Close
Close

21habit – wypracuj nawyk w 21 dni

Skip to entry content

Wiele jest osób, które chciałyby w sobie coś zmienić, niewiele jednak to robi. Najczęściej Nowy Rok jest momentem, w którym wszyscy masowo stawiają sobie jakieś cele i zapisują palcem na wodzie postanowienia. Pamięć o zobowiązaniach mija zazwyczaj na drugi, góra trzeci dzień i nici z codziennych brzuszków, pompek i powtarzania słówek z angielskiego.

Jest coś co pomoże wszystkim zapaleńcom bez silnej woli – aplikacja 21habit. Jest to osobisty pilnowacz/przypominacz, który pozwala wygrać ze słomiany zapałem. Poprzez prosty interfejs, wpisujemy w nim czynność, która ma zostać naszym nawykiem. Codziennie przychodzi przypomnienie o tym co mamy zrobić i pytanie czy nie olaliśmy sprawy. Dzięki sumarycznemu wykresowi, łatwiej możemy kontrolować nasze spełnianie postanowień i napawać się dumą, że już przez tyle dni daliśmy radę.

Każde postanowienie rozpisane jest na 21 dni – według naukowców, właśnie tyle potrzeba aby wypracować w sobie nawyk. Jeśli przez więcej niż 2 dni z rzędu olaliśmy sprawę, musimy zacząć cały cykl od początku. Z kolei każdym dniem zakończonym sukcesem, możemy pochwalić się na Fejsie. Tego typu kontrola jest całkiem sensownym rozwiązaniem i daje sporo motywacji aby trwać przy swoich założeniach. 21habit to dla mnie super sprawa.


(niżej jest kolejny tekst)

Speed-Dates Kraków – jak było?

Skip to entry content
Po przygodzie z Wawelowe, formuła szybkich randek tak mi się spodobała, że postanowiłem sprawdzić też konkurencję. Padło na Speed-Dates.pl – najstarszą ekipę w Krakowie, która organizuje tego typu akcje. Napędzany rządzą przygód, w zeszłą niedziele po raz kolejny wcieliłem się w zawodowego singla i wyruszyłem na łowy. Tym razem do klubu Faust na Rynku Głównym. Jak było?
szybkie randki
Zacznijmy od uczestników, a w zasadzie uczestniczek. Przede wszystkim były dużo młodsze niż te na Wawelowe. Przeważały dziewczyny na pierwszym/drugim roku, które dopiero co przyjechały na studia do Miasta Królów, z mniejszych miasteczek, tak zwanej “Polski C”. Były zdecydowanie bardziej wystraszone i mniej przebojowe, od typowej dziewczyny po studiach, która zdążyła już poznać wielkomiejskie życie. Nie oznacza to, ze nie trafiło się parę ciekawych wyjątków.
speed dating
Większość dziewczyn przyszła po to aby dobrze się pobawić i poznać nowych ludzi, a nie upolować męża. Ba, nawet zdarzało im się z śmiać delikwentów, którzy wprost mówili, że chcą tu znaleźć miłość po grobową deskę! Trafiłem też na dwie panienki, które zjawiły się na Speed Dates z powodu zakładu. Poszło jak zwykle o wódkę. Trochę podpuszczałem dziewczyny, pytając je, czy wierzą w mityczne “coś”, które sprawiłoby, że po tej 5-minutowej rozmowie zakochamy się w obie bez opamiętania. Niestety, wybuchały śmiechem.
Faust Kraków
W zdecydowanej większości konwersacji przewijały się te same pytania – “skąd jesteś” oraz “co studiujesz”, ewentualnie wyrafinowane “gdzie pracujesz”. Nie łatwo było trafić na kobietę która chciała dowiedzieć się o tobie czegoś, czego nie  wpisałeś do CV. Na szczęście zdarzały się i takie. Z laskami, które olewały metryczkowe konwenanse rozmawiało się najprzyjemniej i bardzo niechętnie kończyłem z nimi rozmowę.
blog Kraków
Przebrnęliśmy jakoś przez te baby, to teraz czas na facetów. Miałem okazję porozmawiać jedynie z paroma, za to dziewczyny chętnie komentowały swoich byłych rozmówców. Podobnie jak na Wawelowe, królowali panowie w koszulach studiujący informatykę oraz kierunki pokrewne (nie żebym sam tego nie studiował). Laski trochę narzekały, że typowy informatyk nie ma pojęcia jak rozmawiać z kobietą i wolałyby już kogoś z Rolniczego. W superlatywach wyrażały się natomiast o chłopakach z ASP i AWFu, że albo elokwentni albo przystojni. Nie chciałem ich dołować mówiąc, że mam obie te cechy, ale jestem zajęty.
FaustKlub
Co do technicznych aspektów eventu, to całość została zorganizowana jak należy. Wszyscy wiedzieli co maja robić, jak itd. Nie było żadnych wpadek. W porównaniu z Wawelowe, było o minute więcej czasu, aczkolwiek nie miało to jakiegoś decydującego znaczenia. To co zwróciło moją uwagę, to fakt, że wydarzenie odbywało się w 2 salach. Jedna była większa, bardziej wyciszona, ciemniejsza ze świeczkami – nadającą efekt typowej randki we dwoje. Druga – dużo mniejsza i głośniejsza, mini stoliki, jeden obok drugiego.
Podsumowując, i tym razem nie zawiodłem się na szybkich randkach. Bawiłem się nie mniej dobrze niż na poprzednich i nadal uważam tego typu akcje za fajny pomysł na spędzenie wolnego czasu. Szanse na zlezienie drugiej połówki (albo chociaż ćwiartki) są duuużo większe niż podczas siedzenia w domu. Ba, są nawet większe niż podczas siedzenia na Fejsie, a już na pewno większe niż podczas siedzenia na Demotywatorach. Minister Sztabu Kryzysowego ds. Walki z Samogwałtem radzi – idź na speed dating!

Restauracja Gesslera w Hotelu Francuskim

Skip to entry content

Do tej pory w kategorii Fly Food mogliście przeczytać o miejscach, gdzie można tanio, szybko i w miarę smacznie zjeść. Tym razem będzie inaczej. Jako, że większość ekipy Stay Fly zakończyła sesję (lub jest już bardzo, bardzo blisko), postanowiliśmy przykozaczyć i zjeść coś dobrego w jakiejś eleganckiej knajpie. Miało być smacznie, uroczyście, z podniosłą atmosferą i dobrą obsługą, i oczywiście tanio. Z racji tego, że nadal nie zarabiam trójki netto z prowadzenia bloga, ten ostatni wymóg wciąż się nie zmienia.

Poszukując miejsca o wcześniej wspomnianych kryteriach, trafiłem na Hotel Francuski na ulicy Pijarskiej, a właściwie na restaurację Adama Gesslera mieszczącą się w nim. Pomyślicie pewnie “restauracja Gesslera – drogo jak cholera”. Jest to prawdą, ale nie do końca. Z racji tego, że lokal działa dopiero od połowy zeszłego roku i ma garstkę stałych bywalców, wprowadził ofertę “Espresso lunch” aby zyskać klientów. Polega ona na tym, że od poniedziałku do soboty, między godziną 12:00 a 16:00, serwowany jest zestaw dnia (na każdy dzień inny rzecz jasna). “Espresso lunch” składa się z małej przystawki, zupy, drugiego dania, kompotu oraz deseru. Cena – 20zł. Niewiarygodne, co?

 

Przystawka – bułeczka

Przystawka (bardziej na zasadzie upominku od firmy) to mała bułeczka i masełko. Na tyle nieduża, żeby nie zapchać się przed właściwym jedzeniem. Na tyle niemała, by zająć sobą czas, aż do podania zupy. W sam raz.

 

Pierwsze danie – krupnik

Krupnik był dobry, aczkolwiek nieco mdły, przydałoby się go bardziej doprawić. Koledzy też mieli takie wrażenie, także to nie tylko moje widzi-mi-się. Sytuację rekompensował fakt, że była w nim prawdziwa pietruszka – jak u babci. W zimie to spory rarytas. Co do ilości, to było go w sam raz.

 

Drugie danie – kurczak po staropolsku

Po zupie, która trochę miejsca w żołądku zajęła, pojawiło się drugie – kurczak po staropolsku z pure ziemniaczanym i coleslawem. Kurczak był pyszny. Kucharze przy nas rozcinali całego upieczonego ptaka i każdemu po kolei, nakładali jego część. Z tym był lekki problem, bo niektórzy dostali bardzo duży kawałek, a inni raczej mały, przez co prawie pobiliśmy się, łamiąc na sobie krzesła. Pomijając ilość, jak wcześniej wspomniałem, kurczak był wyśmienity – dosłownie rozpływał się w ustach. Mięso było idealnie kruche i doskonale wypieczone (nawet moja babcia takiego nie umiała zrobić). Co do ziemniaczków, to posypane koperkiem, świetnie komponowały się z resztą, a sałatka obiadowa, z odrobiną sosu czosnkowego, dobrze dopełniała całość.

 

Kompot

Tym razem trafiliśmy na kompot śliwkowy z lekką nuta goździków. Był przepyszny. Trochę mi głupio, że tak słodzę, ale nie pamiętam, czy kiedykolwiek piłem tak dobry kompot. Żadna tam rozwodniona siódma woda po kisielu, prawdziwy wywar ze śliwek z niezapomnianym smakiem i aromatem. Fajne też było to, że kelnerzy za każdym razem dolewali napoju, gdy tylko była taka potrzeba, z czego nie omieszkałem skorzystać.

 

Deser – strudel, ptyś i wuzetka

Po drugim daniu mało kto miał jeszcze siły na cokolwiek, bo porcje były naprawdę sycące, ale gdy kelner podjechał wózkiem z deserami, trudno było się opanować. Ciastek było do wyboru do koloru, chyba 6 czy 7. Ja wziąłem ptysia, aczkolwiek na naszym stole pojawił się też strudel i wuzetka. Ptyś był boski, zakochałem się bez opamiętania w tym nadzieniu. Znowu muszę posłodzić, ale nie da się inaczej, to było po prostu baaardzo dobre.

Co do ogólnych wrażeń, to wszystkie jak najbardziej na plusie. Od szatniarza, który należycie nas przywitał, przez kelnerów i kucharzy, którzy skakali wokół nas jakbyśmy byli rodziną królewską (choć w istocie jesteśmy), po fortepianistę, który nieinwazyjnie umilał nam czas. Dodając do tego fakt, że za całą tą przyjemność zapłaciliśmy po 20 złotych, muszę stwierdzić, że to najlepiej wydane 2 dychy w tym miesiącu.