Close
Close

Kiedy jesteś tak roszczeniowy, że przekraczasz próg żenady

Skip to entry content

W Stanach Zjednoczonych na lekcjach języka ojczystego trudne słowa tłumaczy się dzieciakom na przykładach z życia wziętych. A potem każe się im zbudować zdanie z tym słowem, żeby sprawdzić, czy faktycznie rozumieją jego znaczenie. Gdyby do mnie kiedyś przyszło moje dziecko i spytało co znaczy słowo „roszczeniowy”, pokazałbym mu artykuł Jakuba Pietrzaka opublikowany na łamach Krytyki Politycznej. I kazał ułożyć zdanie ze słowem „nierób”, żeby wiedział, że te określenia zazwyczaj idą ze sobą w parze.

Jeśli wydaje Ci się, że madki próbujące wyłudzić coś za darmo na horom curkę są żenujące, to trzymaj się mocno krzesła. Może się okazać, że ktoś Ci je wyciągnie spod tyłka, bo jego zdaniem mu się należy.

Ej! Też tak macie: Facebook przypomina wam codziennie, że możecie zrobić zbiórkę pieniędzy z okazji zbliżających się urodzin, a wam nagle po opłaceniu karty miejskiej i rekrutacji na studia zostaje na koncie 98 złotych do końca miesiąca i najchętniej zrobilibyście taką zbiórkę na siebie?

W ten sposób swój tekst pod tytułem „Kapitalizm jest obrzydliwy i doprowadza mnie do płaczu” zaczyna student filozofii, ilustrując go zdjęciem, na którym śpi w otoczeniu pustych puszek po Mountain Dew i Tigerze. I jedyne co mogę odpowiedzieć na postawione przez niego pytanie to: nie.

Po pierwsze, odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego w wieku 20 lat, nigdy nie doprowadziłem do sytuacji, że po opłaceniu rachunków do końca miesiąca zostało mi 100 złotych. Chyba, że końcem miesiąca nazywamy okolice 25-26, to jasne, że tak, przy czym nie widzę w tym żadnej tragedii. Po drugie, musiałoby mi urwać nogę i obie ręce, żebym wpadł na pomysł, że inni ludzie będą się składać na moje życie. Mówisz, że to zdanie ze zbiórką charytatywną to był żart? Też chciałbym w to wierzyć.

Ostatni rok udało mi się przeżyć dzięki rodzicom. Miałem niespotykanie, jak na warszawskie warunki, tani pokój i robiłem sporo rzeczy, z których mogli być dumni. Do tego ciągle protestowałem, zamiast wziąć się do normalnej roboty, bo i powodów do sprzeciwu była masa.

Zapamiętaj to o rodzicach i to o protestach – przyda się na później.

Żyłem dość skromnie, więc koszty utrzymania nie były wysokie. Ubierałem się w lumpach, nauczyłem się robić obiady za 3 złote, robiłem na ten temat relacje na Instagramie (@realjakubpietrzak, polecam), a raz nawet napisałem o tym tekst, który całkiem ładnie się rozszedł. Takie oswajanie, a momentami wręcz gloryfikowanie biedy pozwala rozładowywać narastające frustracje.

Tu może na moment się zatrzymajmy i podsumujmy fakty.

Fakt numer 1: kolega Jakub wynajmuje jednoosobowy pokój w centrum Warszawy.

Fakt numer 2: kolega Jakub ma telefon wyposażony w możliwość robienia zdjęć i kręcenia filmów.

Fakt numer 3: kolega Jakub ma laptopa i konto na Netflixie, którymi chwali się na swoim Instagramie, jak i resztą swojego hipstersko-lewackiego życia.

Fakt numer 4: kolega Jakub stwierdza, że żyje w biedzie.

Aha.

Od czasu do czasu dorabiałem jeszcze dorywczo, np. pomagałem ojcu przy firmie, kiedy wracałem do rodzinnego Olsztyna i nie narzekałem szczególnie na to, że nie mogę jechać na narty do Sölden.

Powiedzcie, że to zdanie to tylko prowokacja. Że robienie z siebie bohatera, bo pomogło się utrzymującym nas rodzicom, to trollowanie. Że oczekiwanie uznania, bo nie pojechało się do Austrii na narty, to tylko nieoczywista beka. Nie? Jednak to tak na serio?

Zacząłem więc szukać pracy. (…) Nie było tam pracy dla ludzi z moją wrażliwością, a nawet jeżeli była, to skutecznie odciągały od niej uwagę eleganckie logotypy banków.

To przecież brzmi jak bezpośrednia parafraza Ferdka ze „Świata według Kiepskich” i jego niezatapialnego „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem”. Nie znam autora tego artykułu i nigdy nie byłem w jego jednoosobowym pokoju, w którym klepie biedę oglądając „Stranger Things” na laptopie Della, ale nie zdziwiłbym się, gdyby nad ustawionymi w rządku plastikowymi butelkami z Muszynianką, miał plakat z Andrzejem Grabowskim w roli Ferdynanda i modlił się do niego przed spaniem.

Toczy się właśnie dyskusja o poprawie jakości szkolnictwa wyższego, więc postawię w niej radykalny dla niektórych postulat: płaćmy studentom za to, że pobierają naukę! Jeżeli chcemy społeczeństwa wykształconego i zaangażowanych obywateli, to nie możemy poddawać ludzi ciągłemu przymusowi ekonomicznemu.

Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech, jeszcze raz: kolega Jakub studiuje za darmo, kolega Jakub mieszka, żyje, pali Marlboro, pije importowane piwa i robi sobie pizzę z szynką szwarcwaldzką za pieniądze rodziców, kolega Jakub w wolnych chwilach hurtowo chodzi na wszelkie protesty przetaczające się przez Warszawę, i kolega Jakub chce, żeby społeczeństwo mu za to płaciło. Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech, a mówili, że „Piotruś Pan” to tylko fikcja literacka.

To byłoby śmieszne, gdyby nie było smutne. Studentom w Polsce płaci się za pobiernie nauki. Taki grant nazywa się stypendium naukowym. I – cóż, będę brutalny – jeśli go nie dostajesz, to może NIE NALEŻY CI SIĘ, BO SĄ LEPSI OD CIEBIE?

Nie chcę wykonywać bezsensownej, wyczerpującej, do tego nisko płatnej pracy – i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Chcę robić w życiu to, co sprawia mi przyjemność i chciałbym, żeby każdy miał możliwość takiego wyboru. Nie uważam, żeby przemysłowe smażenie naleśników było pożyteczniejsze od protestowania przeciwko zmianom w ordynacji wyborczej.

Żyjemy w wolnym kraju i każdy ma możliwość robienia tego, co sprawia mu przyjemność, zwyczajnie jedni muszą włożyć więcej trudu niż inni, żeby tak było, ale podsumujmy:
– nie chce mu się zarabiać na swoje utrzymanie
– nie chce mu się uczyć, żeby dostać stypendium naukowe
– nie chce mu się starać
– chce mieć gładko, z górki i przyjść na gotowe
– chce spędzać dnie na chodzeniu na manifestacje
– ludzie pracujący fizycznie to podludzie, a on jestem nadczłowiekiem

Tak, to zdecydowanie ktoś na kogo chciałbym płacić wyższe podatki za to, że figuruje na liście studentów.

Zacznijmy płacić studentom, zróbmy wreszcie krok w stronę dochodu podstawowego i pozwólmy ludziom marzyć! Bo niby dlaczego nie?

Po pierwsze, dlatego, że nas na to nie stać. Jeśli PiS mógłby kupić sobie jakąś grupę społeczną, ustanawiając subsydia, które mogłaby pobierać wyłącznie za to, że w ogóle jest, to już dawno by to zrobił. Ale nie mamy na terenie Polski złoża ropy, ani sieci państwowych kopalni bitcoinów, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić.

Po drugie, dlatego, że to demoralizujące. W innych krajach studia są płatne, u nas są darmowe. Pomijając, że ludzie nie szanują rzeczy, które mają za darmo, to płacenie studentom, niezależnie od wyników, za to, że korzystają z bezpłatnej edukacji, jest mało motywujące do starań. Konkretnie to demotywujące, jak dawanie dzieciom dyplomów za samo uczestnictwo w zawodach, bez względu, czy zajmą miejsce na podium, czy nawet ich nie ukończą. Skoro obijam się i dostaję tę samą nagrodę, co osoby pracujące w pocie czoła, to po co mam się starać?

Po trzecie, nie mam pojęcia jak nie bycie nierobem wiąże się z odbieraniem ludziom marzeń. Pardon my french, ale z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy zapierdalają w pocie czoła, mają tych marzeń najwięcej. Bo wiedzą, gdzie byli rok temu, gdzie są obecnie i gdzie chcą być za rok, dwa, pięć. A pasożytujące darmozjady, mają ich najmniej, bo do tego stopnia nic im się nie chce, że po marzenia też szkoda wyciągać delikatne rączki, bo jeszcze się zmęczą.

Ale co ja tam wiem. Jestem tylko zimnym kapitalistą, co miesiąc płacącym podatek dochodowy i VAT na darmowe studia autora tekstu.

(niżej jest kolejny tekst)

16
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
https://zdrowyslowotok.pl/AgnieszkaKarolinaMarta TereskaShakuahi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Riennahera
Gość
Riennahera

Wiesz co, był taki typ co myślał zupełnie jak on. Nazywał się Raskolnikow. Podobno wyjazd na Syberię nieco mu pomógł.

Anna Sudoł
Gość

Janek, Twój tekst jest świetny. Nie mogę uwierzyć, że ktoś mógł coś takiego napisać na serio :D

Dominika
Gość
Dominika

Bardzo Pana Jakuba boli że inni pracują i mają, a on nie pracuje i (zaskoczenie) nie ma. Ale swoją drogą w krajach skandynawskich rzeczywiście studenci i licealiści dostają dofinansowanie od państwa, mniej więcej starcza to na opłacenie czynszu albo jedzenie. Całkiem miło z ich strony, ale gdybyśmy to dodali do 500+ to moglibyśmy spokojnie ubiegać się o tytuł najbardziej zadłużonego państwa.

Cieplik
Gość

„Jakub Pietrzak – aktywista, bumelant, instagramer” – nie mam złudzeń, że ktoś, kto się tak podpisuje ma coś naprawdę ciekawego do powiedzenia…

Katya
Gość

Cały czas mam nadzieję, że tekst tamtego pana to performance…

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

Momentami nie dziwię się, że Polacy nie czytają książek

Skip to entry content

Od urodzenia, aż do połowy liceum nienawidziłem czytać książek i większość mojej biblioteczki to były pozycje z serii „Strrraszna historia”. Z czytaniem lektur odpadłem gdzieś na etapie „Janka muzykanta”, a potem zacząłem rzucać na tacę w podzięce za streszczenia. Torturowany „Dziećmi z Bullerbyn”, z „Krzyżakami”, czy „Potopem” nawet nie próbowałem się mierzyć. Odpadałem przed końcem pierwszego rozdziału i sięgałem po bryka. Książki kojarzyły mi się z karą. Byłem raczej grzecznym dzieckiem, ale gdy zdarzało mi się podpalić dom sąsiadów, babcia nie wyciągała pasa, tylko kazała siąść do „Pana Wołodyjowskiego”. Zazdrościłem dzieciom, które miały po prostu szlaban na telewizor. Czytanie było dla mnie cierpieniem i nie rozumiałem, jak ktoś mógł to robić z własnej woli.

Wszystko się zmieniło, kiedy kumpel namówił mnie na przeczytanie „Gry” Neila Straussa. Nagle okazało się, że pokonywanie kolejnych stron nie musi być bosym spacerem po szkle, bo nie dość, że forma wchodziła bez popijania, to jeszcze treść miała cokolwiek wspólnego z moim życiem. A konkretnie była odpowiedzią, na wiele bieżących bolączek. Pochłonąłem ją w kilka dni, a gdy skończyłem, pojawiło się we mnie dziwne uczucie. Uczucie, którego dotąd nie znałem i o które nigdy wcześniej bym się nie podejrzewał.

Chciałem przeczytać jeszcze jedną książkę.

W 2017 roku 62% Polaków nie przeczytało żadnej książki. Ponad połowa narodu przez bite 365 dni nie miała w swoich rękach nawet jednej pozycji. Jako osoba, która pisze, a przede wszystkim z tego pisania żyje, powinienem się oburzać, że Polacy nie czytają książek i rzucać w nich piorunami, ale szczerze mówiąc, momentami im się nie dziwię. Zwłaszcza widząc, jak zachowują się „bibliofile” i „miłośnicy literatury”. Czasami jest mi zwyczajnie za nich wstyd.

Czemu?

Sugerowanie, że osoby czytające są lepsze

Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś uważał się za nadczłowieka, tylko dlatego, że słucha muzyki? Nie konkretnego gatunku, czy zespołu, po prostu muzyki? Albo, żeby jakiś kinomaniak manifestował wyższość nad resztą społeczeństwa, bo spędza każde popołudnie przed ekranem? Jak nadętym egocentrykiem trzeba być, żeby wmawiać reszcie ludzi, że jest się lepszym, tylko dlatego, że konsumuje się dany rodzaj wytworu kultury?

Co najśmieszniejsze, „miłośnicy literatury” uważają się najczęściej za niezwykle oświeconych, jednocześnie zupełnie nie zauważając, że to nie forma danego wytworu decyduje o jego wartości, tylko bezpośrednio sam wytworu. Jak można uznać, że książki wyłącznie dlatego, że są słowami na papierze, są lepsze niż albumy muzyczne, czy filmy? Trzeba mieć klapki na oczach, żeby stwierdzić, że książki z samej definicji niosą ze sobą więcej emocji i treści, niż choćby gry wideo.

To tak jakby powiedzieć, że spodnie są lepsze od butów, bo powstały w historii ludzkości jako pierwsze. Głupie, co?

Gardzenie osobami, które nie czytają

Dawanie do zrozumienia osobom nieczytającym przez osoby czytające, że wyłącznie przez brak kontaktu z literaturą są gorsze, jest w naszym kraju na porządku dziennym. W telewizji, w radiu, w internecie, słyszymy, że to wstyd nie czytać książek i skromne czytelnicze CV źle świadczy o człowieku. Tak jakby sam fakt kontaktu ze zdaniami wydrukowanymi na papierze sprawiał, że komuś rośnie współczynnik IQ.

Rynek wydawniczy jest przecież pełen gówno-książek i pseudoliteratury, która robi więcej złego niż dobrego. Choćby książka Beaty Pawlikowskiej o depresji, czy Karoliny Szostak o odżywianiu. Samo przerabianie drzew na pokryty tuszem papier nie sprawia, że ktokolwiek staje się mądrzejszy. Ważniejsze od pytania „czy czytasz?” jest „co czytasz?”. Co z tego, że spędzasz każdy wieczór z Kindlem w dłoni, jeśli masz na nim „50 twarzy Greya”?

I jeszcze to hasło „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. Gratuluje doboru partnera seksualnego pod kątem rodzaju konsumowanych wytworów kultury bez sprawdzania jakiej są one jakości. Nie mówiąc o tym, że jakoś do muzyki nie zachęca się ludzi przekazem „nie słuchasz = jesteś chujowy”. Wyobrażacie sobie, że jakaś wytwórnia filmowa próbowałaby przyciągnąć do ich nowej produkcji ludzi, mówiąc im wprost, że są beznadziejni, bo nie oglądają ich filmów? Nie ma to jak kogoś obrazić, żeby sprzedać mu swój produkt. Poczułeś się zachęcony?

Masturbowanie się do swojej biblioteczki

Tak jak nie czuję się jakoś specjalnie wyjątkowy przez to, że myję zęby, tak samo nie miałem poczucia, że przynależę do jakiejś osobnej grupy społecznej wyłącznie przez to, że czytam książki. Okazało się, że jak zwykle nie miałem racji. Na Facebooku jest sporo grup „czytelniczych”, przeznaczonych dla „prawdziwych miłośników literatury”, na przemian licytujących się między sobą, kto z nich jest największym bibliofilem i onanizujących do przeczytanych tytułów.

Przykładowy post? „Miałam kupić dziecku buty, ale trafiłam na wyprzedaż w Matrasie i już po wypłacie, hihihi”. Albo: „Spóźniłam się 3 godziny do pracy, ale przecież nie mogłam zostawić niedokończonego rozdziału #robotaniezając”. Ewentualnie: „Gdyby w Twoim domu wybuchł pożar i miałbyś wybór: uratować swoją rodzinę albo biblioteczkę, to ile tomów <Gry o tron> byłbyś w stanie unieść?”. I oczywiście masowe spamowanie fotami harlekinów trzymanymi na gołych nogach z patetycznym opisem, jakby to była jakaś „Iliada”.

Po setnym brandzlowaniu się do tego, że ktoś kupił siatkę kryminałów Mroza i siostra będzie musiała odwołać ślub, bo nie wyjdzie domu, dopóki nie skończy czytać, musiałem przemyć oczy spirytusem. Nigdy nie wiadomo, czy to nie jest zaraźliwe.

Fetyszyzowanie czytania

W moim odczuciu to największa bariera, która blokuje ludzi zupełnie nieczytających przed sięgnięciem po pierwszą książkę. Mam wrażenie, że kontakt z literaturą, za sprawą głównych zainteresowanych, urósł do rozmiarów takiego odchyłu jak jedzenie pizzy sztućcami. Media literackie pompują wokół książek atmosferę wyjątkowości, jakby Pan Jezus zeszedł z niebios i sam własnymi rękami zapisał te wszystkie strony, przez co większość ludzi się tego boi, bo czytanie nie jest przedstawiane jako coś zupełnie normalnego i naturalnego.

Mimo że kinematografia ma swoje festiwale, nagrody i też całą szopkę, to filmy nie są komunikowane jako dar od Boga zarezerwowany dla wybranych, tylko jak rozrywka. Dla śmiertelników. Literatura jest dokładnie tym samym, ale klęka się przed nią i pada na twarz, jakby chodziło o bliskie spotkanie trzeciego stopnia, a nie po prostu miłe spędzenie czasu. A właśnie to robi większość książek, dokładnie to samo, co wszystkie inne wytwory kultury: pomagają miło spędzić czas.

Po prostu.

Co zrobić, że więcej osób czytało książki?

Wrzuć na Facebooka, Instagrama albo Twittera zdjęcie ostatniej pozycji, która złapała Cię za serce i powiedz, z jakiego powodu warto po nią sięgnąć. Bez zadęcia i patetycznych gadek. Jeśli czytelnicy nie będą pokazywać, że czytanie jest naturalną czynnością i mówić o książkach na luzie, tak jak się mówi o filmach Marvela, to skąd osoby nieczytające będą miały wiedzieć, że warto się nimi zainteresować?

Nic nie ma takiej siły przebicia jak pozytywna rekomendacja. Myślisz, że wódka sprzedaje się tak dobrze dlatego, że osoby pijące zachęcają innych słowami „to wstyd, że w tym roku nie wypiłeś jeszcze ani jednego kieliszka”?

Czemu kampania społeczna z Rozenek, Lis i Rosati jest zła?

Skip to entry content

Showmax – platforma streamingowa konkurująca z Netflixem – kilka dni temu wypuścił spot z Małgorzatą Rozenek-Majdan, Hanną Lis i Weroniką Rosati. Wideo jest zarówno kampanią społeczną, jak i materiałem promującym drugi sezon serialu „Opowieść podręcznej”. Serial ów uważam za mistrzowski i z kategorii „właśnie po to wymyślono urlop na żądanie”, do pań biorących udział w akcji stosunek mam żaden, natomiast sam spot uważam za zły, niepotrzebny, a przy głębszym zastanowieniu, nawet szkodliwy.

Dlaczego? Zacznijmy od początku.

O czym jest serial „Opowieść podręcznej”?

O tym, co się stanie, jeśli PiS jeszcze kilka razy wygra wybory.

Akcja ma miejsce w Stanach Zjednoczonych i jest wizją przyszłości, w której patologicznie religijne ugrupowania obalają rząd i pozbawiają płodnych kobiet jakichkolwiek praw. Przez to, że są w stanie rodzić dzieci, nie mogą decydować o swoim ciele (brzmi znajomo?), życiu, ani niczym innym. Zostają zredukowane do chodzących macic i są gwałcone przez mężczyzn na wysokich stanowiskach. Oczywiście w imię Boga.

O czym jest spot reklamowy z Rozenek, Lis i Rosati?

O tym, żeby nie hejtować w internecie.

Co ma wspólnego spot z serialem?

Nie mam pojęcia, ale chętnie bym się dowiedział.

Czy hejtowanie celebrytów prowadzi do utraty praw człowieka?

„Weronika Rosati, Hanna Lis i Małgorzata Rozenek-Majdan nie godzą się na ocenianie z powodu płci, a Ty?” pyta opis filmiku i odpowiadam na to pytanie twierdząco: tak, ja też się nie godzę na ocenianie z powodu płci. Tyle, że spot pokazuje coś zupełnie innego. Przytoczone w wideo negatywne słowa, które słyszą pod swoim adresem bohaterki kampanii nie wynikają z tego, że są kobietami, tylko z tego, że są sławne i bogate.

Mieć takie predyspozycje i tak się zeszmacić? Trzeba mieć mózg ameby i wyjątkowy talent.

Nie cierpiałem jak ta cholerna lisica otwierała paszczę na wizji. Modulowała tym sztucznym głosem jakby była dziennikarką, a to zwykła szmata.

Napuchła, ciekawe od czego? Wygląda jak trup wyciągnięty z wody po kilku tygodniach.

Z metra cięty krasnal z dużym łbem.

Nie rozumiem jak człowiek na poziomie, prawniczka, może się zamienić w takie coś. Regres umysłowy, czy o co chodzi?

Tego typu komentarze znajdziecie na Pudelku zarówno pod niusami o celebrytach płci męskiej, jak i żeńskiej. Przytyki o szmaceniu się i graniu w reklamach, słabych filmach, czy występowaniu w niejakościowych programach kierowane są bez podziału na płeć. Podobnie jak uwagi związane ze zmianami wizerunkowymi. Jak ktoś ma wątpliwości, to niech sprawdzi profil Lewandowskiego, gdy zmienia kolor włosów. Albo choćby Ekskluzywnego Menela, kiedy ubierze się mniej stereotypowo.

Nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie popieram tego typu komentarzy, ale jad w stronę osób działających w showbiznesie sączy się bez podziału na płeć. Dlatego nie rozumiem co filmik z przeglądem internetowego bólu dupy ma wspólnego z ubezwłasnowolnieniem kobiet? Jak niechęć jakiejś Andżeliki do Perfekcyjnej Pani Domu przekłada się na pozbawienie praw człowieka? Gdyby to działało w ten sposób, to Siostry Godlewskie już dawno zostałyby konstytucyjnie zdegradowane do poziomu gadżetów erotycznych, a paradoksalnie skutek jest zupełnie odwrotny.

Najgorsze co możesz zrobić, to przekonać hejtera, że to co robi jest skuteczne

Na początek kilka szybkich pytań i odpowiedzi wprowadzających do tematu, a potem mini-quiz.

Czemu złodziej kradnie? Bo chce mieć więcej pieniędzy.

Czemu alkoholik pije? Bo chce polepszyć sobie samopoczucie.

Czemu pirat drogowy łamie przepisy? Bo chce szybciej dotrzeć do celu.

Czemu hejter rzuca w kogoś gównem?
a) bo bardzo go lubi i w ten sposób chce wyrazić swoje uznanie
d) bo ma cudowne życie i chce zarazić miłością do świata drugą osobę
c) bo chce się wyżyć i poczuć się lepiej sprawiając komuś przykrość
d) pomidor

Póki co potrzymam Was w niepewności co do poprawnej odpowiedzi, a teraz wróćmy na chwilę do kampanii Showmaxu. Jaki jest jej przekaz? Słowa mogą ranić, wirtualna nienawiści ma realne skutki, dla Ciebie to śmieszny komentarz, dla kogoś rysa na psychice. Innymi słowy: hejterzy mają moc, a ich działania są skuteczne i pozwalają osiągnąć założony cel.

Jeśli miałeś jakieś wątpliwości, to hejterzy hejtują właśnie po to, żeby komuś dopierdolić i sprowadzić go na parter, a potem wytrzeć nim podłogę, bo dzięki temu nie tylko ich świat jest wymalowany emulsją z gówna, ale również czyjś. Mówienie im więc, że to co robią przynosi efekt, wyłącznie ich nakręca. Przekazywać w kampanii społecznej, że nienawiści w internecie może zniszczyć komuś życie, to mniej tak jakby powywieszać billboardy „Zwolnij! Przekraczając prędkość szybciej dojedziesz na miejsce!”, albo „Nie pij! Odurzając się alkoholem zapominasz o problemach!”.

Im przecież właśnie o to chodzi.

Przekaz naiwny jak przedszkolak

„Powiedz stop nienawiści!” podnosi głos Gosia Rozenek, „walcz o swoje prawa!” pewnie rzuca Hania Lis, „zareaguj!” z troską mówi Wera Rosati. I jestem im mega wdzięczny za te odkrywcze rady, tylko mam jedno mało pytanie: JAK?

Myślę, że w 2018 roku, po głośnych samobójstwach pod wpływem szykanowania w sieci, nikogo nie trzeba przekonywać, że hejt jest negatywnym zjawiskiem, z którym trzeba coś zrobić. A z pewnością nie trzeba przekonywać osób, które aktywnie korzystają z internetu – bo właśnie tam emitowana jest reklama. Nie na kółkach różańcowych, nie w osiedlowych bibliotekach. Na YouTubie i na Facebooku.

Odkryliśmy media społecznościowe już jakiś czas temu, teraz przydałoby się nauczyć ludzi jak ich używać. „Reaguj na hejt”, super, dzięki za info, tylko jak? Wejść w dyskusję? Wysłać zrzut ekranu do pracodawcy? Ulepić własną kulkę z gówna i oddać prowodyrowi? Zadzwonić do Komisarza Alexa, żeby wjechał z psami na Facebooka? Kiedy ktoś w internecie wylewa na mnie zawartość kompostownika, nie potrzebuję od prezenterki telewizyjnej rady pod tytułem „zrób coś z tym”. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że powinienem coś z tym zrobić. Nie potrzeba mi odpowiedzi na pytanie „czy reagować?”, tylko instrukcji tłumaczącej „jak to zrobić?”. Jak walczyć o swoje prawa? Jak? Jak? Jak?

„Powiedz stop nienawiści” w tej sytuacji brzmi jak podejście do bezdomnego z kartką „powiedz stop niezarabianiu pieniędzy”.

Czy to źle, że serial reklamuje kampania społeczna?

Nie mam zupełnie problemu z podczepianiem działań prospołecznych pod komercyjne produkty. O ile całość jest zrobiona z głową. Przykładowo, jeśli Unimil albo Durex robią akcje edukujące w zakresie chorób przenoszonych drogą płciową, a w tle pojawiają się prezerwatywy i wykonanie zmusza dłonie do uderzania o siebie, to super. Ale tu nie jest super. Jest dwa na szynach. Pomijając wszystkie kwestie, o których pisałem wcześniej i fakt, że Hanna Lis i Weronika Rosati wypadają w tym spocie wyjątkowo nieprzekonująco, to cała ta „idea walki z hejtem” jest doklejona do samego serialu kompletnie na siłę.

Jedynym aspektem tej akcji, przy którym można postawić plusik, to fakt przekazywania 1zł na Centrum Praw Kobiet w zamian za 1 udostępnienie reklamy. Co prawda, wygląda to na wyrachowane kupowanie taniego zasięgu, ale jakie by nie były pobudki, miło, że słuszny cel zostanie wsparty jakimkolwiek hajsem.