Close
Close

Gnocchi, jalapeno, mojito – dobry Boże, jak to wymówić?

Skip to entry content

Kto nigdy nie czuł się jak na memie z nosaczem sundajskim próbując poprawnie wymówić nazwę zagranicznej potrawy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sam kiedyś łamałem sobie język, próbując przekazać kelnerowi, że prosiłbym pizzę bez jalapeno, aż w końcu wziąłem mielonego z ziemniakami. Nie mówiąc już o wizytach w orientalnych knajpach, gdzie najbezpieczniej jest zamówić wodę. Dla wszystkich, którzy chcieliby mieć jednak nieco większy wybór niż gazowana albo bez bąbelków, przygotowałem małą ściągę.

Gnoczi? Dżalapeno? Modżajto? Proseczio? Poniżej poprawne wymowy dań i trunków, które robią dobrze brzuszkowi, ale źle aparatowi mowy.

Mojito – kubański drink na bazie białego rumu z syropem cukrowym, limonką, miętą, wodą gazowaną i kruszonym lodem. Poprawna wymowa to „mohito”, aczkolwiek polska prześmiewcza wariacja na jej temat, czyli „modżajto”, tak mocno weszła w popkulturę, że aż doczekała się dedykowanego profilu na Facebooku – „jedno modżajto dla mojej świni”. Oczywiście nie chodzi o upijanie zwierząt.

Wasabi – chrzan japoński. Kurewsko ostry. To znaczy dla mnie, bo mam kolegów, którzy są w stanie wysmarować nim cała rolkę sushi i połknąć bez uronienia ani jednej łezki, w momencie kiedy ja potrzebowałbym kontenera chusteczek i cysterny wody. Wasabi wymawiamy „łasabi”.

Penne – jak to mawiała mojej świętej pamięci babcia: po prostu rurki. Chyba nie ma Polaka, który by nie jadł tego typu makaronu i nigdy nie przeczytał jego nazwy wyrzucając jedno „n”. Co jest wpadką na poziomie Kaczyńskiego, twierdzącego, że marihuany nie robi się z konopi, bo „pene”, to po włosku penis. Niesmaczne, co? Osobiście nie próbowałem, ale warto zapamiętać, że mówimy „peNNe„.

Chardonnay – hardonej? Hardonaj? Hannah Montana? Blisko, odmiana winorośli, z której robi się wina białe i musujące to „szardone”.

Gnocchi – włoskie kopytka, które z niewiadomego powodu nazywane są makaronem. Mnie nie łapią ani za serce, a tym bardziej za żołądek, ale mają swoich prawdziwych psychofanów, którzy piszą o nich całe piosenki. Jeśli chciałbyś zamówić je w restauracji, powiedz „poproszę niokki”.

Pho – wietnamski rosół, w którym zakochałem się niestety bez wzajemności. W Warszawie są już sieciówki serwujące ten specjał, w Krakowie niby gdzieś tam można znaleźć, ale raczej średniawka i bez podjazdu do oryginalnej. Nie mówiąc o cenach. Zupę z makaronem ryżowym i parzoną wołowiną wymawiamy „fo”.

Fondue – akcja wymyślona przez szwajcarskich górali, polegająca na zatapianiu w garnku z gorącym serem pieczywa albo warzyw. Z czasem ewoluowała też do wersji na słodko, w której ser zastępuje roztopiona czekolada, a zamiast warzyw topi się owoce. W obu wersjach „fądi” jest bardzo pierwsza klasa.

Jalapeno – gwóźdź programu, papryczki, które wykręcają język dwa razy. Pierwszy – kiedy chcesz je zamówić, i drugi – kiedy masz je już w ustach. Kiedy dowiedziałem się, że ich poprawna wymowa, to nie dżalapeno, ani żelipapą, tylko „halapenio”, kamień spadł mi z serca. Już wiedziałem jak prosić o usunięcie składnika, po którym muszę się bunkrować w toalecie.

Curaçao – jak byłem w liceum, to curaçao na imprezie było jak jedzenie na imprezie. Nikt nie mógł uwierzyć, że faktycznie jest i każdy chciał się zaprzyjaźnić z jego właścicielem. Nazwa tego 30-procentowego likieru ze skórek pomarańczy, pochodzi od wyspy Curaçao u wybrzeży Wenezueli i jej poprawna wymowa to „kurasau”. Co zupełnie nie przeszkadzało nam, żeby czytać ją „kurakao” i profanować trunek, pijąc czysty z gwinta.

Prosciutto crudo – królowa szynek! „Prosziutto krudo”, jest surowa i suszona. I oczywiście włoska.

Beaujolais – region we Francji będący zarazem nazwą produkowanego tam rodzaju czerwonego wina burgundzkiego. Dopóki nie zgooglowałem tematu, nawet nie próbowałem wymawiać na głos, bo w życiu nie wpadłbym na to, że „beaujolais” czyta się „bożole”.

Foie gras – cholernie drogi francuski pasztet z kaczych i gęsich wątróbek. Jak będziesz po wypłacie, to proś w Piotrze i Pawle o „fłagra”.

Paella – mistrzowski hiszpański specjał na bazie podsmażanego ryżu z szafranem. Gdy pierwszy raz zjadłem paellę z krewetkami w Barcelonie, popłakałem się ze szczęścia. W dużej mierze dlatego, że po godzinie odbijania się od zamkniętych drzwi, w końcu znaleźliśmy otwartą knajpę w trakcie siesty. O tym, że wymawia się „paeja”, dowiedziałem się dopiero czekając na samolot powrotny.

Prosecco – ambrozja klasy średniej, podawana w weekendy do śniadań w hipsterskich warszawskich knajpach. Po polsku: wytrawne wino musujące. Podobnie jak z „modżajto”, część osób celowo śmieje się z burżujstwa dla mas mówiąc „proseczio”, przy czym właściwe brzmienie to „prosekko”.

To tyle ode mnie, ale jak chcecie coś dorzucić do listy, to śmiało.

(niżej jest kolejny tekst)

12
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
Jan FavreZuzaMarcinKasiaKasiaEmilia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jan
Gość
Jan

Warto nadmienić, że nie zamawia się „expesso” tylko „espresso”. Do cholery.

Mila
Gość
Mila

Jak pracowałam w gastro to miałam taką koleżankę kelnerkę, co pracując we włoskiej knajpie zamiast penne mówiła „peni” a na caffe mocha mówiła „kafe mocza”. Potem już nikt nie pamiętał jak dziewczyna ma na imię, bo wszyscy wołali na nią Mocza :D

Zuza
Gość

No uwielbiam te Twoje teksty! Ale na tej liście zdecydowanie brakuje włoskiej bruschetty :D

Justyna
Gość
Justyna

Prosciutto curdo to szynka suszona na słońcu i wietrze, a Prosciutto cotto to szynka gotowana!!
Smaczna różnica. :)

Zosia
Gość
Zosia

Fondue ma jeszcze trzecia wersje, w rozgrzanym tluszczu kapiesz miesko! sama radosc”

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką. No, trudno

Skip to entry content

Wakacje po maturze: mogę wszystko

Jest środek lipca, siedzimy w trójkę na plaży w Niechorzu i z plastikowych kubków pijemy kakao Puchatek zalane Starogardzką i mlekiem. Kilka lat później będę niedowierzał, że byłem w stanie wziąć taki syf do ust, ale teraz połykamy jeden miks za drugim. Nektar bogów. Dochodzi 19:00, słońce już nie praży jak w środku dnia, ale dalej jest ciepło. Przyjemnie ciepło. Zresztą, nawet, gdyby nie było, to przecież cały czas mamy tę wódkę. Ostatnia rodzina z dziećmi schodzi zejściem do miasta, za chwilę na plaży będziemy już tylko my. My, mewy i szum fal.

Przyjechaliśmy tu sprzedawać gazety. Śpimy w budzie kempingowej wielkości bagażnika w Maluchu i codziennie o 10:00 ruszamy wzdłuż wybrzeża z plecakami wyładowanymi po brzegi „Gazetą Wyborczą”, „Wprostem” i „Super Expresem”. Zwanym pieszczotliwie „Superkiem” przez plażowiczów, którym najbardziej do szczęścia potrzeba piwa i czapki z papieru. Jest zajebiście. Słońce, morze, nocleg za friko i regularny dopływ hajsu ze sprzedanych gazet. Chcę, to pracuję ciężej, nie chcę, to w środku dnia wykładam się na piasku i czytam, co tam słychać w wielkim świecie. Albo kładę plecak przy brzegu i wskakuję do wody. Jest zajebiście.

Mamy 19 lat. Po całym dniu fizycznej pracy i połowie nocy picia, nie czujemy zmęczenia. Nie mamy pytań w głowach, ani presji na barkach. Mamy przed sobą kolejny dzień. I kolejny. I kolejny. I kolejny. I tak do nieskończoności. Mamy przed sobą cały świat.

WSZYSTKO jest dopiero przed nami. A my to WSZYSTKO możemy.

30. urodziny: już nic nie mogę

„Zarobię milion przed trzydziestką, albo spalę się i zdechnę na pensji w jakimś Tesco z całą resztą” rapował mój idol z czasów nastoletnich, a ja wziąłem sobie te słowa bardzo do serca. Razem z połową pokolenia.

Gwiazdy YouTube’a, piosenkarze, twórcy popularnych aplikacji, to wszystko młodzi ludzie. Młodzi, czyli dwudziestokilkuletni. Większość osób promowanych w mediach, nawet jeśli jest starsza, to i tak udaje, że ma mniej. O 10, 20, 30, a w przypadku Wojewódzkiego o 45 lat mniej. Naciągają sobie twarze, przeszczepiają skórę i wiążą się z partnerami w wieku swoich dzieci albo wnuków, żeby oszukać czas. Żeby być wiecznie młodymi. Żeby wciąż mieć całe życie przed sobą.

W aktualnej narracji społecznej, przyjęło się, że dopóki nie masz trójki z przodu, jesteś jeszcze młody. A co się z tym wiąże, możesz odkrywać, próbować, szukać swojej drogi, mierzyć się z niepowodzeniami i odnosić porażki. Na wszystkich polach: w pracy, w relacjach damsko-męskich, w pomysłach na życie. Wolno Ci się mylić i eksperymentować. Sprawdzać pomysły na zarabianie pieniędzy i dochodzić do wniosku, że to jednak nie to, wprowadzać śmiałe rozwiązania i rezygnować z nich, gdy nie działają. Wolno Ci, choć im wyższa cyfra po dwójce, tym coraz mniej.

Wraz z przekroczeniem restrykcyjnej granicy 30. roku życia, nie jesteś już młody. Jesteś dorosły, dojrzały, stary. I powinieneś być rozsądny, poważny i ułożony. I mieć kolejne kilkadziesiąt lat życia rozrysowane od linijki. Najlepiej w postaci jednej wielkiej prostej. Wykonywać ten sam zawód, mieszkać w tym samym miejscu, jeść chleb z tym samym serem na śniadanie i już do usranej śmierci chodzić w tym samym modelu spodni. Bo skończyłeś trzy dychy i Główne Biuro Planowania Życia nie ma dla Ciebie już więcej talonów na zmianę. Koniec. Pani Marysia z urzędu zepchnęła Cię na Obwodnicę Dorosłości i nawet nie próbuj rozglądać się za zjazdami do Miasta Alternatywnych Wyborów.

Nie zarobiłeś miliona przed trzydziestką, to już nie zarobisz nigdy. Twój czas minął, do widzenia. Bierz łopatę i idź kopać rów monotonii jak reszta ludzi w Twoim wieku. W tym momencie możesz zmienić całe NIC.

Gówno prawda! Póki żyję, piłka jest w grze

Jasne, im więcej zmarszczek pod oczami, tym trudniej zostać modelką Victoria’s Secret. Kariery sportowca też nie można zacząć w dowolnym momencie, tylko zdecydowanie wcześniej niż później. Podobnie jest z decydowaniem się na dzieci, tu również po przekroczeniu pewnego pułapu czas działa na naszą niekorzyść.

Michał Wawrzyniak, szerzej znany jako Kołcz Majk, prowadzi podcast „Zawsze i wszędzie możesz wszystko”. I kłamie. Jak nie wierzysz, to spróbuj pooddychać pod wodą. Albo przekonać babcię, że nie jesteś głodny. Mimo że dużo bliższa jest mi wiara w swoje możliwości i w bycie krawcem własnego szczęścia, niż bierność i przekonanie, że na nic nie mamy wpływu, a naszym życiem rządzi przypadek, to nie da się ukryć, że nie jesteśmy bogami. Nie jesteśmy omnipotentni. Mamy ograniczenia. Jeśli nie fizyczne, to intelektualne. To jednak nie znaczy, że mamy się poddawać, zanim w ogóle spróbujemy.

Jeśli nie wyjdziesz na boisko, wynik meczu jest z góry ustalony. Przegrałeś. Jeśli podejmiesz próbę, to choćbyś miał 1% szans, to zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że wygrasz. I ta prawidłowość nie zmienia się wraz z wiekiem.

Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie nie spadają do 0 wraz z przekroczeniem granicy wiekowej narzuconej przez społeczeństwo. Twoje szanse na sukces w danej dziedzinie spadają do 0 wraz z zaprzestaniem podejmowania prób.

Ray Kroc założył McDonald’sa mając 52 lata. Harland Sanders założył KFC mając 40 lat. Michał Szafrański zrezygnował z pracy na etacie i założył bloga przynoszącego mu milionowe zyski mając 39 lat, żonę i dwójkę dzieci. Bukowski też zdobył sławę i pieniądze mając już 4 dychy na karku. Po trzydziestce wciąż da się. Trzeba tylko działać. Bez działania faktycznie może być dość trudno.

Overnight success vs. mrówcza praca

„Overnight success” to amerykański termin, oznaczający błyskawiczny sukces jakiegoś przedsięwzięcia lub sytuację, kiedy ktoś bardzo szybko stał się popularny. W rzeczywistości overnight success nie istnieje. To, że my jako odbiorcy tak go postrzegamy, wynika wyłącznie z tego, że widzimy efekt, ale nie widzimy stojącej za nim pracy.

Facebook kupił Instagrama za miliard dolarów. MILIARD. Za jedynkę i dziewięć zer. Kosmiczną kwotę. Ludzie nie widzieli wszystkich przeszkód, które musieli pokonać twórcy: od kodowania po godzinach w garażu, przez rozwiązywanie dziesiątek problemów technicznych i prawnych, po czekanie, aż telefony z aparatem z obu stron będą na tyle popularne, by przeciętni użytkownicy mieli w ogóle po co instalować aplikację. Większość osób widziało tylko koniec tej drogi, czyli kasę.

Podobnie jest sukcesami muzycznymi, czy filmowymi. Media nie rozpisują się o tysiącach godzin spędzonych na próbach, szlifowaniu materiału po nocach i odmawianiu sobie wyjść z kolegami na piwo 4 razy w tygodniu. Piszą o tym, że ktoś dostał diamentową płytę albo Oscara. Ot, tak. A to nigdy nie jest ot, tak. To zawsze jest mrówcza praca bez gwarancji sukcesu. I to niezależnie ile masz lat.

Sześć zer, chciałbym kiedyś zrobić sześć zer

Nuci Taco Hemingway na drugiej legalnej płycie. A za nim pół pokolenia. Żyjemy w dobie kultu pieniądza, który chcemy mieć, głównie dlatego, że inni go mają.

Każdy wie, że chciałby zarobić milion, ale mało kto wie po co. Po cholerę mu on tak naprawdę? Na podróż dookoła świata? Na własne mieszkanie? Na otworzenie swojej knajpy? Czy na kupienie sobie 1579 par butów, które za kilka sezonów i tak już będą niemodne? Nawet jeśli to ostatnie, to i tak spoko, że cel istnieje i jest konkretny, ale mam wrażenie, że jako społeczeństwo chcemy pieniędzy dla samego ich posiadania. Nie po to, by coś zrobić, by rozkręcić swój biznes, czy sfinansować wielkie marzenie. Dlatego, że taki jest trend. Inni chcą je mieć, więc ja też powinienem.

Nie zarobiłem miliona przed trzydziestką i nie wiem, czy zarobię go po. Nie wiem, czy w ogóle jest mi potrzebny. Wiem za to doskonale co chcę robić, i mimo że jako autor powieści zaczynam w zasadzie od zera, to jakie to tak naprawdę ma znaczenie? Przecież jeszcze nie umieram.

17 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

Skip to entry content

Wakacje mają to do siebie, że gdy w końcu przyjdą, to najczęściej przelatują jak F16 i zanim człowiek się obróci, żeby na nie popatrzeć, to już ich nie ma. Przynajmniej tak to wygląda, kiedy już nie możesz spędzać całego lipca i sierpnia na włóczeniu się z kumplami po mieście, bo chodzisz do pracy.  Zresztą, w czasach szkolnych też bywało, że nie zdążyłem dobrze rozpakować tornistra po zakończeniu roku, a już trzeba było szukać cyrkla i ekierki, bo wrzesień przyszedł.

Nic tak nie boli jak niewykorzystana okazja, zmarnowany czas i pryszcz na tyłku. Dziś postaram się pomóc w dwóch z tych trzech przypadków i podsunąć kilka pomysłów, dzięki którym, gdy za 1,5 miesiąca do Polski znów przyjdzie zima, będziesz czuł się trochę mniej źle. Bo nie dojdzie do Ciebie, że jedyne letnie atrakcje, z których skorzystałeś, to smród potu w komunikacji miejskiej i zapalenie gardła od klimatyzacji w biurze.

Przed Tobą 16 rzeczy, które warto zrobić w wakacje, żeby były zajebiste!

1. Pojedź na festiwal muzyczny! Sam zrobiłem to pierwszy raz dopiero w 2013 roku i gorzko żałuję, że nie wcześniej. Wyjazd na festiwal, zwłaszcza w większej ekipie, to trochę takie kolonie dla dorosłych, tylko bez ciszy nocnej i przechodzenia po balkonach do pokoju dziewczyn. Kiedy wracasz po takim weekendzie, też chcesz się wpisać wszystkim poznanym ludziom do złotych myśli i spotkać z nimi za rok.

2. Ugotuj sobie garnek bobu! I go zjedz!

3. Pójdź na seans w kinie plenerowym! Dla mnie to esencja lata w mieście, leżaki na trawie albo na piasku, otwarta przestrzeń, świeże powietrze, piwo bezalkoholowe w jednej dłoni i papieros beznikotynowy w drugiej, i dobry film. I możliwość kontynuowania wieczoru w plenerze od razu po seansie.

4. Spędź popołudnie na kocu w parku! Kocowanie daje szczęście niezależnie, czy chcesz zrobić piknik, poczytać w spokoju książkę, czy pograć ze znajomymi w planszówki. To takie wyjście na plażę, tylko bez piasku w majtkach po powrocie.

5. Zmień się! Wakacje od zawsze kojarzyły mi się z jakąś ingerencją w swój wizerunek. Albo wracałem z nad morza z tribalem na ramieniu, albo zieloną farbą na włosach, albo łysy. Wszystkie te zmiany były oczywiście w pełni odwracalne, nie mniej to było naprawdę ciekawe, zobaczyć się w nowym świetle.

6. Zobacz wschód słońca! Bez znaczenia, czy specjalnie wstaniesz na niego w środku nocy, czy po prostu nie pójdziesz spać. Dobry punkt widokowy i czujesz, że cały świat jest Twój!

7. Zakochaj się! Ja wiem, że łatwo powiedzieć, ale trudniej przekonać samego siebie, że po 30-tce to jeszcze w ogóle możliwe. Ale kiedy, jak nie teraz, gdy temperatura przypomina, że potrafiłeś być otwarty i beztroski, a portfel klepie po ramieniu i daje znać, że możesz sobie pozwolić na nieco więcej, niż spacer po parku?

8. Idź popływać! Wakacje bez pływania w zalewnie, jeziorze, czy choćby otwartym basenie, to nie wakacje. Pakuj slipy i dawaj nad wodę! Pływanie nago w blasku księżyca liczy się dwukrotnie.

9. Wyjdź na miasto i wróć nad ranem! W kraju, w którym zima trwa od 6 do 9 miesięcy, wypada celebrować każdy moment, kiedy da się wyjść z domu bez kalesonów. A nieskorzystanie z okazji, gdy o 5 rano jest wyższa temperatura niż o 2 popołudniu przez większość roku, to grzech. Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, ale starzeją się dlatego, że przestają się bawić.

10. Jedz owoce! Truskawki ze śmietaną, czereśnie garściami, maliny z lodami, jeżyny z cukrem, jagody prosto z krzaka i arbuz. Dużo arbuza.

11. Zrób ognisko! Jeśli nie w głębokim lesie, to chociaż pod miastem. Nic tak nie uspokaja jak trzask palącego się drewna i ogień rozświetlający ciemność. Dorzuć do tego harcerskie piosenki, coś dobrego na patyku i gwiazdy na niebie, i masz przepis na tabletkę szczęścia.

12. Wyjedź na weekend bez telefonu! I to wcale nie musi być daleko. Na dobrą sprawę wystarczyłby wypad do sąsiedniej dzielnicy. Świat ma do zaoferowania naprawdę sporo, zwłaszcza, gdy rośliny nie są przysypane śniegiem, a kobiety kożuchami. Czasem tylko trudno to zauważyć. Bo perspektywę przesłania Ci wibrujący co 15 sekund prostokąt.

14. Idź się poopalać! Ja wiem, że szkodliwe promienie UV i w ogóle skóra się szybciej starzej. Wiem. Serio. Ale wiem też, że gdy rozbierasz się do kąpieli i ściągając bokserki widzisz gwałtowną zmianę kolorów, to człowiek uśmiecha się sam do siebie.

15. Zmęcz się! Aktywnością na świeżym powietrzu. Kajaki, piłka plażowa, zośka, rower i rolki, tylko czekają, żeby dać Ci endorfinowego kopa, po którym poczujesz się jak młody bóg. Niezależnie od wieku.

16. Prześpij się pod namiotem! Metraż o powierzchni dwóch osób leżących bokiem? Ściany przepuszczające każdy, nawet najcichszy hałas? Naturalny budzik w postaci promieni słonecznych robiących z Twojej sypialni saunę? Tak, to właśnie zew młodości.

17. Przeczytaj książkę, którą ciągle odkładałeś na później! Później jest właśnie teraz, a jeszcze później może być koniec świata. Lepiej nie ryzykować.

Gdyby z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu tą książką byli „Lunatycy”, to mam dobrą wiadomość. Masz ostatnie 24 godziny, żeby zamówić ją nie płacąc za koszt wysyłki! Wystarczy, że wchodząc na www.Lunatycy.com w miejscu na kod rabatowy wpiszesz „LATO2018„. Taki prezent ode mnie na dobre wakacje. Przepraszam, na zajebiste wakacje!