Close
Close

Ruszyła przedsprzedaż mojej nowej powieści!

Skip to entry content

Mija właśnie 7 lat odkąd założyłem bloga i rok odkąd wydałem własną powieść. Jaram się, że w tak piękną rocznicę, mogę Ci powiedzieć, że właśnie oddałem do druku nową książkę!

Przy pierwszej powieści musiałem udowodnić, że potrafię napisać coś dłuższego niż felieton do sieci na 6 000 znaków. „Lunatycy” mieli ich aż 610 000. Przy drugiej, że mam do opowiedzenia więcej niż jedną historię. „To tylko seks” przedstawiania losy 7 bohaterów – 3 mężczyzn i 4 kobiet.

Czego możesz się spodziewać po tej książce? Zapisu doby wyrwanej bez znieczulenia z życia Krakowa.

Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów. Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy? Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Jeśli brzmi intrygująco i chcesz poznać więcej szczegółów, to zapraszam na www.ToTylko.pl – w ramach przedsprzedaży cena jest niższa o 9,90zł (koszt wysyłki kurierem), a każdy zamówiony egzemplarz zostanie opatrzony moim podpisem (oczywiście, jeśli ktoś życzy sobie bez, to również do zrobienia).

Beng!

(niżej jest kolejny tekst)

10
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
MartaWojciechJan FavreUrszulaMarcin Kamyk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin Kamyk
Gość

Zamówiłem. To będzie druga książka Twojego autorstwa na mojej półce. Dobra robota. Gratuluję.

Marta
Gość
Marta

Zamówiłam, po przeczytaniu „wersji demo” nie mogę się doczekać kuriera!

Zuza
Gość
Zuza

Janku na stronce jest napisane, że książka dotrze do mnie w jakiś tam konkretny dzień. Ale czy dotrze do mnie tak do mnie dotrze? Ostatnio zabieram się za książki i nie spełniają moich oczekiwań, sa zachwalane itd ale jak się do nich zabieram to niczym do mnie nie docierają. Lubię jak piszesz i kusi kupić Twoja ksiazke ale czy ona do mnie dotrze? Chciałabym posłuchać co Ty mówisz o tej książce a nie jacys ludzie których nawet z blogów nie kojarzę.. A może ten seks ma jednak przykuwac uwagę?

Urszula
Gość
Urszula

Czy ebook będzie jakoś wkrótce czy nie bardzo?

Czy „Kler” Smarzowskiego naprawdę masakruje Kościół?

Skip to entry content

„Kler” Smarzowskiego rozbił bank i zebrał prawie 1 000 000 widzów w weekend otwarcia. Szalony wynik, którego życzyłby sobie każdy polski twórca. Wiedziałem, że zainteresowanie filmem jest duże, ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że aż tak. Właśnie, zainteresowanie… Miałem wrażenie, że większość osób zdanie na temat „Kleru” wyrobiła sobie na długo przed premierą, a niektórzy w zasadzie w dniu, w którym reżyser zapowiedział, że będzie kręcił materiał o księżach.

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy apelowało o bojkot filmu, Radio Gdańsk wycofało się z przyznania mu nagrody, a w Ostrołęce, Gostynii i Pułtusku wstrzymano jego emisję w kinach. Przekaz medialny był dość jednoznaczny: Smarzowski zrobił zamach na księży, a „Kler” masakruje Kościół katolicki. Czy faktycznie tak jest?

No, nie do końca.

Patryk Vega w wersji light

Patryk Vega ma to do siebie, że gdy kręci film o jakiejś grupie zawodowej, to spisuje na jednej kartce wszystkie stereotypy z nią związane, na drugiej wszystkie żarty jakie pojawiły się na jej temat, a potem bierze leksykon wulgaryzmów i wrzuca to do blendera. A później wlewa zmiksowaną całość do foremki i pyk – ma gotowe pojedyncze sceny. W „Klerze” momentami też tak jest.

Mamy księdza pedofila, mamy księdza biznesmena, mamy księdza z rodziną na boku. Mamy heheszki i hasełka typu „oto wielka tajemnica wiary: złoto i dolary”, czy „chodzi o to, żeby zbierać, a nie zebrać i skończyć zbieranie”. Mamy wiele komediowych scen. I mamy oczywiście morze alkoholu, bo bez chlania na umór film by się nie udał. Na szczęście nie wychodzi z tego „Pitbull 9: faceci w czerni”, ani „Kobiety mafii: chłopaki w sukienkach”. Mimo zwiastuna i początku sugerującego, że tak będzie.

„Kler” nie jest zlepkiem przypadkowych scen, ma logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy i świetnych aktorów. Braciak z Gajosem błyszczą jak tabernakulum w Boże Ciało. Poza tym, w fabule jest jakaś głębsza myśl, jakiś cel wykraczający poza zszokowanie widza wszystkimi dostępnymi środkami. Jaki?

Ukazanie księży jako zwykłych ludzi

Dla mnie właśnie to jest sednem „Kleru”.

Z każdą minutą widzimy w Jakubiku, Więckiewiczu i Braciaku coraz mniej kapłana, a coraz więcej człowieka. Nie sługę bożego, a zwyczajną osobę, która może mieć chujowy dzień i chcieć schować się przed cały światem. Nie duszpasterza, a Andrzeja, który przeżył w dzieciństwie coś strasznego i ciągnie za sobą traumę jak kulę u nogi.

W filmie jest sporo życiowego syfu, ale przez to postacie na ekranie stają się nam bliższe. Kiedy zmagają się z codziennymi, przyziemnym problemami, kiedy ich wady wychodzą na pierwszy plan, łatwiej dostrzec w nich śmiertelników, a nie abstrakcyjne przedłużenie ręki Boga. Pod koniec seansu na jednych bohaterów byłem wściekły, ale drugich było mi naprawdę żal i jeśli miałbym postawić swoje emocje na szali, to raczej przechyliłaby się w tę drugą stronę.

Kościół katolicki dostaje po łbie jako organizacja, ale nie jako religia

„Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni” – mówi jedna z postaci i tym zdaniem można by podsumować cały film. Nikt tu nie zadaje pytań o to, czy wiara ma sens, ani czy Bóg istnieje. To nie jest jeden z tych tytułów, które naśmiewają się z religijności i stawiają Jezusa Chrystusa na półce w toalecie obok Latającego Potwora Spaghetti. Cały ciężar położony jest na patologii wewnątrz struktur organizacji kościelnej.

Księża przedstawieni są jako sprawnie działająca mafia. Gajos to Don Corleone, tyle że w sutannie i z nieco większym poczuciem humoru. W pewnym momencie człowiek, aż zaczyna czuć sympatię do jego postaci. Braciak, to Frank Underwood z „House of cards”, tylko z koloratką. W jego przypadku z kolei, można odczuć podziw, obserwując jak sprawnie przeprowadza kolejną manipulację, pociągając za odpowiednie sznurki.

Kolejne ustawione przetargi na budowę nowego kościoła, czy sanktuarium, naprawdę wciągają i chętnie obejrzałbym serial kryminalny osadzony w takich realiach.

***

Podsumowując: film nie jest czystym paszkwilem wyłącznie nastawionym na atak. „Kler” nie masakruje Kościoła i księży. „Kler” widzów z nimi oswaja.

Jak odmówić alkoholu, gdy ktoś truje Ci tyłek?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Grupą Żywiec, w ramach akcji Trzymaj Pion, promującej odpowiedzialne spożywanie alkoholu

Z odmawianiem alkoholu jest jak z mówieniem w obcym języku. Żeby to umieć, trzeba się tego nauczyć.

Moje pokolenie wychowało się w kulturze, w której, gdy ktoś Cię częstuje jedzeniem lub piciem, to w dobrym tonie jest podziękować i to spożyć. Przez co wielokrotnie jedliśmy rzeczy, na które za bardzo nie mieliśmy ochoty, w ilościach, które przekraczały naturalne zapotrzebowanie naszego organizmu. Bo przecież jak się idzie w gości, to nie jesteś ważny Ty, Twoje potrzeby i Twoje samopoczucie, tylko gospodarze. I to, czy ich przypadkiem nie urazisz, odmawiając czegoś, co Ci proponują.

W efekcie, od najmłodszych lat, byliśmy uczeni, że asertywność, to zła cecha.

Od spirytusu w baniakach do czasowej abstynencji

Wiele osób opowiada o tym, ile jest w stanie wypić, jakby to był faktycznie powód do dumy. Dla mnie to osiągnięcie na poziomie polizania sobie łokcia – super, że to potrafisz, ale w sumie, to co z tego?

W drugiej klasie liceum, kiedy większość znajomych kończyła 18 lat, wpadliśmy w wir imprez urodzinowych. Nieważne było, czyja to była osiemnastka, ani czy w ogóle znaliśmy tę osobę. W zasadzie, jeśli nic nas nie łączyło z solenizantem, to nawet lepiej, bo nie musieliśmy kupować prezentu. Chodziło tylko o to, żeby odbić zaproszenie na ksero albo przejść za plecami bramkarzy i wejść do klubu. Byleby tylko dostać się do środka i się napić. A był to taki czas, że piliśmy naprawdę wszystko. Od drogich trunków, po spirytus z 5-litrowych baniaków po wodzie mineralnej, w zależności, od tego jak gruby portfel mieli rodzice organizatora imprezy.

To był maraton. Każdego tygodnia w piątek, sobotę, a czasem nawet i niedzielę, chodziliśmy do tych samych klubów, żeby tańczyć, osuszać wszystko, co nam wpadło w ręce i klepnąć kogoś pasem w tyłek o północy. Pisząc to z dzisiejszej perspektywy, zastanawiam się jak w ogóle byłem w stanie wydolić kondycyjnie, ale wtedy działo się to zupełnie bezproblemowo i przede wszystkim wcale nie czułem, żebym przeginał. Mimo to, wpadłem na szalony pomysł. Jeszcze bardziej szalony niż przebieg i zakończenia tych osiemnastek. Brzmiał mniej więcej tak: a co, gdybym całkowicie przestał pić i przez kolejne kilka miesięcy chodził na imprezy zupełnie na trzeźwo?

Z racji, że od wczesnych lat byłem człowiekiem czynu, jak pomyślałem, tak zrobiłem i przez pół roku nie tknąłem alkoholu. Odkrywając świat nastoletnich melanży na nowo. Bo wejście na sucho do miejsca, w którym setka osób jest w takim stanie, że za chwilę do chodzenia będzie używać rąk, było nieznanym mi wcześniej doświadczeniem.

To, jak taka impreza wygląda z perspektywy osoby niepijącej i do jakich refleksji skłania, to temat na zupełnie inny tekst. Dziś chcę powiedzieć o tym, co mnie w tej sytuacji najbardziej irytowało. Nie był to fakt, że ja byłem trzeźwy, bo zupełnie nie mam problemu z zabawą bez używek – tańczenie, śpiewanie, czy rozmowa z obcymi ludźmi, nie jest dla mnie jakimś wyzwaniem. Nie wkurzało mnie też, że inni byli pod wpływem. Wiem, że zazwyczaj to jest problem, gdy jesteś otoczony ludźmi przebywającymi w trochę innej rzeczywistości, ale mnie chyba udzielał się ich klimat, bo na luzie znajdowałem z nimi wspólny język.

To co mnie notorycznie wkurwiało, gdy nie piłem na imprezach – i wkurwia nadal, gdy wypiję kilka piw i nie mam ochoty na więcej – to nachalne namawianie. Naprawdę, mało rzeczy mnie tak podminowuje, jak naciskanie, żebym pił, kiedy jasno i wyraźnie mówię: NIE. A w tamtym okresie miało to miejsce non stop.

Lubię w zasadzie każdy alkohol poza wódką, ale lubię go pić na własnych zasadach. Nie dlatego, że wypada się go napić i że ktoś oczekuje, że będę to robił. Piję wyłącznie, gdy mam ochotę i tylko tyle, na ile mam ochotę. Traktuję alkohol jako dodatek do wydarzeń, a nie ich główną treść, jednak nie wiem, czy byłoby to możliwe, gdybym tak wcześnie nie nauczył się asertywności w tym temacie.

We wcześniej wspomnianych czasach licealnych – ale również na studiach – przerobiłem setki sytuacji, w których jakieś pijane typy próbowały wmusić we mnie alko, używając argumentów od „ze mną się nie napijesz?”, po „jak nie pijesz to jesteś pizda!”. I cieszę się, że w ramach akcji organizowanej przez Grupę Żywiec, dotyczącej odpowiedzialnego spożywania alkoholu – Trzymaj Pion – mogę opowiedzieć o tym, jak sobie z nimi radzić.

Czemu ludzie namawiają Cię do picia alkoholu?

„Jeśli nie poznasz swego wroga, lecz poznasz siebie, jedną bitwę wygrasz, a drugą przegrasz” ,jak to powiedział Sun Tzu, autor „Sztuki wojny”. Dlatego właśnie najpierw zajmiemy się osobą, którą mamy pokonać, czyli człowiekiem, który próbuje wepchnąć w nas kolejnego browara. Czemu chce to zrobić? Co nim kieruje? I skąd jego problemy ze słuchem?

a) polska gościnność – część osób nie daje za wygraną słysząc „nie, dziękuję”, bo jest przekonana, że w głębi ściskanego kurtuazją serduszka, chętnie byś jeszcze wypił i z pół litra, ale dobre wychowanie każe Ci odmówić, by nie wyjść na zachłannego. Gospodarz z kolei czuje się w obowiązku napchania Cię po sam korek, bo co to by był za wstyd, jakby się rozniosło, że pożałował Ci gorzałki i wyszedłeś od niego zawiedziony. Średniowieczne tradycje najważniejsze.

b) boją się, że będziesz ich oceniał, bo oni są pijani, a Ty nie – to taki paradoks, bo z jednej strony, ludzie, którzy potrzebują się napić, żeby się bawić, uważają, że z procentami zabawa jest lepsza niż bez, a z drugiej, czują, że trzeźwym okiem może to wyglądać mniej kolorowo niż w ich głowach. Dlatego zależy im, żebyś Ty też się porobił, bo wtedy będziecie jechać na jednym wózku. I nie będzie ryzyka, że w Twojej zdystansowanej ocenie, ich super melanżowa faza będzie żałosna.

c) boją się, że będziesz psuł zabawę na trzeźwo – to też dotyczy osób, które bez walnięcia ćwiary nie wejdą na parkiet, bo siara, ani nie zgadają do kogoś kogo nie znają, bo już w ogóle przypał roku i lepiej pogapić się w telefon. Postrzegają innych przez swoją perspektywę i boją się, że jak nie wlewasz w siebie jednego za drugim, to będziesz Człowiekiem Poważną Miną spinającym atmosferę. A przecież przyszli się tu bawić.

W każdej z tych sytuacji, to że już nie chcesz pić, jest problemem. Ale ich problemem, a nie Twoim, więc nie powinieneś się tym przejmować.

Jak skutecznie odmówić alkoholu, gdy nie masz ochoty pić?

Wiemy skąd wziął się problem, poznaliśmy wroga, czas przejść do sedna, czyli jak odmówić alkoholu na imprezie? Zarówno w momencie, kiedy przyjąłeś go tyle, że Ci wystarczy, jak i w sytuacji, kiedy w ogóle nie masz na niego ochoty?

a) białe kłamstwo – opcja dla mniej asertywnych, którzy od dzieciństwa słyszeli, że nie wypada odmawiać gospodarzowi, bo może być mu przykro lub z innych powodów mają problem z mówieniem „nie”. Zazwyczaj, jeśli powiesz, że: jesteś chory; bierzesz antybiotyki; przyjechałeś samochodem; jutro z samego rana ruszasz w długą podróż; jesteś w ciąży; to raczej nikt nie będzie drążył tematu. Przyjmie do wiadomości i da Ci spokój. No, chyba, że jesteś facetem, a wybrałeś ostatni wariant. Wtedy faktycznie mogą pojawić się pytania.

b) kawa na ławę – powiedzenie wprost, że czujesz się dobrze i nie potrzebujesz dzisiejszego wieczoru już więcej alko, załatwia sprawę, gdy masz zdrowych znajomych, nie rozwiązujących własnych problemów przez chlanie. Jeśli ktoś nie potrzebuje się upijać, by poczuć się dobrze, nie naciska też na innych, by to robili. Gorzej jeśli trafiasz na wesele i nie masz wokół siebie swojej ekipy, tylko ludzi z przypadku. Wtedy zdarza się, że to nie działa.

c) zbycie tematu żartem – kiedy zawodzi szczerość, bywa, że sprawdza się metoda na rozbawiciela. Hasło typu: „nie polewaj mi więcej, bo zacznę opowiadać o tym, czym się zajmuję w pracy i wszyscy pouciekają” albo „po alkoholu robię się królem miłości, a obiecałem żonie, że nie będę już więcej przyprowadzał obcych mężczyzn w środku nocy” powinno uciąć temat. Śmiech jest dobrym sposobem łagodzenia wszystkich konfliktów, poza tymi między komikami.

d) odbicie piłeczki – często osoby uporczywie namawiające do chlania na umór, dokładają do tego ładunek emocjonalny. Mówią „ze mną się nie napijesz?”, sugerując, że Twoja odmowa sprawi im przykrość, albo „weź nie zamulaj i nie rób stypy na melanżu”, stwierdzając wprost, że Twoje niepicie ma negatywny wpływ na resztę. W takim wypadku można odbić piłeczkę mówiąc, że to Tobie jest przykro, że nie szanuje Ciebie i Twoich granic, i zmusza Cię do zrobienia czegoś, czego nie chcesz. Ewentualnie wyjechać z czymś mocniejszym w stylu: „nie zachowuj się jak baran, bo wstydzę się, że muszę być z tobą na jednej imprezie”. Super kumplami pewnie nie zostaniecie, ale przynajmniej da sobie siana.

e) metoda zdartej płyty – to był mój główny sposób na 4-tym roku studiów, kiedy mieszkałem w akademiku i nie piłem przez kilka miesięcy. Imprezy były średnio co drugi dzień i nie widziałem powodu, czemu miałbym z nich rezygnować, więc chodziłem na wszystkie posiadówy w pokojach, spontany na korytarzach i biby w klubowych piwnicach. I dzień po dniu powtarzałem „dzięki, ale nie piję”. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko, i w kółko, aż po 2-3 miesiącach ludzie w końcu to zakodowali w swoich głowach i odpuścili. Niestety, to wariant długoterminowy. W przypadku jednego wieczoru, z osobami, które potrzebują pić do oporu, najprawdopodobniej będziesz toczył niekończącą się dyskusję pod tytułem „ale jak to, nie chcesz?”.

Przestań spotykać się z ludźmi, którzy nie rozumieją słowa „nie”

Najskuteczniejsze rozwiązanie, które polecam nie tylko w kwestii używek, ale wszystkich sytuacji, kiedy ktoś Cię naciska i zmusza do przesuwania Twoich granic.

Po co Ci ludzie, którzy nie szanują Ciebie i Twoich decyzji? Jeśli za każdym razem musisz tłumaczyć, że 2-3 piwa Ci wystarczą i nie masz potrzeby ładowania w siebie alko aż do zgonu, to najwyraźniej nie nadajecie na tych samych falach. Lepiej znaleźć osoby, które nie mają problemu z tym, że chcesz się bawić na swoich zasadach, niż męczyć się z kimś, kto notorycznie chce Cię uszczęśliwiać na siłę. Lepiej dla Ciebie.

Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi, w Polsce prawie 40 milionów, Ty z kolei jesteś tylko jeden. Bądź egoistą, wybieraj to, co dobre dla Ciebie.