mnie uwagę i podadzą kawę bez zacieków na filiżance.

Sałatki w słoikach

O ile nie mam nic przeciwko frytkom w doniczkach z IKEA, czy w miniaturach wózków z TESCO, bo podanie w ten sposób nie utrudnia jedzenia, o tyle drobno siekane sałatki w płaskich słoikach, to już jakiś wyrafinowany sadyzm. Męczy się człowiek, dłubie, wkurwia i w końcu zostawia 1/3 w zagłębieniach, bo nie ma jak tego wyjąć. Ja wiem, że żyjemy w czasach, kiedy wszystko robi się na opak i ludzie zimą chodzą bez skarpetek, a latem w wełnianych czapkach, ale naprawdę, nie ma nic złego w podawaniu jedzenia bez udziwnień. Na przykład na talerzach.

Psy między stolikami

Cytując klasyka „zacznijmy od tego, że jestem tolerancyjny jak mogę, ale…”, ale tak naprawdę to nie jestem.

Nie znoszę biegających zwierząt w miejscu, w którym się je, jeśli nie jest to grill na działce, ani ognisko na wsi. Jak jestem w restauracji, to nie mam ochoty, żeby do stolika podbiegał mi czyjś pies i żebrał o jedzenie, ani żebym musiał się martwić, czy jego machający ogon za chwilę nie wpadnie mi do zupy. A już na pewno nie chcę słuchać pieprzenia, że on nie gryzie i skoczył na mnie, bo chciał się pobawić. Super, że ktoś jest otwarty, kocha zwierzęta i może jeść ze swoim pupilem z jednej miski, ale ja nie mam na to ochoty. Zwłaszcza w restauracji.

Zachodni wiatr spienione goni fale

„Flambirowana pierś zachodniobrazylijskiej kuropatwy pod pierzynką z karmelizowanego masła z welonem z puree z kandyzowanych ananasów”, czyli osoba układająca menu pomyliła kartę dań ze slamem poetyckim. Restauratorom wydaje się, że od takiego bełkotu jedzenie będzie lepsze. Nie będzie. Robienie z opisu potraw wersów z XIII księgi „Pana Tadeusza” wywołuje wyłącznie dezorientację wśród klientów i sprowadza się do tego, że człowiek nie ma pojęcia co zamawia. A jak już zamówi, to po takiej dawce patosu oczekuje, że na talerzu pojawi się coś z finału „MasterChefa”, a jedzenie poda Gandalf w asyście Harry’ego Pottera.

Ukośnik / ukośnik / ukośnik

Poprzedni pomysł odbity w krzywy zwierciadle. Tym razem nie udajemy, że nasz kurczak z grilla to główny bohater „Hamleta”, przeciwnie, dajemy klientowi do zrozumienia, że danie jest tak nieistotne, że nawet nie będziemy mu zawracać głowy tym, jak jest przygotowywane. Pstrąg smażony na maśle czosnkowym z grillowanymi warzywami i opiekanymi ziemniakami? Pstrąg / marchewka / brokuły / ziemniaki. Czuję się jakbym nie czytał listy dań, tylko hasztagi na Instagramie. Rozumiem ciągoty do minimalizmu, ale nie popadajmy z absurdu w absurd.

Stoliki na szerokość bioder

Kolejna rzecz, która może i fajnie wygląda na zdjęciu, ale w praktyce sprowadza się do tego, że gdy dwie osoby zamówią po pizzy, to jedna musi jeść w powietrzu. I napoje trzymać na ziemi. Kiedy do miniaturowych, francuskich stoliczków dochodzą jeszcze przerwy między nimi na szerokość uda nastolatki, to mam ochotę teleportować się do Azji, bo tam przynajmniej nie udają, że to coś fajnego.

***

Wyżaliłem się. Jak macie podobną potrzebę i zaobserwowaliście inne nietrafione gastro-pomysły, to dawajcie do komentarzy.

Jak przetrwać majówkę w mieście?

Skip to entry content

Świat Cię nie kocha i gdy szukałeś wolnego miejsca parkingowego, Bóg na szybko porozdawał talony na wolną majówkę kolegom z wojska? I teraz kisisz w betonowym klocu przed kompem, gdy wszyscy Twoi znajomi wrzucają zdjęcia z piwkiem i kiełbą na leżaczku? Spoko, mam tak samo. To znaczy, mam zupełnie inaczej, bo jestem blogerem i mam jeden niekończący się urlop, ale nie chciałem żebyś czuł się sam.

Jak przetrwać majówkę w mieście? Łatwiej niż podróż InterRegio bez korzystania z toalety.

1. Zrób zapasy. Co prawda dziś 1 maja i wszystkie sklepy pozamykane, więc poległeś na starcie i będziesz jeść tynk ze ściany z Wasą, ale zapisz to sobie na przyszły rok.

2. Wyłącz Facebooka. Serio. Zablokuj na przeglądarce i odinstaluj apkę. Za każdym razem kiedy nie widzisz, co mógłbyś robić, gdybyś nie przegrał życia, poziom frustracji spada o 3 wybite okna.

3. Załatw sobie L4. Albo chociaż pracę z domu. Brak wyciągania przepustki przy wejściu do biurowca, to brak łez, gdy orientujesz się, ze nawet Pan Kanapka ma urlop.

4. Wytnij przyjaciół z kartonu. A potem pokoloruj i ubierz. Możesz z nimi jeździć samochodem, zrobić piknik na działce albo zalać się w trupa oglądając powtórki „Na wspólnej”. Co prawda, nie pomogą Ci rozpalić grilla, ani nie zrzucą się na flaszkę, ale w końcu masz kogoś, kto faktycznie Cię słucha i nie przerywa.

5. Zamów jedzenie na dowóz. Fakt, że ktoś oprócz Ciebie jednak pracuje w taką pogodę i to bez klimatyzacji, powinien poprawić Ci samopoczucie.

6. Unikaj parków i centrum miasta. Niedopite Sebixy z podpitymi Andżelami na spacerkach z Brajankami mogą zcustomizować Ci t-shirt topniejącym lodem. Albo pomylić Cię z tacką do gofra i przejść Ci po głowie.

7. Wypłać 500zł z bankomatu. Zrób sobie z nich okład na twarz, zimny kompres albo opraw w ramkę. Minimum tyle kosztowałaby Cię majówka za miastem, a teraz możesz iść z nimi nad rzekę i zostać najlepszymi przyjaciółmi.

Mam nadzieję, że pomogłem.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z teledysku „Survivor” Destiny’s Child