Close
Close

Wawelowe – krakowskie szybkie randki

Skip to entry content

Jeszcze jako nastolatek słyszałem o “speed datingu”. Wśród moich znajomych krążyły legendy o 5 minutowych randkach, jednak nikt nie znał bezpośrednio nikogo, kto by w tym uczestniczył. Pomysł “szybkich randek” wydawał nam się bardzo abstrakcyjny, dziwny, odjechany i ciekawy. Każdy z moich kumpli, chciał wziąć w czymś takim udział. Ja również zawsze chciałem sprawdzić, czy faktycznie można poznać 15 dziewczyn w 45 minut i na którąś z nich będzie dało się patrzeć dłużej, niż 30 sekund.

Temat leżał odłogiem, aż do zeszłego poniedziałku, kiedy to w moje ręce trafiła koperta POKA POKA. Otóż znalazłem w niej kupon zniżkowy na “speed dating” organizowany przez Wawelowe. Jak nie teraz, to nigdy. Przeczytałem, co i jak, z czym to się je w Krakowie, i 14-go lutego (tak, tak w Walentynki) idę to sprawdzić na własnej skórze. Co prawda nie idę tam w celach matrymonialnych (bo już znalazłem tę, dla której zrywam polne kwiaty), ale po to by sprawdzić “jak to jest” i opisać wam na blogu, czy to w ogóle warte zachodu.

Reasumując, w przyszły wtorek idę na “Nienawidzę Walentynek”, po to byście się dowiedzieli, czy na krakowskie “szybkie randki” chodzą tylko pasztety i studenci informatyki. Postaram się wiernie oddać atmosferę i rzetelnie zrelacjonować przebieg tychże spotkań. Jeśli natomiast przede mną chcecie się dowiedzieć, czy na Wawelowe można spotkać niepokornych romantyków i zjawiskowe intelektualistki, to macie okazję już 12-go lutego.

W niedzielę odbędzie się podrywanie pod tytułem “Najcichsza randka świata”. Będzie to o tyle nietypowe (tak jakby inne były typowe), że flirtowanie odbędzie bez słów. Nigdy nie próbowałem uwieść kogoś nic nie mówiąc, ale George Clooney jest dowodem na to, że da się. Zresztą gdyby sama boska facjata nie wystarczyła, to organizatorzy zapewniają długopisy i kartki. Zachęcić powinno was również to, że za udział w “Najcichszej randce świata” nie będzie trzeba płacić. Randkowanie za darmoszkę – takie rzeczy tylko w Krakowie!


(niżej jest kolejny tekst)

“Moja łódź podwodna” – recenzja

Skip to entry content

W zeszły wtorek odbyłem randkę kinową, podczas której udało mi się obejrzeć “Moją łódź podwodną”. O dziwo, nie jest to film wojenny o potyczkach militarnych amerykańskiej floty. Póki co, jest to najlepsza komedia (a w zasadzie komedio-dramat) tego roku. No może trochę przesadziłem. Najlepsza zaraz po “Rzezi”.

“Moja łódź podwodna” oficjalną premierę miała we wrześniu 2010 roku, jednak jako, że jesteśmy 40 lat za Ukraińcami, to do naszych kin weszła dopiero w przedostatni piątek. Cóż widać, że oprócz dystansu geograficznego, z Wielką Brytanią dzielni nas również spory dystans kulturowy i najzwyczajniej w świecie Polska musiała “dojrzeć mentalnie”, aby móc obejrzeć ten film.

To tyle tytułem wstępu. Przechodząc do konkretów – na przykładzie tego filmu świetnie widać, jak bardzo filmy brytyjskie różnią się od amerykańskich. Zaczynając od fabuły, przechodząc przez dialogi, na grze aktorskiej kończąc. “Moja łódź podwodna” opowiada historię pierwszej miłości w sposób jakiego jeszcze nie widzieliście. Forma przyjęta przez reżysera jest nietypowa, jak na nasze polskie warunki, ale również sama miłość należy do dość osobliwych.

Główny bohater – Olivier Tate (grany przez Craiga Robertsa) – to taki współczesny Harry Potter. Jest zciotowanym outsiderem z dziwnymi rozkminami, który pomiędzy zgłębianiem sensu egzystencji, a drugim śniadaniem, chciałby w końcu zaliczyć jakąś pannę. Mimo wątłej postury i braku pewności siebie, nie jest na szczęście klasowym popychadłem. Co więcej, urokliwa introwersja pozwala mu w końcu wyrwać laskę – Jordanę (graną przez Yasmin Paigę). Co prawda, znikomo kobiecą, ale zawsze.

Oglądając damsko-męskie podchody tej osobliwej pary, naprawdę trudno się nie wzruszyć. Jest pożądanie, jest zakłopotanie, są wielkie nadzieje i jest rozczarowanie. Wszystkie składniki przepisu na pierwszą miłość. Mimo, iż dziś sam jestem dziadkiem, to film bezbłędnie przeniósł mnie do czasów, gdy miałem 16 lat i bałem się dotknąć dziewczyny powyżej nadgarstka.

Oprócz uroczy szczeniackich uniesień, w “Mojej Łodzi Podwodnej” są też momenty smutne, takie jak rozpad małżeństwa, brak miłości w domu czy widmo zbliżającej się śmierci. Nie stanowią one jednak zamulających rozczulaczy. Raczej zmuszają do refleksji nad tym, jak duży wpływ na psychikę dziecka (sorry, nastolatka) mają wszystkie bodźce wysyłane przez rodziców. Także rodzice – bądźcie odpowiedzialni! A tak ogólnie, to bardzo fajny film i polecam go wszystkim parom, które wybierają się na walentynki do kina.

Alko-lokalizator – “Gdzie mam kurwa iść coś wypić?”

Skip to entry content

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS, OBOP, Gemius, Instytut Socjologii UJ i Wróżbitę Macieja, 75% czytających mnie osób to studenci, a pozostała jedna czwarta, też pije. Zaskakujące wyniki zostały już przekazane premierowi, ale ja nie o tym.

Ile razy zdarzyło wam się, że byliście w jakieś dziurze, nieznanej dzielnicy, nowym mieście i chcieliście iść się napić, ale nie wiedzieliście gdzie? Gdzie iść, gdzie jest jakaś knajpa, gdzie sprzedają alko? Mimo, że nie piję od 1410, to sam miałem z dwa razy taką sytuację, a podejrzewam, że wy mogliście mieć nawet z trzy.

Strona o wdzięczny tytule Gdziemamkurwaisccoswypic.pl, przynosi ulgę wszystkim szalonym melanżownikom, którzy włóczą się po mieście w poszukiwaniu miejscówki do picia. Sprawa jest prosta – podajesz swoją lokalizację, a aplikacja (używając Google Maps) znajduje ci najkrótszą trasę do miejsca gdzie można się napić. Miły dizajn, sensownie opisane buttony i unikalne funkcjonalności muszą zaskarbić sobie waszą przychylność.