Close
Close

17 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

Skip to entry content

Wakacje mają to do siebie, że gdy w końcu przyjdą, to najczęściej przelatują jak F16 i zanim człowiek się obróci, żeby na nie popatrzeć, to już ich nie ma. Przynajmniej tak to wygląda, kiedy już nie możesz spędzać całego lipca i sierpnia na włóczeniu się z kumplami po mieście, bo chodzisz do pracy.  Zresztą, w czasach szkolnych też bywało, że nie zdążyłem dobrze rozpakować tornistra po zakończeniu roku, a już trzeba było szukać cyrkla i ekierki, bo wrzesień przyszedł.

Nic tak nie boli jak niewykorzystana okazja, zmarnowany czas i pryszcz na tyłku. Dziś postaram się pomóc w dwóch z tych trzech przypadków i podsunąć kilka pomysłów, dzięki którym, gdy za 1,5 miesiąca do Polski znów przyjdzie zima, będziesz czuł się trochę mniej źle. Bo nie dojdzie do Ciebie, że jedyne letnie atrakcje, z których skorzystałeś, to smród potu w komunikacji miejskiej i zapalenie gardła od klimatyzacji w biurze.

Przed Tobą 16 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

1. Pojedź na festiwal muzyczny! Sam zrobiłem to pierwszy raz dopiero w 2013 roku i gorzko żałuję, że nie wcześniej. Wyjazd na festiwal, zwłaszcza w większej ekipie, to trochę takie kolonie dla dorosłych, tylko bez ciszy nocnej i przechodzenia po balkonach do pokoju dziewczyn. Kiedy wracasz po takim weekendzie, też chcesz się wpisać wszystkim poznanym ludziom do złotych myśli i spotkać z nimi za rok.

2. Ugotuj sobie garnek bobu! I go zjedz!

3. Pójdź na seans w kinie plenerowym! Dla mnie to esencja lata w mieście, leżaki na trawie albo na piasku, otwarta przestrzeń, świeże powietrze, piwo bezalkoholowe w jednej dłoni i papieros beznikotynowy w drugiej, i dobry film. I możliwość kontynuowania wieczoru w plenerze od razu po seansie.

4. Spędź popołudnie na kocu w parku! Kocowanie daje szczęście niezależnie, czy chcesz zrobić piknik, poczytać w spokoju książkę, czy pograć ze znajomymi w planszówki. To takie wyjście na plażę, tylko bez piasku w majtkach po powrocie.

5. Zmień się! Wakacje od zawsze kojarzyły mi się z jakąś ingerencją w swój wizerunek. Albo wracałem z nad morza z tribalem na ramieniu, albo zieloną farbą na włosach, albo łysy. Wszystkie te zmiany były oczywiście w pełni odwracalne, nie mniej to było naprawdę ciekawe, zobaczyć się w nowym świetle.

6. Zobacz wschód słońca! Bez znaczenia, czy specjalnie wstaniesz na niego w środku nocy, czy po prostu nie pójdziesz spać. Dobry punkt widokowy i czujesz, że cały świat jest Twój!

7. Zakochaj się! Ja wiem, że łatwo powiedzieć, ale trudniej przekonać samego siebie, że po 30-tce to jeszcze w ogóle możliwe. Ale kiedy, jak nie teraz, gdy temperatura przypomina, że potrafiłeś być otwarty i beztroski, a portfel klepie po ramieniu i daje znać, że możesz sobie pozwolić na nieco więcej, niż spacer po parku?

8. Idź popływać! Wakacje bez pływania w zalewnie, jeziorze, czy choćby otwartym basenie, to nie wakacje. Pakuj slipy i dawaj nad wodę! Pływanie nago w blasku księżyca liczy się dwukrotnie.

9. Wyjdź na miasto i wróć nad ranem! W kraju, w którym zima trwa od 6 do 9 miesięcy, wypada celebrować każdy moment, kiedy da się wyjść z domu bez kalesonów. A nieskorzystanie z okazji, gdy o 5 rano jest wyższa temperatura niż o 2 popołudniu przez większość roku, to grzech. Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, ale starzeją się dlatego, że przestają się bawić.

10. Jedz owoce! Truskawki ze śmietaną, czereśnie garściami, maliny z lodami, jeżyny z cukrem, jagody prosto z krzaka i arbuz. Dużo arbuza.

11. Zrób ognisko! Jeśli nie w głębokim lesie, to chociaż pod miastem. Nic tak nie uspokaja jak trzask palącego się drewna i ogień rozświetlający ciemność. Dorzuć do tego harcerskie piosenki, coś dobrego na patyku i gwiazdy na niebie, i masz przepis na tabletkę szczęścia.

12. Wyjedź na weekend bez telefonu! I to wcale nie musi być daleko. Na dobrą sprawę wystarczyłby wypad do sąsiedniej dzielnicy. Świat ma do zaoferowania naprawdę sporo, zwłaszcza, gdy rośliny nie są przysypane śniegiem, a kobiety kożuchami. Czasem tylko trudno to zauważyć. Bo perspektywę przesłania Ci wibrujący co 15 sekund prostokąt.

14. Idź się poopalać! Ja wiem, że szkodliwe promienie UV i w ogóle skóra się szybciej starzej. Wiem. Serio. Ale wiem też, że gdy rozbierasz się do kąpieli i ściągając bokserki widzisz gwałtowną zmianę kolorów, to człowiek uśmiecha się sam do siebie.

15. Zmęcz się! Aktywnością na świeżym powietrzu. Kajaki, piłka plażowa, zośka, rower i rolki, tylko czekają, żeby dać Ci endorfinowego kopa, po którym poczujesz się jak młody bóg. Niezależnie od wieku.

16. Prześpij się pod namiotem! Metraż o powierzchni dwóch osób leżących bokiem? Ściany przepuszczające każdy, nawet najcichszy hałas? Naturalny budzik w postaci promieni słonecznych robiących z Twojej sypialni saunę? Tak, to właśnie zew młodości.

17. Przeczytaj książkę, którą ciągle odkładałeś na później! Później jest właśnie teraz, a jeszcze później może być koniec świata. Lepiej nie ryzykować.

Gdyby z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu tą książką byli „Lunatycy”, to mam dobrą wiadomość. Masz ostatnie 24 godziny, żeby zamówić ją nie płacąc za koszt wysyłki! Wystarczy, że wchodząc na www.Lunatycy.com w miejscu na kod rabatowy wpiszesz „LATO2018„. Taki prezent ode mnie na dobre wakacje. Przepraszam, na zajebiste wakacje!

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Kiedy jesteś tak roszczeniowy, że przekraczasz próg żenady

Skip to entry content

W Stanach Zjednoczonych na lekcjach języka ojczystego trudne słowa tłumaczy się dzieciakom na przykładach z życia wziętych. A potem każe się im zbudować zdanie z tym słowem, żeby sprawdzić, czy faktycznie rozumieją jego znaczenie. Gdyby do mnie kiedyś przyszło moje dziecko i spytało co znaczy słowo „roszczeniowy”, pokazałbym mu artykuł Jakuba Pietrzaka opublikowany na łamach Krytyki Politycznej. I kazał ułożyć zdanie ze słowem „nierób”, żeby wiedział, że te określenia zazwyczaj idą ze sobą w parze.

Jeśli wydaje Ci się, że madki próbujące wyłudzić coś za darmo na horom curkę są żenujące, to trzymaj się mocno krzesła. Może się okazać, że ktoś Ci je wyciągnie spod tyłka, bo jego zdaniem mu się należy.

Ej! Też tak macie: Facebook przypomina wam codziennie, że możecie zrobić zbiórkę pieniędzy z okazji zbliżających się urodzin, a wam nagle po opłaceniu karty miejskiej i rekrutacji na studia zostaje na koncie 98 złotych do końca miesiąca i najchętniej zrobilibyście taką zbiórkę na siebie?

W ten sposób swój tekst pod tytułem „Kapitalizm jest obrzydliwy i doprowadza mnie do płaczu” zaczyna student filozofii, ilustrując go zdjęciem, na którym śpi w otoczeniu pustych puszek po Mountain Dew i Tigerze. I jedyne co mogę odpowiedzieć na postawione przez niego pytanie to: nie.

Po pierwsze, odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego w wieku 20 lat, nigdy nie doprowadziłem do sytuacji, że po opłaceniu rachunków do końca miesiąca zostało mi 100 złotych. Chyba, że końcem miesiąca nazywamy okolice 25-26, to jasne, że tak, przy czym nie widzę w tym żadnej tragedii. Po drugie, musiałoby mi urwać nogę i obie ręce, żebym wpadł na pomysł, że inni ludzie będą się składać na moje życie. Mówisz, że to zdanie ze zbiórką charytatywną to był żart? Też chciałbym w to wierzyć.

Ostatni rok udało mi się przeżyć dzięki rodzicom. Miałem niespotykanie, jak na warszawskie warunki, tani pokój i robiłem sporo rzeczy, z których mogli być dumni. Do tego ciągle protestowałem, zamiast wziąć się do normalnej roboty, bo i powodów do sprzeciwu była masa.

Zapamiętaj to o rodzicach i to o protestach – przyda się na później.

Żyłem dość skromnie, więc koszty utrzymania nie były wysokie. Ubierałem się w lumpach, nauczyłem się robić obiady za 3 złote, robiłem na ten temat relacje na Instagramie (@realjakubpietrzak, polecam), a raz nawet napisałem o tym tekst, który całkiem ładnie się rozszedł. Takie oswajanie, a momentami wręcz gloryfikowanie biedy pozwala rozładowywać narastające frustracje.

Tu może na moment się zatrzymajmy i podsumujmy fakty.

Fakt numer 1: kolega Jakub wynajmuje jednoosobowy pokój w centrum Warszawy.

Fakt numer 2: kolega Jakub ma telefon wyposażony w możliwość robienia zdjęć i kręcenia filmów.

Fakt numer 3: kolega Jakub ma laptopa i konto na Netflixie, którymi chwali się na swoim Instagramie, jak i resztą swojego hipstersko-lewackiego życia.

Fakt numer 4: kolega Jakub stwierdza, że żyje w biedzie.

Aha.

Od czasu do czasu dorabiałem jeszcze dorywczo, np. pomagałem ojcu przy firmie, kiedy wracałem do rodzinnego Olsztyna i nie narzekałem szczególnie na to, że nie mogę jechać na narty do Sölden.

Powiedzcie, że to zdanie to tylko prowokacja. Że robienie z siebie bohatera, bo pomogło się utrzymującym nas rodzicom, to trollowanie. Że oczekiwanie uznania, bo nie pojechało się do Austrii na narty, to tylko nieoczywista beka. Nie? Jednak to tak na serio?

Zacząłem więc szukać pracy. (…) Nie było tam pracy dla ludzi z moją wrażliwością, a nawet jeżeli była, to skutecznie odciągały od niej uwagę eleganckie logotypy banków.

To przecież brzmi jak bezpośrednia parafraza Ferdka ze „Świata według Kiepskich” i jego niezatapialnego „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem”. Nie znam autora tego artykułu i nigdy nie byłem w jego jednoosobowym pokoju, w którym klepie biedę oglądając „Stranger Things” na laptopie Della, ale nie zdziwiłbym się, gdyby nad ustawionymi w rządku plastikowymi butelkami z Muszynianką, miał plakat z Andrzejem Grabowskim w roli Ferdynanda i modlił się do niego przed spaniem.

Toczy się właśnie dyskusja o poprawie jakości szkolnictwa wyższego, więc postawię w niej radykalny dla niektórych postulat: płaćmy studentom za to, że pobierają naukę! Jeżeli chcemy społeczeństwa wykształconego i zaangażowanych obywateli, to nie możemy poddawać ludzi ciągłemu przymusowi ekonomicznemu.

Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech, jeszcze raz: kolega Jakub studiuje za darmo, kolega Jakub mieszka, żyje, pali Marlboro, pije importowane piwa i robi sobie pizzę z szynką szwarcwaldzką za pieniądze rodziców, kolega Jakub w wolnych chwilach hurtowo chodzi na wszelkie protesty przetaczające się przez Warszawę, i kolega Jakub chce, żeby społeczeństwo mu za to płaciło. Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech, a mówili, że „Piotruś Pan” to tylko fikcja literacka.

To byłoby śmieszne, gdyby nie było smutne. Studentom w Polsce płaci się za pobiernie nauki. Taki grant nazywa się stypendium naukowym. I – cóż, będę brutalny – jeśli go nie dostajesz, to może NIE NALEŻY CI SIĘ, BO SĄ LEPSI OD CIEBIE?

Nie chcę wykonywać bezsensownej, wyczerpującej, do tego nisko płatnej pracy – i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Chcę robić w życiu to, co sprawia mi przyjemność i chciałbym, żeby każdy miał możliwość takiego wyboru. Nie uważam, żeby przemysłowe smażenie naleśników było pożyteczniejsze od protestowania przeciwko zmianom w ordynacji wyborczej.

Żyjemy w wolnym kraju i każdy ma możliwość robienia tego, co sprawia mu przyjemność, zwyczajnie jedni muszą włożyć więcej trudu niż inni, żeby tak było, ale podsumujmy:
– nie chce mu się zarabiać na swoje utrzymanie
– nie chce mu się uczyć, żeby dostać stypendium naukowe
– nie chce mu się starać
– chce mieć gładko, z górki i przyjść na gotowe
– chce spędzać dnie na chodzeniu na manifestacje
– ludzie pracujący fizycznie to podludzie, a on jestem nadczłowiekiem

Tak, to zdecydowanie ktoś na kogo chciałbym płacić wyższe podatki za to, że figuruje na liście studentów.

Zacznijmy płacić studentom, zróbmy wreszcie krok w stronę dochodu podstawowego i pozwólmy ludziom marzyć! Bo niby dlaczego nie?

Po pierwsze, dlatego, że nas na to nie stać. Jeśli PiS mógłby kupić sobie jakąś grupę społeczną, ustanawiając subsydia, które mogłaby pobierać wyłącznie za to, że w ogóle jest, to już dawno by to zrobił. Ale nie mamy na terenie Polski złoża ropy, ani sieci państwowych kopalni bitcoinów, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić.

Po drugie, dlatego, że to demoralizujące. W innych krajach studia są płatne, u nas są darmowe. Pomijając, że ludzie nie szanują rzeczy, które mają za darmo, to płacenie studentom, niezależnie od wyników, za to, że korzystają z bezpłatnej edukacji, jest mało motywujące do starań. Konkretnie to demotywujące, jak dawanie dzieciom dyplomów za samo uczestnictwo w zawodach, bez względu, czy zajmą miejsce na podium, czy nawet ich nie ukończą. Skoro obijam się i dostaję tę samą nagrodę, co osoby pracujące w pocie czoła, to po co mam się starać?

Po trzecie, nie mam pojęcia jak nie bycie nierobem wiąże się z odbieraniem ludziom marzeń. Pardon my french, ale z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy zapierdalają w pocie czoła, mają tych marzeń najwięcej. Bo wiedzą, gdzie byli rok temu, gdzie są obecnie i gdzie chcą być za rok, dwa, pięć. A pasożytujące darmozjady, mają ich najmniej, bo do tego stopnia nic im się nie chce, że po marzenia też szkoda wyciągać delikatne rączki, bo jeszcze się zmęczą.

Ale co ja tam wiem. Jestem tylko zimnym kapitalistą, co miesiąc płacącym podatek dochodowy i VAT na darmowe studia autora tekstu.

Momentami nie dziwię się, że Polacy nie czytają książek

Skip to entry content

Od urodzenia, aż do połowy liceum nienawidziłem czytać książek i większość mojej biblioteczki to były pozycje z serii „Strrraszna historia”. Z czytaniem lektur odpadłem gdzieś na etapie „Janka muzykanta”, a potem zacząłem rzucać na tacę w podzięce za streszczenia. Torturowany „Dziećmi z Bullerbyn”, z „Krzyżakami”, czy „Potopem” nawet nie próbowałem się mierzyć. Odpadałem przed końcem pierwszego rozdziału i sięgałem po bryka. Książki kojarzyły mi się z karą. Byłem raczej grzecznym dzieckiem, ale gdy zdarzało mi się podpalić dom sąsiadów, babcia nie wyciągała pasa, tylko kazała siąść do „Pana Wołodyjowskiego”. Zazdrościłem dzieciom, które miały po prostu szlaban na telewizor. Czytanie było dla mnie cierpieniem i nie rozumiałem, jak ktoś mógł to robić z własnej woli.

Wszystko się zmieniło, kiedy kumpel namówił mnie na przeczytanie „Gry” Neila Straussa. Nagle okazało się, że pokonywanie kolejnych stron nie musi być bosym spacerem po szkle, bo nie dość, że forma wchodziła bez popijania, to jeszcze treść miała cokolwiek wspólnego z moim życiem. A konkretnie była odpowiedzią, na wiele bieżących bolączek. Pochłonąłem ją w kilka dni, a gdy skończyłem, pojawiło się we mnie dziwne uczucie. Uczucie, którego dotąd nie znałem i o które nigdy wcześniej bym się nie podejrzewał.

Chciałem przeczytać jeszcze jedną książkę.

W 2017 roku 62% Polaków nie przeczytało żadnej książki. Ponad połowa narodu przez bite 365 dni nie miała w swoich rękach nawet jednej pozycji. Jako osoba, która pisze, a przede wszystkim z tego pisania żyje, powinienem się oburzać, że Polacy nie czytają książek i rzucać w nich piorunami, ale szczerze mówiąc, momentami im się nie dziwię. Zwłaszcza widząc, jak zachowują się „bibliofile” i „miłośnicy literatury”. Czasami jest mi zwyczajnie za nich wstyd.

Czemu?

Sugerowanie, że osoby czytające są lepsze

Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś uważał się za nadczłowieka, tylko dlatego, że słucha muzyki? Nie konkretnego gatunku, czy zespołu, po prostu muzyki? Albo, żeby jakiś kinomaniak manifestował wyższość nad resztą społeczeństwa, bo spędza każde popołudnie przed ekranem? Jak nadętym egocentrykiem trzeba być, żeby wmawiać reszcie ludzi, że jest się lepszym, tylko dlatego, że konsumuje się dany rodzaj wytworu kultury?

Co najśmieszniejsze, „miłośnicy literatury” uważają się najczęściej za niezwykle oświeconych, jednocześnie zupełnie nie zauważając, że to nie forma danego wytworu decyduje o jego wartości, tylko bezpośrednio sam wytworu. Jak można uznać, że książki wyłącznie dlatego, że są słowami na papierze, są lepsze niż albumy muzyczne, czy filmy? Trzeba mieć klapki na oczach, żeby stwierdzić, że książki z samej definicji niosą ze sobą więcej emocji i treści, niż choćby gry wideo.

To tak jakby powiedzieć, że spodnie są lepsze od butów, bo powstały w historii ludzkości jako pierwsze. Głupie, co?

Gardzenie osobami, które nie czytają

Dawanie do zrozumienia osobom nieczytającym przez osoby czytające, że wyłącznie przez brak kontaktu z literaturą są gorsze, jest w naszym kraju na porządku dziennym. W telewizji, w radiu, w internecie, słyszymy, że to wstyd nie czytać książek i skromne czytelnicze CV źle świadczy o człowieku. Tak jakby sam fakt kontaktu ze zdaniami wydrukowanymi na papierze sprawiał, że komuś rośnie współczynnik IQ.

Rynek wydawniczy jest przecież pełen gówno-książek i pseudoliteratury, która robi więcej złego niż dobrego. Choćby książka Beaty Pawlikowskiej o depresji, czy Karoliny Szostak o odżywianiu. Samo przerabianie drzew na pokryty tuszem papier nie sprawia, że ktokolwiek staje się mądrzejszy. Ważniejsze od pytania „czy czytasz?” jest „co czytasz?”. Co z tego, że spędzasz każdy wieczór z Kindlem w dłoni, jeśli masz na nim „50 twarzy Greya”?

I jeszcze to hasło „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. Gratuluje doboru partnera seksualnego pod kątem rodzaju konsumowanych wytworów kultury bez sprawdzania jakiej są one jakości. Nie mówiąc o tym, że jakoś do muzyki nie zachęca się ludzi przekazem „nie słuchasz = jesteś chujowy”. Wyobrażacie sobie, że jakaś wytwórnia filmowa próbowałaby przyciągnąć do ich nowej produkcji ludzi, mówiąc im wprost, że są beznadziejni, bo nie oglądają ich filmów? Nie ma to jak kogoś obrazić, żeby sprzedać mu swój produkt. Poczułeś się zachęcony?

Masturbowanie się do swojej biblioteczki

Tak jak nie czuję się jakoś specjalnie wyjątkowy przez to, że myję zęby, tak samo nie miałem poczucia, że przynależę do jakiejś osobnej grupy społecznej wyłącznie przez to, że czytam książki. Okazało się, że jak zwykle nie miałem racji. Na Facebooku jest sporo grup „czytelniczych”, przeznaczonych dla „prawdziwych miłośników literatury”, na przemian licytujących się między sobą, kto z nich jest największym bibliofilem i onanizujących do przeczytanych tytułów.

Przykładowy post? „Miałam kupić dziecku buty, ale trafiłam na wyprzedaż w Matrasie i już po wypłacie, hihihi”. Albo: „Spóźniłam się 3 godziny do pracy, ale przecież nie mogłam zostawić niedokończonego rozdziału #robotaniezając”. Ewentualnie: „Gdyby w Twoim domu wybuchł pożar i miałbyś wybór: uratować swoją rodzinę albo biblioteczkę, to ile tomów <Gry o tron> byłbyś w stanie unieść?”. I oczywiście masowe spamowanie fotami harlekinów trzymanymi na gołych nogach z patetycznym opisem, jakby to była jakaś „Iliada”.

Po setnym brandzlowaniu się do tego, że ktoś kupił siatkę kryminałów Mroza i siostra będzie musiała odwołać ślub, bo nie wyjdzie domu, dopóki nie skończy czytać, musiałem przemyć oczy spirytusem. Nigdy nie wiadomo, czy to nie jest zaraźliwe.

Fetyszyzowanie czytania

W moim odczuciu to największa bariera, która blokuje ludzi zupełnie nieczytających przed sięgnięciem po pierwszą książkę. Mam wrażenie, że kontakt z literaturą, za sprawą głównych zainteresowanych, urósł do rozmiarów takiego odchyłu jak jedzenie pizzy sztućcami. Media literackie pompują wokół książek atmosferę wyjątkowości, jakby Pan Jezus zeszedł z niebios i sam własnymi rękami zapisał te wszystkie strony, przez co większość ludzi się tego boi, bo czytanie nie jest przedstawiane jako coś zupełnie normalnego i naturalnego.

Mimo że kinematografia ma swoje festiwale, nagrody i też całą szopkę, to filmy nie są komunikowane jako dar od Boga zarezerwowany dla wybranych, tylko jak rozrywka. Dla śmiertelników. Literatura jest dokładnie tym samym, ale klęka się przed nią i pada na twarz, jakby chodziło o bliskie spotkanie trzeciego stopnia, a nie po prostu miłe spędzenie czasu. A właśnie to robi większość książek, dokładnie to samo, co wszystkie inne wytwory kultury: pomagają miło spędzić czas.

Po prostu.

Co zrobić, że więcej osób czytało książki?

Wrzuć na Facebooka, Instagrama albo Twittera zdjęcie ostatniej pozycji, która złapała Cię za serce i powiedz, z jakiego powodu warto po nią sięgnąć. Bez zadęcia i patetycznych gadek. Jeśli czytelnicy nie będą pokazywać, że czytanie jest naturalną czynnością i mówić o książkach na luzie, tak jak się mówi o filmach Marvela, to skąd osoby nieczytające będą miały wiedzieć, że warto się nimi zainteresować?

Nic nie ma takiej siły przebicia jak pozytywna rekomendacja. Myślisz, że wódka sprzedaje się tak dobrze dlatego, że osoby pijące zachęcają innych słowami „to wstyd, że w tym roku nie wypiłeś jeszcze ani jednego kieliszka”?