Close
Close

Jak odmówić alkoholu, gdy ktoś truje Ci tyłek?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Grupą Żywiec, w ramach akcji Trzymaj Pion, promującej odpowiedzialne spożywanie alkoholu

Z odmawianiem alkoholu jest jak z mówieniem w obcym języku. Żeby to umieć, trzeba się tego nauczyć.

Moje pokolenie wychowało się w kulturze, w której, gdy ktoś Cię częstuje jedzeniem lub piciem, to w dobrym tonie jest podziękować i to spożyć. Przez co wielokrotnie jedliśmy rzeczy, na które za bardzo nie mieliśmy ochoty, w ilościach, które przekraczały naturalne zapotrzebowanie naszego organizmu. Bo przecież jak się idzie w gości, to nie jesteś ważny Ty, Twoje potrzeby i Twoje samopoczucie, tylko gospodarze. I to, czy ich przypadkiem nie urazisz, odmawiając czegoś, co Ci proponują.

W efekcie, od najmłodszych lat, byliśmy uczeni, że asertywność, to zła cecha.

Od spirytusu w baniakach do czasowej abstynencji

Wiele osób opowiada o tym, ile jest w stanie wypić, jakby to był faktycznie powód do dumy. Dla mnie to osiągnięcie na poziomie polizania sobie łokcia – super, że to potrafisz, ale w sumie, to co z tego?

W drugiej klasie liceum, kiedy większość znajomych kończyła 18 lat, wpadliśmy w wir imprez urodzinowych. Nieważne było, czyja to była osiemnastka, ani czy w ogóle znaliśmy tę osobę. W zasadzie, jeśli nic nas nie łączyło z solenizantem, to nawet lepiej, bo nie musieliśmy kupować prezentu. Chodziło tylko o to, żeby odbić zaproszenie na ksero albo przejść za plecami bramkarzy i wejść do klubu. Byleby tylko dostać się do środka i się napić. A był to taki czas, że piliśmy naprawdę wszystko. Od drogich trunków, po spirytus z 5-litrowych baniaków po wodzie mineralnej, w zależności, od tego jak gruby portfel mieli rodzice organizatora imprezy.

To był maraton. Każdego tygodnia w piątek, sobotę, a czasem nawet i niedzielę, chodziliśmy do tych samych klubów, żeby tańczyć, osuszać wszystko, co nam wpadło w ręce i klepnąć kogoś pasem w tyłek o północy. Pisząc to z dzisiejszej perspektywy, zastanawiam się jak w ogóle byłem w stanie wydolić kondycyjnie, ale wtedy działo się to zupełnie bezproblemowo i przede wszystkim wcale nie czułem, żebym przeginał. Mimo to, wpadłem na szalony pomysł. Jeszcze bardziej szalony niż przebieg i zakończenia tych osiemnastek. Brzmiał mniej więcej tak: a co, gdybym całkowicie przestał pić i przez kolejne kilka miesięcy chodził na imprezy zupełnie na trzeźwo?

Z racji, że od wczesnych lat byłem człowiekiem czynu, jak pomyślałem, tak zrobiłem i przez pół roku nie tknąłem alkoholu. Odkrywając świat nastoletnich melanży na nowo. Bo wejście na sucho do miejsca, w którym setka osób jest w takim stanie, że za chwilę do chodzenia będzie używać rąk, było nieznanym mi wcześniej doświadczeniem.

To, jak taka impreza wygląda z perspektywy osoby niepijącej i do jakich refleksji skłania, to temat na zupełnie inny tekst. Dziś chcę powiedzieć o tym, co mnie w tej sytuacji najbardziej irytowało. Nie był to fakt, że ja byłem trzeźwy, bo zupełnie nie mam problemu z zabawą bez używek – tańczenie, śpiewanie, czy rozmowa z obcymi ludźmi, nie jest dla mnie jakimś wyzwaniem. Nie wkurzało mnie też, że inni byli pod wpływem. Wiem, że zazwyczaj to jest problem, gdy jesteś otoczony ludźmi przebywającymi w trochę innej rzeczywistości, ale mnie chyba udzielał się ich klimat, bo na luzie znajdowałem z nimi wspólny język.

To co mnie notorycznie wkurwiało, gdy nie piłem na imprezach – i wkurwia nadal, gdy wypiję kilka piw i nie mam ochoty na więcej – to nachalne namawianie. Naprawdę, mało rzeczy mnie tak podminowuje, jak naciskanie, żebym pił, kiedy jasno i wyraźnie mówię: NIE. A w tamtym okresie miało to miejsce non stop.

Lubię w zasadzie każdy alkohol poza wódką, ale lubię go pić na własnych zasadach. Nie dlatego, że wypada się go napić i że ktoś oczekuje, że będę to robił. Piję wyłącznie, gdy mam ochotę i tylko tyle, na ile mam ochotę. Traktuję alkohol jako dodatek do wydarzeń, a nie ich główną treść, jednak nie wiem, czy byłoby to możliwe, gdybym tak wcześnie nie nauczył się asertywności w tym temacie.

We wcześniej wspomnianych czasach licealnych – ale również na studiach – przerobiłem setki sytuacji, w których jakieś pijane typy próbowały wmusić we mnie alko, używając argumentów od „ze mną się nie napijesz?”, po „jak nie pijesz to jesteś pizda!”. I cieszę się, że w ramach akcji organizowanej przez Grupę Żywiec, dotyczącej odpowiedzialnego spożywania alkoholu – Trzymaj Pion – mogę opowiedzieć o tym, jak sobie z nimi radzić.

Czemu ludzie namawiają Cię do picia alkoholu?

„Jeśli nie poznasz swego wroga, lecz poznasz siebie, jedną bitwę wygrasz, a drugą przegrasz” ,jak to powiedział Sun Tzu, autor „Sztuki wojny”. Dlatego właśnie najpierw zajmiemy się osobą, którą mamy pokonać, czyli człowiekiem, który próbuje wepchnąć w nas kolejnego browara. Czemu chce to zrobić? Co nim kieruje? I skąd jego problemy ze słuchem?

a) polska gościnność – część osób nie daje za wygraną słysząc „nie, dziękuję”, bo jest przekonana, że w głębi ściskanego kurtuazją serduszka, chętnie byś jeszcze wypił i z pół litra, ale dobre wychowanie każe Ci odmówić, by nie wyjść na zachłannego. Gospodarz z kolei czuje się w obowiązku napchania Cię po sam korek, bo co to by był za wstyd, jakby się rozniosło, że pożałował Ci gorzałki i wyszedłeś od niego zawiedziony. Średniowieczne tradycje najważniejsze.

b) boją się, że będziesz ich oceniał, bo oni są pijani, a Ty nie – to taki paradoks, bo z jednej strony, ludzie, którzy potrzebują się napić, żeby się bawić, uważają, że z procentami zabawa jest lepsza niż bez, a z drugiej, czują, że trzeźwym okiem może to wyglądać mniej kolorowo niż w ich głowach. Dlatego zależy im, żebyś Ty też się porobił, bo wtedy będziecie jechać na jednym wózku. I nie będzie ryzyka, że w Twojej zdystansowanej ocenie, ich super melanżowa faza będzie żałosna.

c) boją się, że będziesz psuł zabawę na trzeźwo – to też dotyczy osób, które bez walnięcia ćwiary nie wejdą na parkiet, bo siara, ani nie zgadają do kogoś kogo nie znają, bo już w ogóle przypał roku i lepiej pogapić się w telefon. Postrzegają innych przez swoją perspektywę i boją się, że jak nie wlewasz w siebie jednego za drugim, to będziesz Człowiekiem Poważną Miną spinającym atmosferę. A przecież przyszli się tu bawić.

W każdej z tych sytuacji, to że już nie chcesz pić, jest problemem. Ale ich problemem, a nie Twoim, więc nie powinieneś się tym przejmować.

Jak skutecznie odmówić alkoholu, gdy nie masz ochoty pić?

Wiemy skąd wziął się problem, poznaliśmy wroga, czas przejść do sedna, czyli jak odmówić alkoholu na imprezie? Zarówno w momencie, kiedy przyjąłeś go tyle, że Ci wystarczy, jak i w sytuacji, kiedy w ogóle nie masz na niego ochoty?

a) białe kłamstwo – opcja dla mniej asertywnych, którzy od dzieciństwa słyszeli, że nie wypada odmawiać gospodarzowi, bo może być mu przykro lub z innych powodów mają problem z mówieniem „nie”. Zazwyczaj, jeśli powiesz, że: jesteś chory; bierzesz antybiotyki; przyjechałeś samochodem; jutro z samego rana ruszasz w długą podróż; jesteś w ciąży; to raczej nikt nie będzie drążył tematu. Przyjmie do wiadomości i da Ci spokój. No, chyba, że jesteś facetem, a wybrałeś ostatni wariant. Wtedy faktycznie mogą pojawić się pytania.

b) kawa na ławę – powiedzenie wprost, że czujesz się dobrze i nie potrzebujesz dzisiejszego wieczoru już więcej alko, załatwia sprawę, gdy masz zdrowych znajomych, nie rozwiązujących własnych problemów przez chlanie. Jeśli ktoś nie potrzebuje się upijać, by poczuć się dobrze, nie naciska też na innych, by to robili. Gorzej jeśli trafiasz na wesele i nie masz wokół siebie swojej ekipy, tylko ludzi z przypadku. Wtedy zdarza się, że to nie działa.

c) zbycie tematu żartem – kiedy zawodzi szczerość, bywa, że sprawdza się metoda na rozbawiciela. Hasło typu: „nie polewaj mi więcej, bo zacznę opowiadać o tym, czym się zajmuję w pracy i wszyscy pouciekają” albo „po alkoholu robię się królem miłości, a obiecałem żonie, że nie będę już więcej przyprowadzał obcych mężczyzn w środku nocy” powinno uciąć temat. Śmiech jest dobrym sposobem łagodzenia wszystkich konfliktów, poza tymi między komikami.

d) odbicie piłeczki – często osoby uporczywie namawiające do chlania na umór, dokładają do tego ładunek emocjonalny. Mówią „ze mną się nie napijesz?”, sugerując, że Twoja odmowa sprawi im przykrość, albo „weź nie zamulaj i nie rób stypy na melanżu”, stwierdzając wprost, że Twoje niepicie ma negatywny wpływ na resztę. W takim wypadku można odbić piłeczkę mówiąc, że to Tobie jest przykro, że nie szanuje Ciebie i Twoich granic, i zmusza Cię do zrobienia czegoś, czego nie chcesz. Ewentualnie wyjechać z czymś mocniejszym w stylu: „nie zachowuj się jak baran, bo wstydzę się, że muszę być z tobą na jednej imprezie”. Super kumplami pewnie nie zostaniecie, ale przynajmniej da sobie siana.

e) metoda zdartej płyty – to był mój główny sposób na 4-tym roku studiów, kiedy mieszkałem w akademiku i nie piłem przez kilka miesięcy. Imprezy były średnio co drugi dzień i nie widziałem powodu, czemu miałbym z nich rezygnować, więc chodziłem na wszystkie posiadówy w pokojach, spontany na korytarzach i biby w klubowych piwnicach. I dzień po dniu powtarzałem „dzięki, ale nie piję”. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko, i w kółko, aż po 2-3 miesiącach ludzie w końcu to zakodowali w swoich głowach i odpuścili. Niestety, to wariant długoterminowy. W przypadku jednego wieczoru, z osobami, które potrzebują pić do oporu, najprawdopodobniej będziesz toczył niekończącą się dyskusję pod tytułem „ale jak to, nie chcesz?”.

Przestań spotykać się z ludźmi, którzy nie rozumieją słowa „nie”

Najskuteczniejsze rozwiązanie, które polecam nie tylko w kwestii używek, ale wszystkich sytuacji, kiedy ktoś Cię naciska i zmusza do przesuwania Twoich granic.

Po co Ci ludzie, którzy nie szanują Ciebie i Twoich decyzji? Jeśli za każdym razem musisz tłumaczyć, że 2-3 piwa Ci wystarczą i nie masz potrzeby ładowania w siebie alko aż do zgonu, to najwyraźniej nie nadajecie na tych samych falach. Lepiej znaleźć osoby, które nie mają problemu z tym, że chcesz się bawić na swoich zasadach, niż męczyć się z kimś, kto notorycznie chce Cię uszczęśliwiać na siłę. Lepiej dla Ciebie.

Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi, w Polsce prawie 40 milionów, Ty z kolei jesteś tylko jeden. Bądź egoistą, wybieraj to, co dobre dla Ciebie.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Czego uczy nas przedawkowanie narkotyków przez Mac Millera?

Skip to entry content

W piątek poinformowano o śmierci Mac Millera, jednego z popularniejszych białych amerykańskich raperów, który zaczął karierę muzyczną jeszcze jako nastolatek. Zmarł w wieku 26 lat w swojej willi w Los Angeles po przedawkowaniu kodeiny. Fani przez cały weekend opłakiwali odejście swojego idola, przy okazji obwiniając za tę tragedię jego byłą partnerkę – Arianę Grandę – która, według ich teorii, kończąc związek z raperem miała tym samym pchnąć go w objęcia narkotyków. Inni muzycy z kolei apelowali do swoich fanów o niećpanie, przekonując, że używki są złe.

Zaczął się nowy tydzień, symboliczna minuta ciszy minęła, więc można już wrócić do normalności. I w kolejny weekend znów być wykonawcą gloryfikującym w swojej twórczości stan odurzenia się lub słuchaczem, wierzącym, że bez blancika z rana nie ma sensu zaczynać dnia.

Podejrzewam, że ksywa gościa z nagłówka większości z Was nic nie mówi, a nawet, gdyby mówiła, to przecież nie jest on jednym z Waszych bliskich, żebyście jakoś specjalnie przeżywali jego odejście. Mimo to, zachęcam Was do pochylenia się nad jego śmiercią, a raczej nad wydarzeniami, które do niej doprowadziły i tłem tej historii. W czasach, w których sławę i pieniądze przedstawia się jako główną drogę do szczęścia, zgon celebryty z przedawkowania narkotyków, może nas wszystkich nauczyć kilku rzeczy.

Pieniądze szczęścia nie gwarantują

Niby oczywistość, do momentu, aż w internecie pod artykułem o jakiejś gwieździe nie trafisz na komentarz typu „jakie ona może mieć problemy jak ma tyle pieniędzy?”. No, może. Może mieć w chuj problemów z Urzędem Skarbowym i jeszcze więcej ze zdrowiem psychicznym. Michael Jackson za swój majątek mógł kupić wszystkie prawa do komedii romantycznych z Karolakiem i je spalić, a mimo to nie był szczęśliwym człowiekiem. Kurt Cobain również nie musiał chodzić do Biedronki z kalkulatorem w ręce, a mimo to, skończył tak jak skończył.

Brak pieniędzy potrafi dać w kość, ale ich dostatek wcale nie sprawia, że automatycznie jesteś wolny od zmartwień.

Więcej ludzi wokół Ciebie, nie oznacza większego zainteresowania Tobą

Dla milionów fanów jesteś awatarem, z którym chcą sobie zrobić tylko zdjęcie, dla kolegów po fachu konkurencją, a dla współpracowników maszynką do robienia pieniędzy. Człowiekiem najczęściej jesteś wyłącznie dla najbliższej rodziny i garstki przyjaciół, choć jeśli żyjesz w Stanach, a karierę zacząłeś jeszcze jako dziecko, to tak naprawdę dla nikogo. To, że pierdyliard ludzi śledzi na Instagramie, co jadłeś na śniadanie i jak wyglądasz z uszami psa, nie znaczy, że masz z kim pogadać i nie czujesz się samotny. Znaczy wyłącznie, że jesteś obserwowany.

Każdego dnia.

Związek nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów

W zasadzie to żadnych, poza dylematem z kim spędzić Walentynki.

Mac Miller przez 2 lata był w związku z Arianą Grandę, ultra popularną popową piosenkarką. Śliczna i utalentowana. Faceci kierujący się wyłącznie powierzchownością przy wyborze partnerki stwierdziliby, że z taką to konie kraść i poza familijną paczką prezerwatyw, nic więcej od życia już nie potrzebują. Dziewczyny studiujące eksternistycznie cytaty o miłości na Demotywatorach, doszłyby do podobnych wniosków.

Patrząc na to z boku, można by zapytać: co mogło pójść nie tak? Odpowiedź jest prostsza niż droga spod Bagateli do Mariackiego: wszystko.

Jeśli wnosisz do związku depresję i uzależnienie od narkotyków, to naprawdę, wszystko może pójść nie tak. Bycie z osobą, która pociąga Cię intelektualnie i rozumie na poziomie emocjonalnym jest super. Naprawdę, mało rzeczy na świecie jest w stanie przebić taką więź dusz. Tyle, że nawet jeśli zajebiście się rozumiecie, to to nie sprawi, że bagaż, który niesiesz, nagle zniknie. Partnerka może pomóc Ci się go pozbyć, kierując Cię na terapię i wspierając w trudnych chwilach, ale nie zdematerializuje go siłą woli. A tym bardziej nie powinna próbować nieść go razem z Tobą, bo jedyne czym to się skończy, to wpakowaniem się przez nią w to samo gówno, w którym tkwisz Ty.

Dlatego obwinianie Ariany Grande przez fanów Mac Millera za jego śmierć jest absurdalne i dowodzi tylko niewiedzy z zakresu terapii uzależnień.

Uciekanie od życia nie sprawia, że radzimy sobie z nim lepiej

Narkotyki, alkohol, media społecznościowe, seriale, seks, zakupy stymulują nas. Wciągają. Przenoszą w inny świat. Każdy raz na jakiś czas potrzebuje odskoczni, zapomnienia o codzienności i nie ma w tym nic złego. Złe jest wpadanie w uzależnienie. Zastępowanie tego co realne, tym co urojone. Jeśli notorycznie brniesz przez życie na haju, bo na trzeźwo wszystko Cię przerasta, to prędzej, czy później trafiasz na przeszkodę, której nie jesteś w stanie pokonać w żadnym stanie. Ani odurzony, ani czysty. I przelatujesz przez barierkę dachując na poboczu.

Im dłużej korzystasz z bocznych kółek do rowerka w postaci używek, tym trudniej Ci pedałować bez nich. Uzależnienie jest dobrym kompanem na drodze życiowej, tylko pod warunkiem, że zamierzasz iść naprawdę krótko.

Czego tak naprawdę uczy nas śmierć Mac Miller?

Niezależnie ile mamy pieniędzy, jak sławni jesteśmy i z jak topowymi modelkami sypiamy, jeśli nie zrobimy czegoś, by rozwiązać nasze problemy, to same się nie rozwiążą. Będą się kumulować do chwili, aż nie będziemy w stanie ich unieść, a później nas przygniotą. I całkiem możliwe, że zabiją.

Jeśli jest coś, co Ci ciąży, przesłania słońce i odbiera szczęście, to idź na terapię. Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli zarobi na Tobie psychoterapeuta, a nie producent trumien.

Gnocchi, jalapeno, mojito – dobry Boże, jak to wymówić?

Skip to entry content

Kto nigdy nie czuł się jak na memie z nosaczem sundajskim próbując poprawnie wymówić nazwę zagranicznej potrawy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Sam kiedyś łamałem sobie język, próbując przekazać kelnerowi, że prosiłbym pizzę bez jalapeno, aż w końcu wziąłem mielonego z ziemniakami. Nie mówiąc już o wizytach w orientalnych knajpach, gdzie najbezpieczniej jest zamówić wodę. Dla wszystkich, którzy chcieliby mieć jednak nieco większy wybór niż gazowana albo bez bąbelków, przygotowałem małą ściągę.

Gnoczi? Dżalapeno? Modżajto? Proseczio? Poniżej poprawne wymowy dań i trunków, które robią dobrze brzuszkowi, ale źle aparatowi mowy.

Mojito – kubański drink na bazie białego rumu z syropem cukrowym, limonką, miętą, wodą gazowaną i kruszonym lodem. Poprawna wymowa to „mohito”, aczkolwiek polska prześmiewcza wariacja na jej temat, czyli „modżajto”, tak mocno weszła w popkulturę, że aż doczekała się dedykowanego profilu na Facebooku – „jedno modżajto dla mojej świni”. Oczywiście nie chodzi o upijanie zwierząt.

Wasabi – chrzan japoński. Kurewsko ostry. To znaczy dla mnie, bo mam kolegów, którzy są w stanie wysmarować nim cała rolkę sushi i połknąć bez uronienia ani jednej łezki, w momencie kiedy ja potrzebowałbym kontenera chusteczek i cysterny wody. Wasabi wymawiamy „łasabi”.

Penne – jak to mawiała mojej świętej pamięci babcia: po prostu rurki. Chyba nie ma Polaka, który by nie jadł tego typu makaronu i nigdy nie przeczytał jego nazwy wyrzucając jedno „n”. Co jest wpadką na poziomie Kaczyńskiego, twierdzącego, że marihuany nie robi się z konopi, bo „pene”, to po włosku penis. Niesmaczne, co? Osobiście nie próbowałem, ale warto zapamiętać, że mówimy „peNNe„.

Chardonnay – hardonej? Hardonaj? Hannah Montana? Blisko, odmiana winorośli, z której robi się wina białe i musujące to „szardone”.

Gnocchi – włoskie kopytka, które z niewiadomego powodu nazywane są makaronem. Mnie nie łapią ani za serce, a tym bardziej za żołądek, ale mają swoich prawdziwych psychofanów, którzy piszą o nich całe piosenki. Jeśli chciałbyś zamówić je w restauracji, powiedz „poproszę niokki”.

Pho – wietnamski rosół, w którym zakochałem się niestety bez wzajemności. W Warszawie są już sieciówki serwujące ten specjał, w Krakowie niby gdzieś tam można znaleźć, ale raczej średniawka i bez podjazdu do oryginalnej. Nie mówiąc o cenach. Zupę z makaronem ryżowym i parzoną wołowiną wymawiamy „fo”.

Fondue – akcja wymyślona przez szwajcarskich górali, polegająca na zatapianiu w garnku z gorącym serem pieczywa albo warzyw. Z czasem ewoluowała też do wersji na słodko, w której ser zastępuje roztopiona czekolada, a zamiast warzyw topi się owoce. W obu wersjach „fądi” jest bardzo pierwsza klasa.

Jalapeno – gwóźdź programu, papryczki, które wykręcają język dwa razy. Pierwszy – kiedy chcesz je zamówić, i drugi – kiedy masz je już w ustach. Kiedy dowiedziałem się, że ich poprawna wymowa, to nie dżalapeno, ani żelipapą, tylko „halapenio”, kamień spadł mi z serca. Już wiedziałem jak prosić o usunięcie składnika, po którym muszę się bunkrować w toalecie.

Curaçao – jak byłem w liceum, to curaçao na imprezie było jak jedzenie na imprezie. Nikt nie mógł uwierzyć, że faktycznie jest i każdy chciał się zaprzyjaźnić z jego właścicielem. Nazwa tego 30-procentowego likieru ze skórek pomarańczy, pochodzi od wyspy Curaçao u wybrzeży Wenezueli i jej poprawna wymowa to „kurasau”. Co zupełnie nie przeszkadzało nam, żeby czytać ją „kurakao” i profanować trunek, pijąc czysty z gwinta.

Prosciutto crudo – królowa szynek! „Prosziutto krudo”, jest surowa i suszona. I oczywiście włoska.

Beaujolais – region we Francji będący zarazem nazwą produkowanego tam rodzaju czerwonego wina burgundzkiego. Dopóki nie zgooglowałem tematu, nawet nie próbowałem wymawiać na głos, bo w życiu nie wpadłbym na to, że „beaujolais” czyta się „bożole”.

Foie gras – cholernie drogi francuski pasztet z kaczych i gęsich wątróbek. Jak będziesz po wypłacie, to proś w Piotrze i Pawle o „fłagra”.

Paella – mistrzowski hiszpański specjał na bazie podsmażanego ryżu z szafranem. Gdy pierwszy raz zjadłem paellę z krewetkami w Barcelonie, popłakałem się ze szczęścia. W dużej mierze dlatego, że po godzinie odbijania się od zamkniętych drzwi, w końcu znaleźliśmy otwartą knajpę w trakcie siesty. O tym, że wymawia się „paeja”, dowiedziałem się dopiero czekając na samolot powrotny.

Prosecco – ambrozja klasy średniej, podawana w weekendy do śniadań w hipsterskich warszawskich knajpach. Po polsku: wytrawne wino musujące. Podobnie jak z „modżajto”, część osób celowo śmieje się z burżujstwa dla mas mówiąc „proseczio”, przy czym właściwe brzmienie to „prosekko”.

To tyle ode mnie, ale jak chcecie coś dorzucić do listy, to śmiało.