Close
Close

Paru moich ziomków jeszcze boryka się z sesją (niektórzy z letnią z zeszłego roku), ale z każdą wypitą cytrynówką z mety zbliżają się juwenalia. Juwenalia, czyli największe święto studenckie, na które czekają również pretendenci i absolwenci. Niezmiernie miło mi poinformować, że na juwenaliach organizowanych przez moją uczelnię (Uniwersytet Ekonomiczny) zagrają gwiazdy. Prawdziwe gwiazdy. Gwiazdy, które nie dość, że gwieżdzą, są znane i lubiane i przyprawiają małolatki o ekstazę, to jeszcze robią (i grają) dobrą muzykę.

Juwenalia UEK

Pierwsza gwiazdka na niebie – Junior Stress, czyli reggae i dancehall i chillout

Juwenalia krakowskie

Druga gwiazda – Monika Brodka, czyli ostra granda!

koncert juwenaliowy

Gwiazda główna, gwiazda wieczoru, Gwiazda Polarna – Modestep, czyli dubstepowa łupanka i łamanie żeber

Jeśli, ktoś nie zna muzyków, nie podobają mu się, ma jakikolwiek inny powód żeby nie przyjść, lub chce się tylko napić alko, niech nie przychodzić. Będzie więcej miejsca dla naszej ekipy, a nauczeni wydarzeniami z poprzedniego roku wiemy, że może go braknąć. Bilety tanie: studenci UEK – 10zł, studenci innych uczelni – 20zł, nie-studenci – 30zł. Zapowiada się dobrze, bardzo dobrze.


(niżej jest kolejny tekst)

Wydawało mi się zawsze, że to muzycy najbardziej narzekają na hejterów (patrz Zbigniew Hołdys). Gdyby nie krytyka, połowa hip-hopowych kawałków w ogóle by nie powstała, bo nie byłoby komu pocisnąć. Byłem przekonany, że to oni najmocniej przeżywają negatywne opinie i tę całą krytykę. Myliłem się.

Najpierw oświecił mnie Piotr Czaja – scenarzysta “Kac Wawa”. Ten dystyngowany dżentelmen, żalił się jak dziecko w podstawówce prowadzącym “Pytanie na śniadanie”, że Kac Wawa było ultra-śmieszne, tylko ci źli producenci wycięli jego dialogi. Gdyby skończyło się na samym lamencie, to jeszcze bym to jakoś przełknął – każdy lubi czasem poużalać się nad sobą, a jak może do tego wykorzystać liczne audytorium, to jeszcze lepiej.

Ale nie skończyło się. Biedny twórca najlepszej komedii tysiąclecia, zaczął szczekać i atakować Tomasza Raczka, który siedział obok niego. Zarzucił krytykowi to, co można zarzucić najgorszego – że skrytykował. Zaczął tłumaczyć Raczkowi, że film jest śmieszny i powinien się z niego śmiać, bo są tam historie, które opowiedzieli mu znajomi i które sam przeżył.  Fakt – argument nie do zbicia. Wyszło bardzo śmiesznie, zresztą sprawdźcie sami.

Piotr Czaja kontra Tomasz Raczek

Scenarzysta “Kac Wawa” tłumaczy się i atakuje Tomasza Raczka

I jak, zabawne? Chcecie więcej? No to proszę. Producent “Kac Wawa” – Jacek Samojłowicz stwierdził, że pozwie Tomasza Raczka. Czemu? Z oczywistych powodów – bo SKRYTYKOWAŁ JEGO FILM! Prowodyr wydarzenia w rozmowie z Super Expresem mówi:

Przez tego pana straciłem kilka milionów wpływów. I takiej sumy będę się domagał na drodze sądowej. Oczekuję, że Tomasz Raczek straci wiarygodność jako krytyk filmowy, bo zdaniem moich prawników przekroczył granice krytyki filmowej i złamał zasady etyki dziennikarskiej, być może ze względów osobistych.

Rewelacja, na to czekałem! Jak ktoś mi napisze negatywny komentarz na blogu, to też go pozwę, że naraża mnie na miliardowe straty.

Big Love

Gdyby jednak okazało się, że kuriozum nie sięgnęło zenitu, to jest coś na dokładkę. Barbara Białowąs (reżyserka filmu “Big Love”) oburzona faktem, że ktoś śmie skrytykować jej epokowe arcydzieło, postanowiła udzielić porad Michałowi Walkiewiczowi (krytykowi Filmwebu) jak ma wykonywać swój zawód. Basia stwierdziła, że jeśli ktoś nie zrozumiał konwencji filmu, to nie powinien się o nim w ogóle wypowiadać oraz żeby zrecenzować jej majstersztyk, trzeba go obejrzeć przynajmniej 2 razy, a najlepiej 3.

Poruszona dogłębnie sytuacją, w której komuś nie podoba się jej film, wytoczyła ciężkie działa. Pierwszym było hasło “skończyłam filmoznawstwo”, drugim “skończyłam kulturoznawsto”, trzecim “ja studiowałam i ja wiem jak interpretować mój film, a pan nie”. Czwartym najcięższym, była błyskotliwa sentencja, w myśl której krytycy nie powinni krytykować twórców, bo gdyby nie twórcy nie mieli by pracy. Odkrywcze, muszę sobie zapisać. Cała rozmowa trwa 22 minuty i o ile poprzednia była zabawna, to ta jest irytująca i wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Rzadko widuje się tak zadufane ignorantki.

Barbara Białowąs kontra  Michał Walkiewicz

Reżyserka “Big Love” kontra krytyk Filmwebu część I

Barbara Białowąs kontra  Michał Walkiewicz 2

Reżyserka “Big Love” kontra krytyk Filmwebu część II

Nie widziałem ani jednego, ani drugiego filmu, ale po tym jak zaprezentowali się twórcy, nie mam najmniejszej ochoty tego zmieniać. Dobry PR górą!

“Królik, Królik” w Teatrze Ludowym

Skip to entry content

Wczoraj miałem okazję być w Teatrze Ludowym na komedii, która miała premierę w piątek. Mowa tu o sztuce “Królik, Królik”. Ostatni raz w Ludowym byłem w liceum, razem z klasą, na jakimś obowiązkowym przedstawieniu i średnio mi się podobało. Miałem nadzieję, że tym razem będzie lepiej, czytałem opis spektaklu, wydawał się zachęcający. Nie myliłem się, dwie godziny spędzone w teatrze były świetną rozrywką.

“Królik, Królik”, to opowieść o francuskiej rodzinnie. Rodzinie, w której wszystko jest poukładane i na swoim miejscu, do czasu kiedy okazuje się, że tak nie jest. Owa familia składa się z mamy, trójki synów, dwóch sióstr i taty. Celowo wymieniam ojca na ostatnim miejscu, bo nie jest nikim ważnym w tym domu, ot zwykłą popierdółką, która chowa się po kątach. To mama jest głową rodziny, to ona stanowi jej fundamenty, zapewnia jej byt, podejmuje wszystkie decyzje i martwi się o jej przyszłość.

Mimo, że rzecz dzieje się we Francji, to reżyser spokojnie mógłby przenieść akcję do Polski i chyba byłoby to nawet bliższe prawdy. W ilu polskich domach jest tak, że ojciec odgrywa trzeciorzędną rolę, bo albo udaje, że pracuje i jest zajęty, albo pije, albo go nie ma? W ilu rodzinach waszych znajomych jest tak, że to do matki przychodzi się z problemami, bo wiadomo, że ojciec i tak nic nie poradzi? Ta sztuka jest właśnie o matce (matce Polsce chciałoby się powiedzieć) – jej roli, znaczeniu i ciężarze, jaki na siebie bierze, aby zapewnić bliskim godne życie.

Na wstępie napisałem, że “Królik, Królik” to komedia. Jest to prawda. Częściowa. Są momenty beztrosko zabawne, w których nie sposób się nie zaśmiać. Sporo jest jednak również tych, w których śmiałem się przez łzy. Trudno było nie zapłakać nad losem matki, która mimo swych nadludzkich starań jest świadkiem upadku swej rodziny. Moją uwagę szczególnie przykuł monolog ojca, który radośnie oświadcza, że od tygodnia nie chodzi do pracy, bo go zwolnili i nie ma zamiaru szukać nowej.

Mimo sporej dozy smutku, sztuka nie jest przytłaczająca. Pierwsza, bardziej gorzka cześć, balansuje drugą, bardziej radosną. Dobra gra aktorska pozwala porwać się fabule i nie czuć upływu czasu. W całym spektaklu najbardziej zaskoczył mnie fakt, że średnia wieku widzów na sali, oscylowała wokół 60 lat, mimo, że przedstawienie było dość młodzieżowe. Nie wiem za specjalnie jak to zinterpretować. Moi rówieśnicy nie mają hajsu, ochoty, czy to starsi są tak młodzi duchem?