Close
Close

Zupa w szklance i sałatka w słoiku, czyli nietrafione gastro-pomysły

Skip to entry content

Polska gastronomia z każdym rokiem coraz mocniej ewoluuje i to nie tylko ta warszawska, gdzie zmiany pojawiają się najszybciej. Coraz więcej knajp również w mniejszych miastach, odchodzi od konstruowania menu na zasadzie „trochę przepisów mojej babci, trochę z książki kulinarnej celebryty i ze dwie pizze”, na rzecz skupienia się na jednej, konkretnej kuchni. Lokale też już przestają przypominać miks stołówki studenckiej z wiejską salą weselną i coraz częściej są urządzone z głową. Niekoniecznie ściętą. Same miejsca, w których jemy, też się zmieniają – obiad z ulicznej budy na kółkach coraz częściej jest hipsterską opcją, a nie śmieciowym żarciem.

Jak to jednak ze zmianami bywa, nie wszystkie są na lepsze. Widząc niektóre kulinarne innowacje zastanawiam się, czy autor miewa jakieś przebłyski autorefleksji, czy to raczej jedna z tych osób, które suszą włosy siedząc w wannie. Fajnie, jak fajne jedzenie jest fajnie podane, ale jak coś jest przefajnione, to gość lokalu zaczyna się zastanawiać, czy jest w restauracji, czy w muzeum sztuki współczesnej, tylko nikt mu nie dał katalogu z opisem wystawy. Wyznaję zasadę, że w jedzeniu na mieście chodzi o to, żeby było smacznie i miło, a bywa, że szalone wizje restauratorów skutecznie w tym przeszkadzają.

Co konkretnie?

Zupa w pionowej szklance

Jakieś 2-3 lata temu słoiki zaczęły wypierać szklanki i dominować sposób podawania napojów w modnych knajpach. I spoko, nie mam nic przeciwko – wygląda ciekawie, pije się bez przeszkód. Tylko mam wrażenie, że część właścicieli nie wiedząc co ma zrobić z tymi naczyniami, bo przecież nie wyrzucą, a miejsce zajmuje, stwierdziła, że świetnym pomysłem będzie podawanie w nich zup. Może to kwestia mojej konserwatywności, a może tego, że chujowo nabiera się ogórkową na łyżkę z wąskiej pionowej szklanki, ale nie popieram tej koncepcji.

Dyskoteka przy kolacji

Zjawisko dja z deckami w lokalu zdecydowanie nietanecznym, pierwszy raz zaobserwowałem w stolicy. Przy dziewiczym kontakcie pomyślałem „no nieźle, mają rozmach, jeszcze nie widziałem, żeby dyskdżokej miksował do kotleta, respekta”. Widząc to po raz drugi, refleksja jednak była nieco inna: „niech to dunder świśnie, znowu będzie trzeba się przekrzykiwać”. Po powrocie do Krakowa okazało się, że robienie z restauracji klubu bez parkietu jest coraz mocniejszym trendem. Nie wiem komu przyszło do głowy, że zagłuszanie myśli klientów wrzaskiem z głośników jest spoko sprawą, ale bardzo chciałbym go wyprowadzić z błędu.

Burgery, wszędzie burgery

Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale od 2012 roku żadna szanująca się knajpa nie może obyć się bez burgerów. Niezależnie czy to włoska restauracja z ręcznie robionym makaronem, czy osiedlowy bar z obiadami domowymi. Robimy pizzę na zakwasie od czasów kiedy kartą płaciło się tylko na filmach science-fiction? To nic, w menu zawsze znajdzie się miejsce na burgerka.

Spójna lista potraw świadczy o dbałości o jakość, dorzucanie modnych potraw pasujących do naszego lokalu jak Samuel L. Jackson do „Gwiezdnych Wojen”, daje przeciwny sygnał.

Mięso na drewnianych deskach

Stek podany na kawałku drzewa zawsze dostaje na Instagramie dwa razy więcej serduszek, niż taki na talerzu. Można się flexować przed znajomymi i w ogóle jebać biedę. Jest tylko jeden problem. O ile zwykły talerz wrzucasz do zmywarki, myjesz, wyparzasz i jest sterylny, o tyle z drewnem już tak nie jest. Pomijając, że część desek jest niewymiarowa i nie mieszczą się w zmywarkach, to jak włókna mięsa i krew powchodzi w drewniane szczeliny, to już tak łatwo nie wyjdzie. #zatrucieżołądkowe #całanocżygania #smacznego

Zatrudnianie personelu ze względu na tatuaże, a nie umiejętności

Od jakiegoś czasu jedzenie w knajpach schodzi na drugi, a czasem na trzeci albo nawet czwarty plan. Liczy się klimat. Wystrój. Muzyka. Czy menu jest modnie napisane kredą na ścianie, czy plebejsko w folderach ze skórzaną oprawą. Czy siedzi się przy archaicznym stole, czy dizajnerskiej zbitce z europalet. I przede wszystkim, czy kawę robi Ci sztywny barista w koszuli, czy luzacki alternatywny model z delfinem w koronie z róż wydziaranym na ramieniu. W drugim przypadku, nie ma wątpliwości, że miejsce jest cool i warto tam przyjść, żeby się pokazać.

Nie mam nic przeciwko ludziom z tuszem pod skórą, ale mam wrażenie, że od jakiegoś czasu knajpy chcące uchodzić za lanserskie, zaczęły dobierać pracowników pod kątem tego, czy mają zrobiony rękaw, a nie czy potrafią obsłużyć nalewak do piwa. W niektórych miejscach czuję się jakby obsługa nie przyszła do pracy, tylko pozować na festiwalu tatuażu i powinienem całować ich w pierścień za każdym razem, kiedy łaskawie zwrócą na mnie uwagę i podadzą kawę bez zacieków na filiżance.

Sałatki w słoikach

O ile nie mam nic przeciwko frytkom w doniczkach z IKEA, czy w miniaturach wózków z TESCO, bo podanie w ten sposób nie utrudnia jedzenia, o tyle drobno siekane sałatki w płaskich słoikach, to już jakiś wyrafinowany sadyzm. Męczy się człowiek, dłubie, wkurwia i w końcu zostawia 1/3 w zagłębieniach, bo nie ma jak tego wyjąć. Ja wiem, że żyjemy w czasach, kiedy wszystko robi się na opak i ludzie zimą chodzą bez skarpetek, a latem w wełnianych czapkach, ale naprawdę, nie ma nic złego w podawaniu jedzenia bez udziwnień. Na przykład na talerzach.

Psy między stolikami

Cytując klasyka „zacznijmy od tego, że jestem tolerancyjny jak mogę, ale…”, ale tak naprawdę to nie jestem.

Nie znoszę biegających zwierząt w miejscu, w którym się je, jeśli nie jest to grill na działce, ani ognisko na wsi. Jak jestem w restauracji, to nie mam ochoty, żeby do stolika podbiegał mi czyjś pies i żebrał o jedzenie, ani żebym musiał się martwić, czy jego machający ogon za chwilę nie wpadnie mi do zupy. A już na pewno nie chcę słuchać pieprzenia, że on nie gryzie i skoczył na mnie, bo chciał się pobawić. Super, że ktoś jest otwarty, kocha zwierzęta i może jeść ze swoim pupilem z jednej miski, ale ja nie mam na to ochoty. Zwłaszcza w restauracji.

Zachodni wiatr spienione goni fale

„Flambirowana pierś zachodniobrazylijskiej kuropatwy pod pierzynką z karmelizowanego masła z welonem z puree z kandyzowanych ananasów”, czyli osoba układająca menu pomyliła kartę dań ze slamem poetyckim. Restauratorom wydaje się, że od takiego bełkotu jedzenie będzie lepsze. Nie będzie. Robienie z opisu potraw wersów z XIII księgi „Pana Tadeusza” wywołuje wyłącznie dezorientację wśród klientów i sprowadza się do tego, że człowiek nie ma pojęcia co zamawia. A jak już zamówi, to po takiej dawce patosu oczekuje, że na talerzu pojawi się coś z finału „MasterChefa”, a jedzenie poda Gandalf w asyście Harry’ego Pottera.

Ukośnik / ukośnik / ukośnik

Poprzedni pomysł odbity w krzywy zwierciadle. Tym razem nie udajemy, że nasz kurczak z grilla to główny bohater „Hamleta”, przeciwnie, dajemy klientowi do zrozumienia, że danie jest tak nieistotne, że nawet nie będziemy mu zawracać głowy tym, jak jest przygotowywane. Pstrąg smażony na maśle czosnkowym z grillowanymi warzywami i opiekanymi ziemniakami? Pstrąg / marchewka / brokuły / ziemniaki. Czuję się jakbym nie czytał listy dań, tylko hasztagi na Instagramie. Rozumiem ciągoty do minimalizmu, ale nie popadajmy z absurdu w absurd.

Stoliki na szerokość bioder

Kolejna rzecz, która może i fajnie wygląda na zdjęciu, ale w praktyce sprowadza się do tego, że gdy dwie osoby zamówią po pizzy, to jedna musi jeść w powietrzu. I napoje trzymać na ziemi. Kiedy do miniaturowych, francuskich stoliczków dochodzą jeszcze przerwy między nimi na szerokość uda nastolatki, to mam ochotę teleportować się do Azji, bo tam przynajmniej nie udają, że to coś fajnego.

***

Wyżaliłem się. Jak macie podobną potrzebę i zaobserwowaliście inne nietrafione gastro-pomysły, to dawajcie do komentarzy.

(niżej jest kolejny tekst)

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Jan FavreZofia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Zofia
Gość
Zofia

Ze wszystkim się zgodzę poza punktem o zwierzątkach, bo jeżeli iść tym tropem to ja chcę zakazu dzieci w restauracjach. Nic mnie tak nie wkurza jak dzieciak drący buzię, zaglądający mi w talerz i machający łapami. Pies chociaż ma futerko.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jak przetrwać majówkę w mieście?

Skip to entry content

Świat Cię nie kocha i gdy szukałeś wolnego miejsca parkingowego, Bóg na szybko porozdawał talony na wolną majówkę kolegom z wojska? I teraz kisisz w betonowym klocu przed kompem, gdy wszyscy Twoi znajomi wrzucają zdjęcia z piwkiem i kiełbą na leżaczku? Spoko, mam tak samo. To znaczy, mam zupełnie inaczej, bo jestem blogerem i mam jeden niekończący się urlop, ale nie chciałem żebyś czuł się sam.

Jak przetrwać majówkę w mieście? Łatwiej niż podróż InterRegio bez korzystania z toalety.

1. Zrób zapasy. Co prawda dziś 1 maja i wszystkie sklepy pozamykane, więc poległeś na starcie i będziesz jeść tynk ze ściany z Wasą, ale zapisz to sobie na przyszły rok.

2. Wyłącz Facebooka. Serio. Zablokuj na przeglądarce i odinstaluj apkę. Za każdym razem kiedy nie widzisz, co mógłbyś robić, gdybyś nie przegrał życia, poziom frustracji spada o 3 wybite okna.

3. Załatw sobie L4. Albo chociaż pracę z domu. Brak wyciągania przepustki przy wejściu do biurowca, to brak łez, gdy orientujesz się, ze nawet Pan Kanapka ma urlop.

4. Wytnij przyjaciół z kartonu. A potem pokoloruj i ubierz. Możesz z nimi jeździć samochodem, zrobić piknik na działce albo zalać się w trupa oglądając powtórki „Na wspólnej”. Co prawda, nie pomogą Ci rozpalić grilla, ani nie zrzucą się na flaszkę, ale w końcu masz kogoś, kto faktycznie Cię słucha i nie przerywa.

5. Zamów jedzenie na dowóz. Fakt, że ktoś oprócz Ciebie jednak pracuje w taką pogodę i to bez klimatyzacji, powinien poprawić Ci samopoczucie.

6. Unikaj parków i centrum miasta. Niedopite Sebixy z podpitymi Andżelami na spacerkach z Brajankami mogą zcustomizować Ci t-shirt topniejącym lodem. Albo pomylić Cię z tacką do gofra i przejść Ci po głowie.

7. Wypłać 500zł z bankomatu. Zrób sobie z nich okład na twarz, zimny kompres albo opraw w ramkę. Minimum tyle kosztowałaby Cię majówka za miastem, a teraz możesz iść z nimi nad rzekę i zostać najlepszymi przyjaciółmi.

Mam nadzieję, że pomogłem.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z teledysku „Survivor” Destiny’s Child

Co zrobić, żeby przestać przejmować się opinią innych?

Skip to entry content

przestań przejmować się opinią innych

bądź sobą

nie słuchaj gadania ludzi

kieruj się swoim wewnętrznym głosem

rób na co masz ochotę

żyj w zgodzie z sobą

Gdyby za każdym razem, kiedy pada jedno z tych haseł powstawał metr autostrady, to od dawna mielibyśmy dwupasmówkę do Jemenu. Nie żebym podważał zasadność tych złotych myśli. Są super. No, może poza „bądź sobą”, bo jak się nie wie, kto to jest ten cały „ja”, to trochę trudno nim być. Problemem nie jest pytanie „czy warto przestać przejmować się opinią innych?”, tylko kwestia tego „jak przestać przejmować się opinią innych?”. Bo takie rady mają to do siebie, że bardzo łatwo ich udzielać, ale trudno jak cholera wcielać je w życie.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że kierowanie się mottem „rób tak, aby nikt nigdy nie pomyślał o Tobie czegoś niemiłego” jest głupotą. Bo jeszcze nie urodził się człowiek, który by zadowolił wszystkich i nawet burger z bekonem nie każdemu smakuje.

Zastanawianie się w kółko, co ktoś sobie pomyśli, gdy zaczniesz robić to, na co faktycznie masz ochotę, w prostej drodze prowadzi do życia pod czyjeś dyktando. Co jest mega ograniczające i w dłuższej perspektywie owocuje frustracją. A czasem depresją, wybuchami agresji i nienawiścią do świata. Ktoś na sali zaprzeczy? Nie? To jeśli podstawy mamy opanowane, przejdźmy do bardziej zaawansowanych ćwiczeń.

Przed Tobą kilka wskazówek, które, mam nadzieję, pomogą Ci przestać przejmować się opinią innych.

Z kim przestajesz, takim się stajesz

Powiedzenie stare jak Nokia 3310, a prawdziwe jak podatek dochodowy. Jeśli otaczasz się ludźmi o mocnym poczuciu własnej wartości, pewnymi siebie, w dodatku idącymi twardo pod prąd rzeczywistości, niezależnie, czy komuś się to podoba, czy nie, to dzieją się dwie bardzo ważne rzeczy.

Pierwsza: mając bliski kontakt z osobami nie emocjonującymi się, co babcia powie przy rodzinnym obiedzie, przejmujesz ich nastawienie i sam przestajesz reagować nerwową potliwością myśląc o ocenie innych.

Druga: gdy Twoje najbliższe otoczenie zajmuje się wystawianiem spektakli opartych na afrykańskim tańcu w etnicznych strojach ludowych, nie martwisz się jak odbierze informację, że chcesz robić to samo.

Ludzie mają Cię w dupie częściej, niż Ci się wydaje

Często skupiamy się na sobie aż do przesady, próbując sobie wmówić, że inni robią to samo. Nie jest tak. Naprawdę, są ciekawsze tematy na świecie niż Ty.

Ludzie zaczynając dzień nie zastanawiają się, czy to dobrze, że tańczysz na rurze. Ani nie idą spać rozważając, czy to wypada, żebyś mieszkała z chłopakiem bez ślubu. Nie dyskutują też na przerwie w pracy, czy to dobry pomysł, żebyś zrobił sobie tatuaż. Serio, myślisz, że ludzie, którzy nie reagują, gdy bezdomny robi z autobusu ToiToia będą przeżywać Twój wygląd? Nawet gdybyś była gwiazdą z głównych stron portali plotkarskich, zainteresowanie Twoją osobą nie trwałoby dłużej niż ziewnięcie.

Większość ludzi, których znasz ani o Tobie nie rozmawia, ani nawet nie myśli w wolnym czasie. Nie jesteś prawem do aborcji, żeby ktoś się Tobą tak ekscytował.

Umocnij poczucie własnej wartości

Czemu Quebonafide nie ma oporów przed malowaniem włosów na zielono? Czemu Katarzyna Nosowska nie ma problemów z występowaniem bez makijażu? Czemu Robert Biedroń nie boi się otwarcie mówić o tym, że jest homoseksualistą? Bo każdy z nich wie, że ich wartość zależy od tego co robią, a nie jak odbierają ich ludzie. I to, czy wiatr opinii publicznej wieje im akurat w żagiel, czy w twarz, nie podważa ich samooceny.

Jak umocnić poczucie własnej wartości i zneutralizować wpływ oceny otoczenia?

Wypisz na kartce, a potem powieś w widoczny miejscu:
a) w czym jesteś dobry
b) z których swoich działań jesteś dumny
c) trudne sytuacje, w których sobie poradziłeś

Im częściej będziesz na to patrzył, tym mniejszy wpływ będą miały na Ciebie opinie z zewnątrz. Im większą masz świadomość swoich zasług i dokonań, tym większą masz pewność, że to Ty sam decydujesz o tym, jakim człowiekiem jesteś, a nie postronni komentatorzy.

Co jeśli jutro byłby koniec świata?

Urodziłem się w roku 1988 i zdążyłem przeżyć już dwa końce świata zapowiadane przez proroków – w 2000 i 2012 – i kilka osobistych – matura, rozpad związku i pierwsze samodzielne opłacenie składki do ZUSu. W obliczu namacalnej apokalipsy, nie zastanawiałem się, czy zalanie się łzami na środku ulicy, to coś co wypada robić czy też nie. Kiedy masz duże problemy, te małe chowają się pod poduszkę, bo głupio im zawracać Ci dupę.

Myślisz, że ludzie idący 11 września do pracy w World Trade Center spodziewali się, że to będzie ich koniec? Nie chcę wprowadzać klimatu psychozy, ale życie jest naprawdę nieprzewidywalne i nigdy nie masz stuprocentowego wpływu na to, kiedy się skończy. Jeśli więc miało to by być jutro, chyba głupio byłoby odkładać karierę muzyczną na później wyłącznie z obawy przed reakcją znajomych, co? Nigdy nie jest za wcześniej na to by zacząć żyć po swojemu. Memento mori.

Znajdź sobie akceptowalny społecznie pretekst

Chcesz zacząć nagrywać filmy na YouTube, ale boisz się, że w Twoim wieku to siara? I w ogóle tak wyjść z kamerę na ulicę między obcych ludzi, to trochę nie teges? Jasne, rozumiem, ja za pierwszym razem też byłem spięty jak kartki w segregatorze. Za drugim, trzecim i czwartym zresztą też.

Weź głęboki oddech i pomyśl, co by było, gdyby Twój przełożony kazał Ci nagrać film o Twoim zespole, takie wewnątrzfirmowe wideo, żeby pokazać współpracownikom na drugim końcu świata jak zajebiści jesteście. Pewnie byś to zrobił, bo w końcu to pracowniczy projekt, za który jesteś odpowiedzialny i szef Cię z niego rozliczy. Może nie klaskałbyś uszami ze szczęścia, ale zrelatywizowałbyś sobie, że takie zadanie dostałeś i robotę trzeba wykonać. A co by było, gdybyś na stałe pracował w domu produkcyjnym na bieżąco zajmującym się realizacją takich materiałów? Nawet przez myśl by Ci nie przeszło, że to przypał tak biegać z kamerą po ulicy, to byłaby Twoja codzienność, zwykły obowiązek do wykonania.

A co stoi na przeszkodzie, żebyś do każdego działania, które w Twoim przekonaniu wystawia Cię na ocenę otoczenia, znalazł pretekst, który w pełni je usprawiedliwia? Na początku będzie Ci z nim łatwiej, a z czasem zauważysz, że zupełnie go nie potrzebujesz.

Przestań wyrażać negatywne opinie o innych

Często u innych osób irytują nas cechy, które wiemy, że sami gdzieś tam głęboko mamy i bardzo chcielibyśmy się ich pozbyć. Z lękiem o bycie wyśmianym z powodu naszego wyglądu, poglądów, czy hobby bywa podobnie. Jeśli zdarza nam się, nawet sporadycznie, być buldożerem równającym z ziemią ludzi, to nic dziwnego, że boimy się iż spotka nas to samo.

Inna sprawa, że gdy jesteśmy tęczową oazą akceptacji i zrozumienia, to innym też jakoś głupio nas atakować.

Podróżuj, poznawaj ludzi, poszerzaj horyzonty

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a to co jest dobrze widziane zależy od tego w jakim jesteś stanie. I mam na myśli terytorium, a nie stopień odurzenia.

W trakcie rejsu po Ha Long – zatoce w Wietnamie – siedziałem przy stole z chińską parą. Gdy tylko wjechało jedzenie zaczęli siorbać i bekać. I to nie, że gdzieś tam ukradkiem, zasłaniając usta, czy coś, normalnie na legalu bez żadnej krępacji. To co u nas jest uznawane za chamówę i pokrewieństwo z trzodą chlewną, to w Kraju Kwitnących Podróbek jest świadectwem tego, że Ci smakuje.

Nie przytaczam tej historii, żeby zachęcić Cię do bekania przy stole, tylko pokazać, że rzeczywistość jest kontekstowa. To co u nas może wydawać się dziwne, po zmianie szerokości geograficznej może być zupełnie normalne. Wszystko zależy od konwencji przyjętej w danym miejscu, a im częściej będziesz podróżował i odkrywał świat, tym bardziej umocni się w Tobie przekonanie, że zawsze znajdzie się kraj na świecie, w którym ktoś będzie patrzył spode łba na to, co robisz.

Będziesz przejmował się całym światem, czy raczej olejesz wszystkich?

Boisz się oceny innych, najczęściej, gdy przekraczasz swoje granice

I jeśli nie masz żadnego ciała w bagażniku, ani nie robisz nic innego niezgodnego z prawem, to znaczy, że się rozwijasz. To dobry znak.