Close
Close

W sobotę, w Fortach Kleparz, będzie się działo coś, czego moje oczy jeszcze nie widziały – silent disco. “Cicha dyskoteka” jest klubową potańcówą bez hałasu. Wszyscy uczestnicy imprezy mają na uszach bezprzewodowe słuchawki, przez co nie ma łupania na całe osiedle. Dla osoby z zewnątrz/bez słuchawek, wygląda to dość komicznie i nie zrozumiale, natomiast dla osoby uczestniczącej w akcji, wydaje się to być świetną zabawą.

Tak jak napisałem wcześniej, nie miałem do tej pory okazji brać udziału w podobnym evencie, a bardzo bym chciał, bo koncept imprezy brzmi kosmicznie. Słuchawki odbierają na 3 kanałach, z czego każdy kanał to inny rodzaj muzyki, grany przez innego dja. Gdy słuchasz muzyki, tańczysz i nagle dj puszcza jakieś tragiczne ścierwo, możesz po prostu zmienić kanał i po problemie. Dla mnie rewelacja. Świetną opcją, jest też możliwość pogadania z drugą osobą (np. dziewczyną, która uśmiecha się do koleżanki za tobą, ale myślisz, że do ciebie) bez konieczności zdzierania strun głosowych. Po prostu ściągasz słuchawki i gadasz.

“Silent Party” obędzie się w Krakowie po raz pierwszy, więc tym bardziej warto się wybrać (zwłaszcza, że wstęp za free). Start – godzina 20:00. Mnie niestety nie będzie, gdyż w tym właśnie dniu obchodzę swe 24 urodziny i udaję na zasłużony wypoczynek do Zakopanego, ale będą tam moi ludzie, więc z pewnością nie braknie relacji z melanżu.


(niżej jest kolejny tekst)

Zawsze kiedy nie mam o czym napisać na blogu, z pomocą przychodzi mi Japonia. Tak jest i tym razem. Przeglądając Wykop, trafiłem na filmik przedstawiający “lewitujący japoński dom”! O co kaman?

W Japonii trzęsienia ziemi zdarzają się dość często. Mniej więcej tak często, jak afery polityczne za rządów PISu. Nie robi to już nawet na Japończykach specjalnego wrażenia, ale szkody pozostają. Skośnoocy geniusze próbowali robić super-wytrzymałe budynki z tytanu, ale Matki Ziemi nie pokonasz, konstrukcje nadal pękały. Architekci postanowili spróbować z innej strony i zaprojektować dom, który będzie unosił się nad ziemią, przez co żadne trzęsienie ziemi nie będzie mu groźne.

Jak czytamy na stronie Gadzetomania.pl

Do lewitacji budowli potrzebna jest sieć czujników, kompresor sprężający powietrze oraz specjalny fundament, który w odpowiednim momencie rozdzieli się na stabilną część podziemną oraz część poruszającą się razem z lewitującym budynkiem. Całość uruchamiana jest przez czujnik trzęsienia ziemi, który określa, czy ruchy podłoża są na tyle silne, że zagrażają budowli. Jeśli tak, to kompresor w ciągu pół sekundy wtłacza powietrze pomiędzy dwie części fundamentu, podnosząc budynek na ok. 4 cm.

Japonia lewitujący dom

Tutaj możemy zobaczyć, jaki daje to efekt osobom będącym w lewitującym domu, podczas trzęsienia ziemi:

japońska architektura

A tu, jak wygląda (i zachowuje się) taki lewitujący dom z zewnątrz:

Pomysł świetny, choć z pewnością kosztowny. Aczkolwiek, wydaje mi się, że taniej jest zainstalować taki system do lewitacji, niż stawiać cały dom od podstaw za każdy razem, gdy ziemia się zatrzęsie. Trzeba by pogadać z autorami projektu, może poradziliby też coś na nasze powodzie? Jakieś “domy na szczudłach” czy coś?


“Zakochany Goethe” – recenzja

Skip to entry content

Wczoraj byłem w Agrafce na “Zakochanym Goethe”. Nienawidzę filmów kostiumowych, nie mogłem się przekonać nawet do “Piratów z Karaibów”, gdy grała w nich boska Penelopa, tak więc nie było szans bym poszedł na ten film z własnej woli. Zrządzaniem losu, moja kumpela, z którą najczęściej chodzę na filmy, bardzo chciała zobaczyć ten melodramat, więc nie było wyboru, trzeba było zacisnąć zęby i jakoś przemęczyć te półtorej godziny, bo tym razem była jej kolej na wybieranie.

Ku mojemu baaardzo dużemu zaskoczeniu, okazało się, że wcale nie jest tak źle. Ba! W pewnym momencie doszło do mnie, że jest nawet dobrze i wcale nie muszę się zmuszać, żeby to oglądać. Pomijając kostiumy, to nie przeszkadzał mi również ultra-nieromantyczny niemiecki język, który normalnie brzmi jak tłuczone szkło. Pomimo, że po niemiecku nawet “kocham cię” sprawia wrażenie “będę strzelał”, to tu jakoś brzmiało to łagodniej.

Tym przydługim wstępem, chciałem dać wam do zrozumienia, że film jest fajny, miły i przyjemny i zdecydowanie nadaje się na randkę. Główny bohater od razu wzbudził moją sympatię. Jest niepoprawnym romantykiem, który ma wielkie marzenie – chce żyć z pisania wierszy (równie karkołomne jak żyć z pisania bloga). Do Czesława Miłosza mu jeszcze trochę brakuje i wie o tym nie tylko on, lecz również jego ojciec, który zmusza go do delikatnej zmiany profesji. Zdruzgotany swoim niepowodzeniem Goethe, wpada w szpony racjonalności i zgadza się na bycie prawnikiem.

Między przerzucaniem kolejnych akt, a czytaniem kodeksu cywilnego, poznaje najładniejszą dziewczynę we wsi Lottę. Żyłoby się im długo i szczęśliwie, gdyby nie fakt, że ojciec Lotty sprzedał ją koledze Goethego z pracy. Cóż, biznes is biznes, a to że dziewczyna nie chce być do końca życia służącą nudnego cepa w pinglach, nie ma tu nic do rzeczy. Konflikt interesów między Goethem a jego przełożonym, doprowadza do go aresztowania i myśli samobójczych. Happy end jak się patrzy! Ale nie ma tego złego, Johan podczas przymusowych wakacji wraca do pasji i wylewa swe bolączki na papier, tworząc epokowe dzieło.

Żałuję, że ten film nie powstał gdy byłem w liceum, bo może bym się zmusił do przeczytania “Cierpień młodego Wertera”, a tak ruszyłem tylko streszczenie. “Zakochany Goethe” wciąga i dobrze oddaje dramat, który spotyka głównego bohatera. Po serii pięknych scen, takich jak zauroczenie czy seks na dzikiej polanie w deszczu, następują mroczne – samobójstwo przyjaciela, stracenie ukochanej, więzienie. Film puentuje sukces literacki Johana, który jest przesłaniem w stylu “prawdziwa sztuka bierze się z prawdziwego cierpienia” – trudno się nie zgodzić.