Close
Close

W kręgu pop-artu – Lucjan Mianowski

Skip to entry content

W zeszły piątek, w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie, odbył się wernisaż wystawy Lucjana Mianowskiego – „W kręgu pop-artu”. Kim jest Lucjan Mianowski i po co w ogóle o tym piszę?

Po pierwsze – Lucjan Mianowski, to osoba mocna związana z Krakowem. Studiował na tutejszej Akademii Sztuk Pięknych grafikę artystyczną, plakat i malarstwo, a w jego pracach jest sporo lokalnego patriotyzmu i nawiązań do Nowej Huty. 

Po drugie – jest jednym z pierwszy polskich grafików, którzy tak mocno korzystali w swoich pracach z pop-artu. Może nie od razu nazwę go polskim Andym Warholem, ale podobieństwa są. Propagowanie tego trendu przez Mianowskiego, z pewnością miało spory wpływu na dzisiejszą grafikę użytkową.

I wreszcie po trzecie – wystawa „W kręgu pop-artu”, pokazuje szeroki wachlarz artystycznej ekspresji jaki może posiadać twórca. Zobaczymy na niej zarówno obrazy, litografie jak i sitodruki. W kwestii wpływów i inspiracji, też panuje spora różnorodność – od groteski, przez surrealizm, po hiperrealizm.

Co do samych prac, to dominują 3 tematy – seks, sport i życie w mieście (niekoniecznie dużym). Gdyby tak zamienić „życie w mieście” na „alkohol”, to mielibyśmy podręcznikowy portret psychologiczny typowego samca alfa. Bardzo podobały mi się grafiki komputerowe i blachy. Obrazy niekoniecznie. Mimo, że malarstwo Mianowskiego nie wzbudziło we mnie zachwytu, to bardzo miłym akcentem były wcześniej wspomniane nawiązania do Nowej Huty. Nawet jeśli autor ukazywał tę dzielnicę nieco prześmiewczo, to i tak wyłania się z niej pozytywniejszy obraz, niż ten z którym kojarzona jest ona obecnie. Jeśli chodzi o litografie odnoszące się do sportu, to nie mają jakiegoś podprogowego przekazu, są po prostu ładne. Miło na nie popatrzeć. Na laiku (takim ja ja) wrażenie robi technika ich wykonania. Z kolei grafiki komputerowe to głównie wariacje na temat kobiecego ciała. Męska fascynacja kobiecą nagością zawsze była wdzięcznym tematem dla artystów, tak jest i w tym przypadku. Sporo tu piersi i pośladków – tego co w kobiecie najlepsze. Nie powiedziałbym, że grafiki tętnią seksem, ale jest go sporo, w różnych abstrakcyjnych formach.

Podsumowując, oglądanie tej wystawy było sporą przyjemnością. Ze względu na dość codzienną tematykę, mogę ją polecić każdemu, co tez robię. Warto czasem wyjść z domu nie tylko po to, żeby wypić browara na rynku, zwłaszcza jeśli wstęp do muzeum kosztuje 4 złote. Wstęp studencki oczywiście.

 Muzeum Narodowe Kraków wystawa





(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Panel dyskusyjny o przyszłości Krakowa

Skip to entry content

Wiem, że czyta mnie sporo lokalnych patriotów i miejskich aktywistów. Dziś coś dla nich. W przyszły wtorek (6-go marca) na Uniwersytecie Ekonomicznym odbędzie dyskusja na temat Krakowa. Rozmowa będzie się toczyć wokół jego obecnej kondycji i możliwych kierunków rozwoju. Poruszane będą kwestie zmian i nierozwiązanych dotychczas posrów, które te zmiany blokują.

Pogadać o wszystkim co was wkurza, będzie można z dwoma personami, które mają jakiś tam wpływ, na to co się dzieje w mieście. Będzie to Józef Pilch (Wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa) oraz Ireneusz Raś (Zastępca Przewodniczącego komisji kultury fizycznej, sportu i turystyki). Jak piszą organizatorzy (koło naukowe Homo Politicus)

Spotkanie to stwarza członkom  młodego pokolenia niepowtarzalną okazję na zaspokojenie ciekawości oraz poczucie odpowiedzialności  za przyszłość miasta, w którym żyjemy na co dzień , a także skonfrontowania własnych przekonań  z planowanymi odgórnie koncepcjami rozwoju.

Macie więc dobra okazję, żeby pożalić komuś wpływowemu na los Szkieletora, Zakrzówka i ciągłe rozkopiska na Rynku. Nie wiem, czy to faktycznie coś da, ale zawsze warto spróbować i dać upust swojej frustracji. Spotkanie zacznie się o 13:00 w Starej Auli (budynek główny) i potrwa pewnie z 2 godziny.

blog Kraków


21habit – wypracuj nawyk w 21 dni

Skip to entry content

Wiele jest osób, które chciałyby w sobie coś zmienić, niewiele jednak to robi. Najczęściej Nowy Rok jest momentem, w którym wszyscy masowo stawiają sobie jakieś cele i zapisują palcem na wodzie postanowienia. Pamięć o zobowiązaniach mija zazwyczaj na drugi, góra trzeci dzień i nici z codziennych brzuszków, pompek i powtarzania słówek z angielskiego.

Jest coś co pomoże wszystkim zapaleńcom bez silnej woli – aplikacja 21habit. Jest to osobisty pilnowacz/przypominacz, który pozwala wygrać ze słomiany zapałem. Poprzez prosty interfejs, wpisujemy w nim czynność, która ma zostać naszym nawykiem. Codziennie przychodzi przypomnienie o tym co mamy zrobić i pytanie czy nie olaliśmy sprawy. Dzięki sumarycznemu wykresowi, łatwiej możemy kontrolować nasze spełnianie postanowień i napawać się dumą, że już przez tyle dni daliśmy radę.

Każde postanowienie rozpisane jest na 21 dni – według naukowców, właśnie tyle potrzeba aby wypracować w sobie nawyk. Jeśli przez więcej niż 2 dni z rzędu olaliśmy sprawę, musimy zacząć cały cykl od początku. Z kolei każdym dniem zakończonym sukcesem, możemy pochwalić się na Fejsie. Tego typu kontrola jest całkiem sensownym rozwiązaniem i daje sporo motywacji aby trwać przy swoich założeniach. 21habit to dla mnie super sprawa.