Close
Close

Nowy rok, nowy ja, nowa Ty. 2019 chwilę już trwa i podejrzewam, że większość postanowień noworocznych jest tam, gdzie pieniądze z pierwszej komunii. W przeszłości. To świetny moment, żeby przestać postanawiać i bez presji zacząć planować. Zmianę siebie, nowe pomysły na życie, rozwój firmy albo co zjeść w przyszłym tygodniu. Dobry plan najczęściej zaczyna się od dobrej inspiracji, dlatego dzisiaj mam ich dla Ciebie całą listę.

Oto 19 miejsc w internecie, w których warto być w 2019 roku. Czyli najlepsze wygrzewki, które albo poszerzą Ci horyzonty, albo pomogą biznesowo, albo zapalą wielką żarówkę w głowie. Czasem w kształcie znaku zapytania.

Worku z inspiracjami, rozwiąż się!

Dobrze Wszędzie – instastories

Olimpia na swoim Instagramie pokazuje jak ogarniać pracę zdalną i jak łączyć bycie freelancerem z ciągłymi podróżami, czego szczerze jej zazdroszczę. To jedno. Drugie to natomiast kopalnia pomysłów na to, co można zrobić z Instastories. Widząc jak kreatywnie wykorzystuje to narzędzie i w jak ciekawy sposób używa jego funkcji, momentami aż czuję się zawstydzony. Jeśli Twoja praca wiąże się z tworzeniem stories, powinieneś obserwować Dobrze Wszędzie.

Więcej Niż Oszczędzanie Pieniędzy – podcast

Jeśli moja mama wie o istnieniu jakiegoś człowieka z internetu, to znaczy, że nie trzeba go jakoś specjalnie przedstawiać i taką postacią zdecydowanie jest Michał Szafrański. Nie wszyscy jednak wiedzą, że poza blogiem prowadzi też podcast, w którym dla odmiany mówi o zarabianiu pieniędzy. Najczęściej w towarzystwie gości, którzy dla słuchacza są kopalnią pomysłów w tym temacie.

Ogarniamy seriale z Jakbyniepaczeć – grupa na Facebooku

Skończyłeś oglądać „Ostre przedmioty” i musisz z kimś pogadać o scenach po napisach? Mielisz w kółko drugi sezon „Westworld” szukając potwierdzenia, że Facet W Czerni jest hostem? Kolejny raz tweet BoJacka Horsemana doprowadził Cię do łez i nie masz z kim się tym podzielić? Wpadaj merytorycznie pogadać o serialowych rozkminach na facebookową grupę „Jakby nie paczeć”.

Maciej je – kanał na YouTube

Nie wiem, czy znam drugą tak czytelną nazwę. Maciej je i oprócz jedzenia też opowiada, i robi to w taki sposób, że po każdym odcinku jego vloga chcę założyć kanał „Jan je” i robić to samo. Niezależnie, czy jesteś gastroświrem, czy nie, czy właśnie zrzucasz masę, czy wręcz przeciwnie – ładujesz w siebie kalorie jakby jutra miało nie być, Maćka oglądać warto. Bo Maciek nie tylko pokaże szamkę, ale i podpowie, i wyjaśni.

Insta Repeat – profil na instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Insta Repeat (@insta_repeat)

Widzisz zjawiskowe zdjęcie na Insta i żal się Ci serce ściska, że Twoje foty nie są tak oryginalne? Nie martw się. To które oglądasz najprawdopodobniej też nie jest. Bo jak okazuje się, przeglądając profil Insta Repeat, wszystko już było. Wszystko. I to wielokrotnie. Genialny zbiór niemal identycznych zdjęć zrobionych przez kompletnie niepowiązanych ze sobą ludzi.

Marcin Osman – kanał na YouTube

Marcina Osmana często kojarzy się ze współpracy z Garym Vaynerchukiem i wydawania bardzo ciekawych książek z bardzo brzydkimi okładkami, jednak dla mnie to przede wszystkim świetny sprzedawca. Niezależnie czy sprzedajesz skarpetki, konsultacje marketingowe, pionowe żaluzje, czy siebie, na jego kanale znajdziesz sporo wiedzy podanej w bardzo przystępnej formie.

Kołem Się Toczy – kanał na YouTube

Gdyby w telewizji emitowano materiały na takim poziomie, to kupiłbym sobie telewizor. To co robi Karol w swoich relacjach z podróży, to czysty majstersztyk. Przepiękne ujęcia, genialny montaż i narracja, która zawstydzi niejednego speca od storytellingu. Po prostu jedno wielkie ŁOUŁ! Gdybym nie znał go osobiście, to chyba bym nie uwierzyłbym, że produkuje to w pojedynkę.

Pink Candy Room – grupa na Facebooku

Nie znam drugiego bardziej przyjaznego miejsca w sieci, w którym można by otwarcie porozmawiać na tematy związane z seksem. Tu nie ma tematów tabu, jest za to masa ciepła, wsparcia i gotowości do dzielenia się swoimi doświadczeniami. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak członkowie Pink Candy Room, to mielibyśmy wyłącznie szczęśliwe związki.

Alabasterfox – profil na Instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Adrianna Zielińska (@alabasterfox)

Alabasterfox pozycjonuje się jako specjalistka od Instagrama i przeglądając jej profil, nie ma wątpliwości, że jest to działanie w pełni adekwatne do sytuacji. Jej fotografie są ultra dopracowane zarówno pod kątem kompozycji, kadru, jak i kolorystyki, która jest niezwykle spójna. Co drugie jej zdjęcie to małe dzieło sztuki. Z potencjałem na duże po wydrukowaniu.

Jak wydać książkę? – grupa na Facebooku

Miejsce, które jest kopalnią wiedzy na temat rynku książkowego w Polsce. Są tu zarówno self-publisherzy, jak i ci wydający w modelu tradycyjnym, zawodowcy, jak i hobbyści. Niezależnie na jakim etapie tworzenia książki jesteś, znajdziesz odpowiedzi na dręczące Cię pytania. Sprawdziłem to empirycznie.

Nishka Movie – kanał na YouTube

Psychologia wciąż jest traktowana przez społeczeństwo dość po macoszemu, a psycholog nie jest kojarzony z osobą, która może Ci pomóc, w sytuacji z którą sobie nie radzisz. Bardziej z lekarzem dla wariatów. Natalia w swoich materiałach oswaja psychologię społeczną i wykorzystując codzienne przykłady udowadnia, że niezależnie, czy tego sobie życzymy, czy nie, działa na nas wszystkich. Nishka Movie to świetny start dla osób, które nie miały wcześniej styczności z tematem, a chcą być bardziej świadome siebie i wpływającego na nie otoczenia.

Bartek Popiel – profil prywatny

Jeśli prowadzisz swoją firmę i potrzebujesz porady, ale wszystkie biznesowe portale wydają Ci się odrzucająco nadęte, to zajrzyj do Bartka. W atmosferze rozmowy z sąsiadem na parkingu przekazuje bardzo konkretne wskazówki, dotyczące tego, co robić żeby było lepiej. I rozkłada cały proces na czynniki pierwsze, udowadniając, że to lepiej, to w praktyce, a nie tylko w teorii.

Imponderabilia – podcast

Najciekawszy polski podcast o niczym. Karol Paciorek w rozmowach ze znanymi i lubianymi potrafi przejść od wyboru alkoholu na imprezie do problemów geopolitycznych, nie tracąc uwagi słuchacza. To prawdziwa sztuka, zwłaszcza, gdy nie mówimy o kilkuminutowym gagu, tylko dwugodzinnym strumieniu świadomości. Maciej Orłoś nieudolnie próbuje naśladować ten format, ale musi jeszcze popracować nad warsztatem i wyzbyć się ignorancji.

Jedlingi w Krakowie – grupa na Facebooku

Temat lokalny, aczkolwiek warto dodać się na zaś, jak to mawiają poeci, na wypadek, gdybyś niespodziewanie wylądował w Krakowie i chciał zjeść coś zajebistego. Nowości ze świata gastro, rzetelne rekomendacje najlepszych miejscówek poparte fotami, wspólne wyjścia na testowanie knajp. Całość moderowana czujnym okiem dwóch gastrospecjalistek – Karoliny Milczanowskiej i Kasi Płacheckiej.

Michał Sadowski – profil na Instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michal Sadowski (@michaleksadowski)


Jest ktoś, kto działa w sieci zawodowo i nie zna Michała Sadowskiego i Brand24? Dobra, to szybkie wyjaśnienie dla tych dwóch osób: Brand24 to firma zajmująca się monitoringiem internetu, a Michał jest jej prezesem. I gdy akurat nie prezesuje, robi zdjęcia przyrody, które mogłyby się pojawić na wystawie World Press Photo. Po prostu kosmos! Człowiek ogląda te foty i jest w szoku, że świat naprawdę jest tak piękny.

Globstory – kanał na YouTube

Globstroy ma już 4 lata, ale ja odkryłem ten kanał dopiero miesiącu temu i jaram się nim jakbym to była świeżynka, więc pozostańmy w takiej narracji. Właśnie, narracja. Kaja tworzy kanał podróżniczy, ale opowiada o tym, co widziała i czego doświadczyła w taki sposób, że najczęściej nie patrzę na film, tylko zamykam oczy i jej słucham. Jej sposób wypowiedzi, głos i trudny do zdefiniowania urok, sprawiają, że w jej materiałach się przepada, a gdy się kończą, człowiek od razu włącza następny.

***

To tyle z moich rekomendacji miejsc w sieci, w których warto być w 2019 roku. Jeśli masz swoje perełki, które są dla Ciebie kopalnią inspiracji, to podrzuć w komentarzu.

(niżej jest kolejny tekst)

8
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
czytelniczka85DawidMarcin Kamyk KamińskiJan FavreTianzi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tianzi
Gość

…Nie tylko ja scrolluję teraz instarepeat w poszukiwaniu bliźniąt swojej twórczości, prawda?

Marcin Kamyk Kamiński
Gość

Dwie propozycje w tym zestawienia również znalazły się też kiedyś w moim. Podobny mamy gust milordzie.

Dawid
Gość
Dawid

Fajne zestawienie. Coś dla fanów sportu to polecam PracaSport.pl. Moje odkrycie w 2019 :)

czytelniczka85
Gość
czytelniczka85

Maciej je najlepiej oglądać po kolacji, jak już człowiek porządnie najedzony. Polecam kanał Maksymalnie i Sprawdzam Jak, a z podróżniczych Feather and Wind.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Przestań żreć i zacznij żyć, grubasie! Przecież to takie proste…

Skip to entry content

Od jakiegoś czasu na przystankach można zobaczyć poniższe plakaty, które są elementem akcji „Jedz ostrożnie”. I nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś kampania społeczna tak podzieliła ludzi. Chyba ta z 2013 roku twierdząca, że Zespół Downa jest jak plama na koszuli. Chociaż wtedy podział był wyłącznie miedzy twórcami hasła i odbiorcami. Teraz reakcje są skrajne również w tej drugiej grupie i sam wśród bliskich znajomych mam osoby, z którymi nie zgadzam się odnośnie tego, czy to dobra akcja.

Wyróżnienie – Anna Gawron, Dariusz Ogrodowczyk

Opublikowany przez Outdoor jest Cool! AMS Środa, 14 listopada 2018

Wyróżnienie – Karolina Lubaszko

Opublikowany przez Outdoor jest Cool! AMS Środa, 14 listopada 2018

Zwolennicy mówią, że hasło jest trafione, w punkt i że ludźmi trzeba potrząsnąć, bo inaczej się nie ockną.

Przeciwnicy, że to policzek dla wszystkich otyłych osób i plakaty bardziej piętnują, niż zachęcają do zmiany.

Jak odbieram przekaz plakatów „Ż(r)yj!” jako osoba, która mogłaby być ich adresatem? Z jednej strony lubię mocne komunikaty i uważam, że faktycznie do niektórych się nie dotrze bez wytoczenia ciężkich dział. Z drugiej, gdybym teraz ważył te prawie 100 kilo, sterczał na przystanku i czekał na tramwaj, czując się w swoim ciele i zimowych ciuchach jak wał przeciwpowodziowy, a plakat krzyczałby do mnie, że mam przestać żreć i zacząć żyć, to chyba bym się popłakał.

Rzadko kiedy jest tak, że grubi ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że są grubi i jakiś element przestrzeni publicznej musi ich o tym uświadomić. Oni to wiedzą, serio. Tak jak człowiek mający metr sześćdziesiąt wie, że nie jest Yao Mingiem. Nie trzeba mu o tym przypominać plakatami na mieście. Wystarczy, że wsiądzie do autobusu i spróbuje złapać się uchwytu nad jego głową. Jeśli ktoś dotarł w swoim życiu do momentu, gdy plaża jest dla niego bardziej powodem do zmartwień niż radości, to raczej potrzebuje pomocy ze wskazówkami jak schudnąć, niż uderzenia w policzek z okrzykiem „przestań żreć!”.

Obżarstwo, brak kontroli nad przyjmowanym pokarmem, uzależnienie od tłuszczu, trudności w zrzuceniu nadwagi, to problemy mające swoje podłoże w psychice. Zewnętrzny objaw wewnętrznych problemów. I oprócz wizyt u dietetyka często wymagają również psychoterapii. Czego główni zainteresowani równie często nie wiedzą i nie dowiedzą się. Przynajmniej nie z kampanii, która w teorii ma im pomóc. Bo ta mówi im, że po prostu mają przestać żreć. I tyle. To tak, jakby zrobić akcję skierowaną do osób z depresją z komunikatem „przestań mieć depresję i ciesz się życiem!”. Super, tylko jak to zrobić? Od czego zacząć? Do kogo się zwrócić? Jak? Jak? Jak? Cholera, jak?

Tu nie chodzi o to, żeby utwierdzać ludzi w przekonaniu, że jeśli łatwiej ich przeskoczyć niż obejść, to wszystko jest w porządku i nie ma się czym przejmować. Jest. Jak najbardziej powinno się coś z tym zrobić, przede wszystkim w trosce o własne zdrowie i powie to każdy lekarz. Dlatego trzeba tym ludziom pomóc, ale realnie – kierując do specjalistów, a nie tylko pozornie – przypominając im, że mają problem.

Plakaty „Ż(r)yj!” nie otworzą oczu ludziom z nadwagą, mogą za to być profilaktyką dla osób, które jeszcze nie mają, ale mogłyby mieć problem z otyłością. A w zasadzie nie profilaktyką, tylko groźbą: jeśli nie będziesz kontrolować tego, co jesz, zostaniesz grubasem wyśmiewanym na przystankach. O takie kampanie społeczne walczyłem.

Na koniec najcięższa broń zwolenników tej akcji: jak po Polsce były porozklejane plakaty „Papierosy są do dupy”, to nikt nie miał pretensji. Zgadza się, tyle, że przekaz mówił „papierosy są do dupy”, a nie „palacze są do dupy”. Analogicznie, tu powinno być „tłuszcz jest do dupy”, a nie „tłuściochy są do dupy”, widać różnicę? To raz. Dwa, nawet jeśli jesteś uzależniony od nikotyny, papierosa możesz schować, gdy kogoś spotkasz albo nie palić, kiedy jesteś poza domem, żeby nikt nie widział, że jesteś do dupy. Nadwagi nie schowasz przed ludźmi, możesz jedynie siebie. Możesz schować się w swoim mieszkaniu przed plakatem, który Cię policzkuje i zamówić jedzenie na dowóz, żeby poprawić sobie humor.

A chyba nie o to chodzi, co?

autorami plakatu w nagłówku są Anna Gawron i Dariusz Ogrodowczyk

O tym jak dobiłem do 99 kilogramów, a potem schudłem 13

Skip to entry content

Wychowałem się na muzyce promującej samostanowienie o sobie, nasiąkając przekazem motywacyjnym od 6 klasy podstawówki. Moim pierwszym idolem byłem Eminem, jednym z kolejnych Peja – osoby, których życiorysy są gotowym scenariuszem na film „od zera do bohatera”. Żywe przykłady, że od każdego dna można odbić się tak mocno, że doleci się do gwiazd. Nie jestem jakimś coachingowym świrem, po prostu od zawsze wierzyłem, że to ja jestem osobą, która ma największy wpływ na moje życie i ponosi za nie odpowiedzialność. Dlatego nie rozumiałem dlaczego ludzie otyli nie chudną, mimo że teoretycznie chcą. Przecież jeśli ktoś nie chce być gruby, wystarczy że po prostu się ogarnie i będzie mniej jeść. Co to za problem?

Zrozumiałem, kiedy dobiłem do 99 kilogramów żywej wagi.

Ale po kolei.

Młody Jan

Ani w dzieciństwie, ani w szeroko rozumianej młodości (która w moim mniemaniu wciąż trwa, ale umownie przyjmijmy, że to okres do rzucenia studiów), nigdy nie miałem problemów z nadwagą. Jako dzieciak byłem szczupły, jako nastolatek byłem szczupły, a na samym początku studiów byłem przeraźliwie chudy. Odkąd przestałem rosnąć ważyłem plus minus 80 kilogramów, co było adekwatne do moich 180 centymetrów wzrostu, jednak tuż po wyprowadzce z domu zjechałem 12 kilo w dół i wyglądałem jakby skóra miała się zaraz rozedrzeć na moich kościach.

Nagła niedowaga wynikała z beznadziejnych warunków bytowych. Pracując fizycznie po kilkanaście godzin na dobę spalałem od groma kalorii, a mając 10 złotych dziennie do wydania nie miałem jak ich uzupełnić. Po kilkukrotnej zmianie pracy na taką, w której pracodawcy udawało się wypłacać pracownikom zarobione pieniądze, wróciłem do swojej „normalnej wagi”, czyli do mniej więcej 80 kilogramów.

Przez kolejne lata nie działo się nic spektakularnego – ot, typowe życie młodego człowieka z szybkim metabolizmem, który bez problemu radził sobie ze śmieciowym żarciem i litrami alkoholu. Zmiany zaczęły się pojawiać dopiero w okolicach 25 roku życia. Kiedy rzuciłem studia i na spokojnie mogłem zająć się pracą. Z domu.

Okrągły Jan

autor zdjęcia: Fotoryka

Praca na własny rachunek we własnym domu, dla osób pracujących w biurze często wydaje się ziemią obiecaną. Zazwyczaj do momentu, aż szef nie wyśle ich na home office na dłużej niż tydzień. Odpisywanie na maile w piżamie jest super przez dwa dni w miesiącu. Później, jeśli nie masz wystarczająco dużo samodyscypliny, okazuje się, że brak odgórnej kontroli to Twoja największa zmora, a dni są piaskiem przelatującym przez palce. Wstajesz o 12, jesz śniadanie o 14, za pracę bierzesz się, kiedy większość ludzi już ją kończy i siedzisz przy kompie do północy. I jeśli nie masz wystarczająco dużo silnej woli, żeby się ogarnąć, to po kwartale marzysz o tym, by wrócić na etat. Dzisiaj jednak chcę zwrócić uwagę na inny negatywny aspekt „pracy z domu”. Na brak ruchu.

Kiedy zwolniłem się z pracy w start-upie, żeby zająć się wyłącznie blogowaniem, moja codzienna trasa skróciła się z kilku kilometrów do kilku metrów. Nawet jeśli do biura docierałem tramwajem, to i tak trzeba było dojść na przystanek, przesiąść się i często załatwić coś po drodze. Po zrezygnowaniu z etatu mój zakres ruchów zawężał się do zwleczenia się z łóżka, umycia zębów i zrobienia herbaty. Zawsze byłem dość towarzyski, więc jakaś tam aktywność pojawiała się wieczorami, kiedy po pracy wychodziłem z domu spotkać się ze znajomymi. Bilansował ją pogłębiający się nawyk jedzenia przed monitorem.

Nie wiem, czy też tak macie, ale jak intensywnie myślę, to robię się głodny. A w zasadzie nawet nie głodny, tylko mam potrzebę gryzienia. W jakiś sposób w mojej głowie proces kreatywny jest powiązany z potrzebą ruszania szczęką, w związku z czym, kiedy mam wymyślić jakąś strategię albo napisać scenariusz, włącza mi się potrzeba gryzienia. Jakbym niemal dosłownie wyciskał pomysły z tego, co mam między nimi. Siedząc i pisząc nauczyłem się pochłaniać czipsy, batony, lody, kabanosy, orzechy i w zasadzie wszystko, co było w lodówce. Jaki był tego efekt? Na początku prawie żaden. Przez 3 lata pracy w domu, przytyłem ledwo 6 kilo. Prawdziwy wjazd na masę zaczął się dopiero zeszłej zimy.

Rok 2017 był dla mnie wyjątkowo eksploatujący psychicznie i czułem się po nim totalnie wykończony. Pisanie i wydawanie „Lunatyków” zużyło całe paliwo, które w sobie miałem, a nie zapowiadało się na szybkie tankowanie. Krótkie dni, zimno i ciągła szarość za oknem też nie dodawały energii. Przez styczeń i luty czułem się jak wydmuszka, a wstanie z łóżka i ubranie się było jednym z większych sukcesów. Potrzebowałem poczuć się lepiej, więc jadłem. A w odróżnieniu od czasów studenckich, w końcu miałem na to pieniądze, więc jadłem sporo. Jedzenie było dla mnie sposobem na zniechęcenie i brak motywacji. Wiedziałem, że jak zjem coś dobrego, to brzusio będzie uśmiechnięty i świat mniej odpychający. Tym sposobem udało mi się jakoś przetrwać polską niekończącą się zimę.

A kiedy stanąłem na wadze w maju, wyświetlacz pokazał 99 kilogramów. Przekrój moich myśli w tamtej chwili można zawrzeć w wyrażeniu „o, kurwa!”.

Jan Król Fitnessu

Na co dzień nie czułem się źle. Kiedy zaczęło się robić cieplej zauważyłem, że mamy twardą wodę i część moich ubrań się skurczyła, ale nie myślałem o sobie w kategoriach „jestem gruby”. Patrząc w lustro przy myciu zębów nie widziałem drastycznej zmiany. Dopiero w momencie, gdy waga pokazała, to co pokazała, dotarło do mnie jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Że to już nie jest żadna „zimowa oponka” i pieszczotliwe nazywanie moich niemal stu kilo, to robienie dobrej miny do złej gry. To był zimny prysznic, wstrząs zapalający czerwoną lampkę wielkości przemysłowej chłodziarki, jednak ostateczny cios zadał Facebook. Wyświetlając wspomnienie z moim zdjęciem sprzed 4 lat, na którym – w porównaniu do stanu bieżącego – wyglądałem jakby ktoś wziął nóż do kebaba i ściął ze mnie zimowy kombinezon.

W swojej głowie cały czas byłem szczupłym człowiekiem i bardzo chciałem, żeby rzeczywistość dogoniła ten obraz. Wiedziałem, że trzeba działać natychmiast, bo jeśli przez tyle czasu nie zauważyłem, co się ze mną dzieje, to jeszcze chwila i uznam, że sylwetka beczki z piwem nie jest taka zła i zostanę uwięziony w tym kokonie z tłuszczu. Zapisałem się do dietetyka i zacząłem biegać.

Na pierwszej wizycie u Pani Dietetyk dostałem gumową pałką po głowie. Z pomiaru składu ciała wynikało, że ponad 1/4 mnie to tłuszcz, a mój wiek metaboliczny to 45 lat. Cooooo? Jak to możliwe? Przecież dopiero skończyłem 30!

Aż się zacząłem jąkać jak to usłyszałem. Nie chciałem w to uwierzyć. Było mi na maksa wstyd przed samym sobą, że do tego doprowadziłem. Po rozmowie i ustaleniu mojej motywacji, potrzeb i planu działania, dostałem solidną rozpiskę jedzeniową z jadłospisem na cały tydzień i tabelką, co ile ma białka, tłuszczu i węglowodanów. To było jak połknięcie czerwonej pigułki przez Neo. Zacząłem widzieć kod Matrixa.

Przestałem postrzegać jedzenie jako przekąski, słodycze, przystawki, dania główne, desery i napoje, a zacząłem widzieć tam kalorie i skład. I odkrywać, że połowa produktów z dopiskiem „fit” na etykiecie, wcale takie fit nie jest. „Light” podobnie. „Bio” też. Przy czym i tak największym zaskoczeniem dla mnie było to, że alkohol ma kalorie. Jak to, to kilka piwek nie przelatuje przez człowieka jak woda? Niemożliwe.

Kupiłem mini-wagę w Rossmannie, odinstalowałem UberEatsa w telefonie i wróciłem do biegania. Miałem już kilka podejść do tej formy aktywności fizycznej, ale najpierw przeszkodził mi smog i zima, a potem „Dom z papieru” na Netflixie. Tym razem wjechałem w temat na pełnej: miałem dobrze dobrane do mojego typu stopy buty, seksualnie niebezpieczne leginsy, szybkoschnącą koszulkę i turbo przekminioną playlistę. I od kopa przebiłem 10 kilometrów.

Nie wiem jak czuł się Aleksander Macedoński, kiedy młócił Persów, ale podejrzewam, że czuł się jak ja, tylko ze świadomością, że ma gorsze ciuchy. Bieganie i systematyczne przekraczanie własnych granic było nieanimowaną reklamą Red Bulla. Człowiek dostawał skrzydeł i leciał nad miastem.

Przynajmniej do momentu, aż nie wypadł mi dysk.

Jan Spacerowicz, Jan Matematyk

Po tym jak zniszczyłem sobie kręgosłup od biegania, czułem, że jestem na krawędzi. Nie dość, że już nie dostawałem 3 razy w tygodniu zastrzyku endorfin, po którym rosłem pół metra w górę, to przez pierwsze kilka dni chciało mi się płakać, gdy musiałem się schylić i zawiązać buta. To nie było użalanie się nad sobą, tylko ucisk przemieszczonego kręgu na nerw lewej nogi. Bolało. Bardzo.

Zostało mi przygotowywanie 4 posiłków dziennie po 500 kalorii każdy, odważanie każdego składnika z osobna i wyczekiwanie tego jednego dnia w tygodniu, kiedy mogę zjeść coś na mieście. Coś, co będzie tak obrzydliwie tłuste, że popłaczę się ze szczęścia jak wezmę to do ust. I chodzenie. Pani Dietetyk zaleciła minimum 6 000 kroków dziennie, a że już nie biegałem, to jakoś musiałem wyrobić tę normę – co przypominam, że nie było takie łatwe pracując w domu – więc chodziłem na siłę. W sensie, bez jakiegoś konkretnego powodu, byleby tylko wyrobić plan.

Chodzenie tak bardzo weszło mi w nawyk, że nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałem komunikacją miejską, a po pół roku nabijam średnio 10 000 kroków w ciągu dnia.

Tłuste jedzenie to cholerny nałóg. Uzależniłem się

Po 6 miesiącach diety – a w zasadzie, to po 6 miesiącach pilnowania tego co i ile jem – schudłem 13 kilogramów.

Pierwsze tygodnie były dość łatwe. Byłem nakręcony, żeby zrzucić z siebie te beczki smalcu, które zawisły mi na twarzy i brzuchu, więc zamiast pacierza rano i przed spaniem, czytałem maila z instrukcjami od Pani Dietetyk i konsekwentnie jechałem z tematem. Na kontroli po półtora miesiąca wyszło, że zrzuciłem 6,5 kilo, więc duma tak mnie rozpierała, że prawie przebiłem głową sufit. Problemy zaczęły się pojawiać, kiedy ten początkowy głos krzyczący „chcę być szczupły!” zaczął cichnąć, a coraz głośniejszy zaczął się stawać „ale bym zjadł trzypiętrowego burgera z bekonem i miskę frytek z majonezem! NATYCHMIAST!!!!!!!”.

Jedzenie, które dostałem w rozpisce było smaczne i – co równie ważne – nie byłem po nim głodny. Jedząc pierwsze śniadanie, drugie śniadanie, obiad i kolację według zaleceń, nie miałem potrzeby dojadać. Nie odczuwałem głodu. Fizycznego. Zacząłem za to odczuwać kurewski głód psychiczny.

Mimo że mój organizm nie potrzebował dodatkowych kalorii, to głowa mówiła mi, że muszę zjeść pizzę. Albo ramen. Albo kubełek classic z KFC. Albo schabowego zapiekanego z serem i pieczarkami. W zasadzie, to nawet mógłby być bez tego sera i pieczarek. BYLEBY BYŁ TŁUSTY! TŁUSTY I W CHOLERĘ SŁONY!!! I PRZEDE WSZYSTKIM TERAAAAAZ!!!!!!!

Czułem, że jestem uzależniony. Że tak jak ludzie uzależnieni od kokainy, wiedzą, że po wciągnięciu kreski grubości małego palca będą królami świata, tak ja wiedziałem, że po pochłonięciu małych frytek belgijskich z sosem miodowo-musztardowym będę czuł się lepiej. Nie, „lepiej” to złe słowo. BĘDĘ CZUŁ SIĘ JAK MŁODY BÓG! SZYBKO, DAJCIE MI COŚ OCIEKAJĄCEGO TŁUSZCZEM, BO ZARAZ ZWARIUJĘ!!! GDZIE JEST NAJBLIŻSZA BUDA Z KEBABAMI?????

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale to faszerowanie od małego mielonymi z ziemniakami musiało mieć jakieś konsekwencje. I najwyraźniej ma. Oczywiście nie jestem naukowcem i nie prowadziłem badań, które pokazałyby bezpośrednie powiązanie między ładowaniem w siebie pierogów ze skwarkami od dzieciństwa i silną potrzebą pochłaniania tłustego żarcia w dorosłym życiu, ale jeśli miałbym strzelać, co miało wpływ na tę sytuację, to wystarczyłby mi jeden pocisk.

Ta walka z samym sobą, żeby nie wejść na KFC Dostawa i nie zamówić wszystkiego co mają w ofercie była wykańczająca. Cały mój wysiłek związany z chudnięciem tak naprawdę nie dotyczył ciała, tylko psychiki. A konkretnie walki z głęboko zakorzenionymi gównianym nawykami. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” mówi stare góralskie przysłowie i siedząc w prawie stukilogramowym Janie zmieniłem spojrzenie na grubych ludzi. Dalej uważam, że pozbycie się kilogramów to kwestia chęci i determinacji, ale teraz już wiem, jak frustrujące to może być. Ile trudu trzeba w to włożyć i jakie przeszkody pokonać. A raczej pokonywać każdego dnia. W kółko i w kółko, i w kółko, i w kółko, i w kółko.

I że czasem po wizycie u dietetyka warto pójść na wizytę do psychoterapeuty.