Close
Close

Gnocchi, jalapeno, mojito – dobry Boże, jak to wymówić?

Skip to entry content

Kto nigdy nie czuł się jak na memie z nosaczem sundajskim próbując poprawnie wymówić nazwę zagranicznej potrawy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sam kiedyś łamałem sobie język, próbując przekazać kelnerowi, że prosiłbym pizzę bez jalapeno, aż w końcu wziąłem mielonego z ziemniakami. Nie mówiąc już o wizytach w orientalnych knajpach, gdzie najbezpieczniej jest zamówić wodę. Dla wszystkich, którzy chcieliby mieć jednak nieco większy wybór niż gazowana albo bez bąbelków, przygotowałem małą ściągę.

Gnoczi? Dżalapeno? Modżajto? Proseczio? Poniżej poprawne wymowy dań i trunków, które robią dobrze brzuszkowi, ale źle aparatowi mowy.

Mojito – kubański drink na bazie białego rumu z syropem cukrowym, limonką, miętą, wodą gazowaną i kruszonym lodem. Poprawna wymowa to „mohito”, aczkolwiek polska prześmiewcza wariacja na jej temat, czyli „modżajto”, tak mocno weszła w popkulturę, że aż doczekała się dedykowanego profilu na Facebooku – „jedno modżajto dla mojej świni”. Oczywiście nie chodzi o upijanie zwierząt.

Wasabi – chrzan japoński. Kurewsko ostry. To znaczy dla mnie, bo mam kolegów, którzy są w stanie wysmarować nim cała rolkę sushi i połknąć bez uronienia ani jednej łezki, w momencie kiedy ja potrzebowałbym kontenera chusteczek i cysterny wody. Wasabi wymawiamy „łasabi”.

Penne – jak to mawiała mojej świętej pamięci babcia: po prostu rurki. Chyba nie ma Polaka, który by nie jadł tego typu makaronu i nigdy nie przeczytał jego nazwy wyrzucając jedno „n”. Co jest wpadką na poziomie Kaczyńskiego, twierdzącego, że marihuany nie robi się z konopi, bo „pene”, to po włosku penis. Niesmaczne, co? Osobiście nie próbowałem, ale warto zapamiętać, że mówimy „peNNe„.

Chardonnay – hardonej? Hardonaj? Hannah Montana? Blisko, odmiana winorośli, z której robi się wina białe i musujące to „szardone”.

Gnocchi – włoskie kopytka, które z niewiadomego powodu nazywane są makaronem. Mnie nie łapią ani za serce, a tym bardziej za żołądek, ale mają swoich prawdziwych psychofanów, którzy piszą o nich całe piosenki. Jeśli chciałbyś zamówić je w restauracji, powiedz „poproszę niokki”.

Pho – wietnamski rosół, w którym zakochałem się niestety bez wzajemności. W Warszawie są już sieciówki serwujące ten specjał, w Krakowie niby gdzieś tam można znaleźć, ale raczej średniawka i bez podjazdu do oryginalnej. Nie mówiąc o cenach. Zupę z makaronem ryżowym i parzoną wołowiną wymawiamy „fo”.

Fondue – akcja wymyślona przez szwajcarskich górali, polegająca na zatapianiu w garnku z gorącym serem pieczywa albo warzyw. Z czasem ewoluowała też do wersji na słodko, w której ser zastępuje roztopiona czekolada, a zamiast warzyw topi się owoce. W obu wersjach „fądi” jest bardzo pierwsza klasa.

Jalapeno – gwóźdź programu, papryczki, które wykręcają język dwa razy. Pierwszy – kiedy chcesz je zamówić, i drugi – kiedy masz je już w ustach. Kiedy dowiedziałem się, że ich poprawna wymowa, to nie dżalapeno, ani żelipapą, tylko „halapenio”, kamień spadł mi z serca. Już wiedziałem jak prosić o usunięcie składnika, po którym muszę się bunkrować w toalecie.

Curaçao – jak byłem w liceum, to curaçao na imprezie było jak jedzenie na imprezie. Nikt nie mógł uwierzyć, że faktycznie jest i każdy chciał się zaprzyjaźnić z jego właścicielem. Nazwa tego 30-procentowego likieru ze skórek pomarańczy, pochodzi od wyspy Curaçao u wybrzeży Wenezueli i jej poprawna wymowa to „kurasau”. Co zupełnie nie przeszkadzało nam, żeby czytać ją „kurakao” i profanować trunek, pijąc czysty z gwinta.

Prosciutto crudo – królowa szynek! „Prosziutto krudo”, jest surowa i suszona. I oczywiście włoska.

Beaujolais – region we Francji będący zarazem nazwą produkowanego tam rodzaju czerwonego wina burgundzkiego. Dopóki nie zgooglowałem tematu, nawet nie próbowałem wymawiać na głos, bo w życiu nie wpadłbym na to, że „beaujolais” czyta się „bożole”.

Foie gras – cholernie drogi francuski pasztet z kaczych i gęsich wątróbek. Jak będziesz po wypłacie, to proś w Piotrze i Pawle o „fłagra”.

Paella – mistrzowski hiszpański specjał na bazie podsmażanego ryżu z szafranem. Gdy pierwszy raz zjadłem paellę z krewetkami w Barcelonie, popłakałem się ze szczęścia. W dużej mierze dlatego, że po godzinie odbijania się od zamkniętych drzwi, w końcu znaleźliśmy otwartą knajpę w trakcie siesty. O tym, że wymawia się „paeja”, dowiedziałem się dopiero czekając na samolot powrotny.

Prosecco – ambrozja klasy średniej, podawana w weekendy do śniadań w hipsterskich warszawskich knajpach. Po polsku: wytrawne wino musujące. Podobnie jak z „modżajto”, część osób celowo śmieje się z burżujstwa dla mas mówiąc „proseczio”, przy czym właściwe brzmienie to „prosekko”.

To tyle ode mnie, ale jak chcecie coś dorzucić do listy, to śmiało.

(niżej jest kolejny tekst)

12
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
Jan FavreZuzaMarcinKasiaKasiaEmilia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jan
Gość
Jan

Warto nadmienić, że nie zamawia się „expesso” tylko „espresso”. Do cholery.

Mila
Gość
Mila

Jak pracowałam w gastro to miałam taką koleżankę kelnerkę, co pracując we włoskiej knajpie zamiast penne mówiła „peni” a na caffe mocha mówiła „kafe mocza”. Potem już nikt nie pamiętał jak dziewczyna ma na imię, bo wszyscy wołali na nią Mocza :D

Zuza
Gość

No uwielbiam te Twoje teksty! Ale na tej liście zdecydowanie brakuje włoskiej bruschetty :D

Justyna
Gość
Justyna

Prosciutto curdo to szynka suszona na słońcu i wietrze, a Prosciutto cotto to szynka gotowana!!
Smaczna różnica. :)

Zosia
Gość
Zosia

Fondue ma jeszcze trzecia wersje, w rozgrzanym tluszczu kapiesz miesko! sama radosc”

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką. No, trudno

Skip to entry content

Wakacje po maturze: mogę wszystko

Jest środek lipca, siedzimy w trójkę na plaży w Niechorzu i z plastikowych kubków pijemy kakao Puchatek zalane Starogardzką i mlekiem. Kilka lat później będę niedowierzał, że byłem w stanie wziąć taki syf do ust, ale teraz połykamy jeden miks za drugim. Nektar bogów. Dochodzi 19:00, słońce już nie praży jak w środku dnia, ale dalej jest ciepło. Przyjemnie ciepło. Zresztą, nawet, gdyby nie było, to przecież cały czas mamy tę wódkę. Ostatnia rodzina z dziećmi schodzi zejściem do miasta, za chwilę na plaży będziemy już tylko my. My, mewy i szum fal.

Przyjechaliśmy tu sprzedawać gazety. Śpimy w budzie kempingowej wielkości bagażnika w Maluchu i codziennie o 10:00 ruszamy wzdłuż wybrzeża z plecakami wyładowanymi po brzegi „Gazetą Wyborczą”, „Wprostem” i „Super Expresem”. Zwanym pieszczotliwie „Superkiem” przez plażowiczów, którym najbardziej do szczęścia potrzeba piwa i czapki z papieru. Jest zajebiście. Słońce, morze, nocleg za friko i regularny dopływ hajsu ze sprzedanych gazet. Chcę, to pracuję ciężej, nie chcę, to w środku dnia wykładam się na piasku i czytam, co tam słychać w wielkim świecie. Albo kładę plecak przy brzegu i wskakuję do wody. Jest zajebiście.

Mamy 19 lat. Po całym dniu fizycznej pracy i połowie nocy picia, nie czujemy zmęczenia. Nie mamy pytań w głowach, ani presji na barkach. Mamy przed sobą kolejny dzień. I kolejny. I kolejny. I kolejny. I tak do nieskończoności. Mamy przed sobą cały świat.

WSZYSTKO jest dopiero przed nami. A my to WSZYSTKO możemy.

30. urodziny: już nic nie mogę

„Zarobię milion przed trzydziestką, albo spalę się i zdechnę na pensji w jakimś Tesco z całą resztą” rapował mój idol z czasów nastoletnich, a ja wziąłem sobie te słowa bardzo do serca. Razem z połową pokolenia.

Gwiazdy YouTube’a, piosenkarze, twórcy popularnych aplikacji, to wszystko młodzi ludzie. Młodzi, czyli dwudziestokilkuletni. Większość osób promowanych w mediach, nawet jeśli jest starsza, to i tak udaje, że ma mniej. O 10, 20, 30, a w przypadku Wojewódzkiego o 45 lat mniej. Naciągają sobie twarze, przeszczepiają skórę i wiążą się z partnerami w wieku swoich dzieci albo wnuków, żeby oszukać czas. Żeby być wiecznie młodymi. Żeby wciąż mieć całe życie przed sobą.

W aktualnej narracji społecznej, przyjęło się, że dopóki nie masz trójki z przodu, jesteś jeszcze młody. A co się z tym wiąże, możesz odkrywać, próbować, szukać swojej drogi, mierzyć się z niepowodzeniami i odnosić porażki. Na wszystkich polach: w pracy, w relacjach damsko-męskich, w pomysłach na życie. Wolno Ci się mylić i eksperymentować. Sprawdzać pomysły na zarabianie pieniędzy i dochodzić do wniosku, że to jednak nie to, wprowadzać śmiałe rozwiązania i rezygnować z nich, gdy nie działają. Wolno Ci, choć im wyższa cyfra po dwójce, tym coraz mniej.

Wraz z przekroczeniem restrykcyjnej granicy 30. roku życia, nie jesteś już młody. Jesteś dorosły, dojrzały, stary. I powinieneś być rozsądny, poważny i ułożony. I mieć kolejne kilkadziesiąt lat życia rozrysowane od linijki. Najlepiej w postaci jednej wielkiej prostej. Wykonywać ten sam zawód, mieszkać w tym samym miejscu, jeść chleb z tym samym serem na śniadanie i już do usranej śmierci chodzić w tym samym modelu spodni. Bo skończyłeś trzy dychy i Główne Biuro Planowania Życia nie ma dla Ciebie już więcej talonów na zmianę. Koniec. Pani Marysia z urzędu zepchnęła Cię na Obwodnicę Dorosłości i nawet nie próbuj rozglądać się za zjazdami do Miasta Alternatywnych Wyborów.

Nie zarobiłeś miliona przed trzydziestką, to już nie zarobisz nigdy. Twój czas minął, do widzenia. Bierz łopatę i idź kopać rów monotonii jak reszta ludzi w Twoim wieku. W tym momencie możesz zmienić całe NIC.

Gówno prawda! Póki żyję, piłka jest w grze

Jasne, im więcej zmarszczek pod oczami, tym trudniej zostać modelką Victoria’s Secret. Kariery sportowca też nie można zacząć w dowolnym momencie, tylko zdecydowanie wcześniej niż później. Podobnie jest z decydowaniem się na dzieci, tu również po przekroczeniu pewnego pułapu czas działa na naszą niekorzyść.

Michał Wawrzyniak, szerzej znany jako Kołcz Majk, prowadzi podcast „Zawsze i wszędzie możesz wszystko”. I kłamie. Jak nie wierzysz, to spróbuj pooddychać pod wodą. Albo przekonać babcię, że nie jesteś głodny. Mimo że dużo bliższa jest mi wiara w swoje możliwości i w bycie krawcem własnego szczęścia, niż bierność i przekonanie, że na nic nie mamy wpływu, a naszym życiem rządzi przypadek, to nie da się ukryć, że nie jesteśmy bogami. Nie jesteśmy omnipotentni. Mamy ograniczenia. Jeśli nie fizyczne, to intelektualne. To jednak nie znaczy, że mamy się poddawać, zanim w ogóle spróbujemy.

Jeśli nie wyjdziesz na boisko, wynik meczu jest z góry ustalony. Przegrałeś. Jeśli podejmiesz próbę, to choćbyś miał 1% szans, to zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że wygrasz. I ta prawidłowość nie zmienia się wraz z wiekiem.

Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie nie spadają do 0 wraz z przekroczeniem granicy wiekowej narzuconej przez społeczeństwo. Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie spadają do 0 wraz z zaprzestaniem podejmowania prób.

Ray Kroc założył McDonald’sa mając 52 lata. Harland Sanders założył KFC mając 40 lat. Michał Szafrański zrezygnował z pracy na etacie i założył bloga przynoszącego mu milionowe zyski mając 39 lat, żonę i dwójkę dzieci. Bukowski też zdobył sławę i pieniądze mając już 4 dychy na karku. Po trzydziestce wciąż da się. Trzeba tylko działać. Bez działania faktycznie może być dość trudno.

Overnight success vs. mrówcza praca

„Overnight success” to amerykański termin, oznaczający błyskawiczny sukces jakiegoś przedsięwzięcia lub sytuację, kiedy ktoś bardzo szybko stał się popularny. W rzeczywistości overnight success nie istnieje. To, że my jako odbiorcy tak go postrzegamy, wynika wyłącznie z tego, że widzimy efekt, ale nie widzimy stojącej za nim pracy.

Facebook kupił Instagrama za miliard dolarów. MILIARD. Za jedynkę i dziewięć zer. Kosmiczną kwotę. Ludzie nie widzieli wszystkich przeszkód, które musieli pokonać twórcy: od kodowania po godzinach w garażu, przez rozwiązywanie dziesiątek problemów technicznych i prawnych, po czekanie, aż telefony z aparatem z obu stron będą na tyle popularne, by przeciętni użytkownicy mieli w ogóle po co instalować aplikację. Większość osób widziało tylko koniec tej drogi, czyli kasę.

Podobnie jest sukcesami muzycznymi, czy filmowymi. Media nie rozpisują się o tysiącach godzin spędzonych na próbach, szlifowaniu materiału po nocach i odmawianiu sobie wyjść z kolegami na piwo 4 razy w tygodniu. Piszą o tym, że ktoś dostał diamentową płytę albo Oscara. Ot, tak. A to nigdy nie jest ot, tak. To zawsze jest mrówcza praca bez gwarancji sukcesu. I to niezależnie ile masz lat.

Sześć zer, chciałbym kiedyś zrobić sześć zer

Nuci Taco Hemingway na drugiej legalnej płycie. A za nim pół pokolenia. Żyjemy w dobie kultu pieniądza, który chcemy mieć, głównie dlatego, że inni go mają.

Każdy wie, że chciałby zarobić milion, ale mało kto wie po co. Po cholerę mu on tak naprawdę? Na podróż dookoła świata? Na własne mieszkanie? Na otworzenie swojej knajpy? Czy na kupienie sobie 1579 par butów, które za kilka sezonów i tak już będą niemodne? Nawet jeśli to ostatnie, to i tak spoko, że cel istnieje i jest konkretny, ale mam wrażenie, że jako społeczeństwo chcemy pieniędzy dla samego ich posiadania. Nie po to, by coś zrobić, by rozkręcić swój biznes, czy sfinansować wielkie marzenie. Dlatego, że taki jest trend. Inni chcą je mieć, więc ja też powinienem.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką i nie wiem, czy zarobię go po. Nie wiem, czy w ogóle jest mi potrzebny. Wiem za to doskonale co chcę robić, i mimo że jako autor powieści zaczynam w zasadzie od zera, to jakie to tak naprawdę ma znaczenie? Przecież jeszcze nie umieram.

17 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

Skip to entry content

Wakacje mają to do siebie, że gdy w końcu przyjdą, to najczęściej przelatują jak F16 i zanim człowiek się obróci, żeby na nie popatrzeć, to już ich nie ma. Przynajmniej tak to wygląda, kiedy już nie możesz spędzać całego lipca i sierpnia na włóczeniu się z kumplami po mieście, bo chodzisz do pracy.  Zresztą, w czasach szkolnych też bywało, że nie zdążyłem dobrze rozpakować tornistra po zakończeniu roku, a już trzeba było szukać cyrkla i ekierki, bo wrzesień przyszedł.

Nic tak nie boli jak niewykorzystana okazja, zmarnowany czas i pryszcz na tyłku. Dziś postaram się pomóc w dwóch z tych trzech przypadków i podsunąć kilka pomysłów, dzięki którym, gdy za 1,5 miesiąca do Polski znów przyjdzie zima, będziesz czuł się trochę mniej źle. Bo nie dojdzie do Ciebie, że jedyne letnie atrakcje, z których skorzystałeś, to smród potu w komunikacji miejskiej i zapalenie gardła od klimatyzacji w biurze.

Przed Tobą 16 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

1. Pojedź na festiwal muzyczny! Sam zrobiłem to pierwszy raz dopiero w 2013 roku i gorzko żałuję, że nie wcześniej. Wyjazd na festiwal, zwłaszcza w większej ekipie, to trochę takie kolonie dla dorosłych, tylko bez ciszy nocnej i przechodzenia po balkonach do pokoju dziewczyn. Kiedy wracasz po takim weekendzie, też chcesz się wpisać wszystkim poznanym ludziom do złotych myśli i spotkać z nimi za rok.

2. Ugotuj sobie garnek bobu! I go zjedz!

3. Pójdź na seans w kinie plenerowym! Dla mnie to esencja lata w mieście, leżaki na trawie albo na piasku, otwarta przestrzeń, świeże powietrze, piwo bezalkoholowe w jednej dłoni i papieros beznikotynowy w drugiej, i dobry film. I możliwość kontynuowania wieczoru w plenerze od razu po seansie.

4. Spędź popołudnie na kocu w parku! Kocowanie daje szczęście niezależnie, czy chcesz zrobić piknik, poczytać w spokoju książkę, czy pograć ze znajomymi w planszówki. To takie wyjście na plażę, tylko bez piasku w majtkach po powrocie.

5. Zmień się! Wakacje od zawsze kojarzyły mi się z jakąś ingerencją w swój wizerunek. Albo wracałem z nad morza z tribalem na ramieniu, albo zieloną farbą na włosach, albo łysy. Wszystkie te zmiany były oczywiście w pełni odwracalne, nie mniej to było naprawdę ciekawe, zobaczyć się w nowym świetle.

6. Zobacz wschód słońca! Bez znaczenia, czy specjalnie wstaniesz na niego w środku nocy, czy po prostu nie pójdziesz spać. Dobry punkt widokowy i czujesz, że cały świat jest Twój!

7. Zakochaj się! Ja wiem, że łatwo powiedzieć, ale trudniej przekonać samego siebie, że po 30-tce to jeszcze w ogóle możliwe. Ale kiedy, jak nie teraz, gdy temperatura przypomina, że potrafiłeś być otwarty i beztroski, a portfel klepie po ramieniu i daje znać, że możesz sobie pozwolić na nieco więcej, niż spacer po parku?

8. Idź popływać! Wakacje bez pływania w zalewnie, jeziorze, czy choćby otwartym basenie, to nie wakacje. Pakuj slipy i dawaj nad wodę! Pływanie nago w blasku księżyca liczy się dwukrotnie.

9. Wyjdź na miasto i wróć nad ranem! W kraju, w którym zima trwa od 6 do 9 miesięcy, wypada celebrować każdy moment, kiedy da się wyjść z domu bez kalesonów. A nieskorzystanie z okazji, gdy o 5 rano jest wyższa temperatura niż o 2 popołudniu przez większość roku, to grzech. Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, ale starzeją się dlatego, że przestają się bawić.

10. Jedz owoce! Truskawki ze śmietaną, czereśnie garściami, maliny z lodami, jeżyny z cukrem, jagody prosto z krzaka i arbuz. Dużo arbuza.

11. Zrób ognisko! Jeśli nie w głębokim lesie, to chociaż pod miastem. Nic tak nie uspokaja jak trzask palącego się drewna i ogień rozświetlający ciemność. Dorzuć do tego harcerskie piosenki, coś dobrego na patyku i gwiazdy na niebie, i masz przepis na tabletkę szczęścia.

12. Wyjedź na weekend bez telefonu! I to wcale nie musi być daleko. Na dobrą sprawę wystarczyłby wypad do sąsiedniej dzielnicy. Świat ma do zaoferowania naprawdę sporo, zwłaszcza, gdy rośliny nie są przysypane śniegiem, a kobiety kożuchami. Czasem tylko trudno to zauważyć. Bo perspektywę przesłania Ci wibrujący co 15 sekund prostokąt.

14. Idź się poopalać! Ja wiem, że szkodliwe promienie UV i w ogóle skóra się szybciej starzej. Wiem. Serio. Ale wiem też, że gdy rozbierasz się do kąpieli i ściągając bokserki widzisz gwałtowną zmianę kolorów, to człowiek uśmiecha się sam do siebie.

15. Zmęcz się! Aktywnością na świeżym powietrzu. Kajaki, piłka plażowa, zośka, rower i rolki, tylko czekają, żeby dać Ci endorfinowego kopa, po którym poczujesz się jak młody bóg. Niezależnie od wieku.

16. Prześpij się pod namiotem! Metraż o powierzchni dwóch osób leżących bokiem? Ściany przepuszczające każdy, nawet najcichszy hałas? Naturalny budzik w postaci promieni słonecznych robiących z Twojej sypialni saunę? Tak, to właśnie zew młodości.

17. Przeczytaj książkę, którą ciągle odkładałeś na później! Później jest właśnie teraz, a jeszcze później może być koniec świata. Lepiej nie ryzykować.

Gdyby z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu tą książką byli „Lunatycy”, to mam dobrą wiadomość. Masz ostatnie 24 godziny, żeby zamówić ją nie płacąc za koszt wysyłki! Wystarczy, że wchodząc na www.Lunatycy.com w miejscu na kod rabatowy wpiszesz „LATO2018„. Taki prezent ode mnie na dobre wakacje. Przepraszam, na zajebiste wakacje!