Close
Close

Chillout music bar “Pergamin” na Brackiej

Skip to entry content

Ostatnio mili ludzie z Foodie Card wysłali mi swoją kartę zniżkową, uprawniającą do 50% upustu w 7 krakowskich restauracjach. W związku z tym zastanawiam się, czy nie wprowadzić na blogu kategorii “Fly Food+”. Opisywałbym w niej miejsca, gdzie można zjeść obiad w przedziale 15-20 złotych, bo raz, że coraz więcej jest takich miejsc w Krakowie, a dwa, że czasem można zaszaleć i przeznaczyć więcej na obiad, niż tę wymiętoszoną studencką dychę.  Dzisiejszy wpis nadawałby się własnie do “Fly Food+”.

W zeszły czwartek byłem z Piotrkiem z Locum Artis na obiedzie w Pergaminie. W tytule jest “chillout music bar”, bo też tak to miejsce każe się tytułować, w każdym razie nigdzie nie było napisane, że to “restauracja”. Lokal wygląda na coś między pubem, a kawiarnią, więc zdziwiłem się, że dają tam coś do jedzenia, a nawet całe obiady. Siedliśmy na balkonie/antresoli/tarasie, który znajdował się w studni kamienicy. Bardzo przyjemny klimat – chłodno, kameralnie, fajnie. Ale, ale, ale… od razu po tym jak usiedliśmy, ściągnęliśmy różowe okulary.

Do Pergaminu zwabiła nas opcja zestawu obiadowego za 15 złotych, to też nie wymagaliśmy cudów od lokalu. Jak się szybko przekonaliśmy, słusznie. Stolik lekko się lepił, w popielniczce było pełno petów po poprzednich klientach, a żeby złożyć zamówienie czekaliśmy ponad 10 minut. Kelnerka gdy już łaskawie podeszła, była obrażona, że w ogóle musi nas obsługiwać (mimo, że myliśmy zęby i pachy tego dnia). Na jedzenie czekaliśmy jeszcze dłużej i przychodziło zimne, ale po kolei.

Chillout music bar Pergamin

Zupa – żurek staropolski

Żurek i wyglądał ładnie i smakował przyzwoicie i pachniał nawet, ale był letni (delikatnie mówiąc), co rzuciło wielki cień na jego walory artystyczne. Jakbym chciał zimny to bym sobie kupił mrożony w Tesco. Pomijając temperaturę, to fajnie, że pływała w nim i kiełbaska i jajeczko, ale pływa w nim też włos. Bleee, ohyda, obleśne. Podarowałem sobie dochodzenie, czy to kucharza, czy kelnerki.

Pergamin Bracka 3

Kompot

Kompotu w zestawie niestety nie ma, trzeba dopłacać za niego złotówkę i jest go w ilości takiej jaką widać – tyle co matka Madzi z Sosnowca napłakała. Starcza na półtora łyka, chyba, że ktoś ma bardzo wąskie gardło, to na dwa. Smak jakiś tam ma, ale nie zdążyłem się zastanowić jaki, bo zanim się zorientowałem już go nie było. Może wam się uda.

 Pergamin Bracka 5

Drugie danie – filet z kurczak zapiekany z szynką i serem

Jeśli jeszcze nie wiecie jak smakują zimne frytki, to obsługa Pergaminu z pewnością pozwoli wam się przekonać. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że ciepłe są jednak lepsze. No patrz. Mięso w porządku, szynka chyba nawet nie z przeceny, ale jak chciałem posolić to znowu musiałem czekać 10 minut na solniczkę. Oczywiście kurczaczek też mnie jakoś za bardzo nie poparzył. Tym razem przynajmniej obyło się bez dodatków od obsługi (chyba, że o czymś nie wiem).

Restauracja Pergamin Kraków

Zestaw surówek

Surówki pojawiły się na stole, gdy na talerzu została mi już ostatnia frytka, a filet był już tylko przykrym wspomnieniem. To chyba jakiś nowy trendy w gastronomii – podawanie dodatków do drugiego dania, po zjedzeniu drugiego dania. Wy też spotykacie się z takimi niuansami?

Chillout music bar “Pergamin”

Deser – duńskie ciastko

Jedyna ciepła potrawa tego popołudnia. Ciasteczko ledwo co wyjęte z pieca. Byłoby całkiem smaczne, gdyby nie paliło podniebienia. Kelnerka nie wiedzieć czemu podała nam 2 ciastka na jednym talerzu. To chyba kolejny standard w tej knajpie – po co dawać klientom osobne talerze, skoro mogą jeść z jednego? Sprytne.

Szkoda, że miejsce z takim potencjałem zaprezentowało się tak słabo. Pergamin ma i dobrą lokalizację (Bracka 3-5) i miłe wnętrza i przystępną cenę (15 złotych za zestaw). Miałby też dobre jedzenie, gdyby tylko było ciepłe i personel odpuścił sobie umieszczanie w nim włosów. Co zrobisz? Nic nie zrobisz… Szkoda.

(niżej jest kolejny tekst)

Pod adresem boobstagram.fr znajdziecie kolekcję damskich piersi. Są małe, duże, opalone, blade, bardziej zamaskowane i mniej (głównie mniej). Ten cyco-katalog, to francuska kampania społeczna promująca walkę z rakiem. Główne hasło akcji, to „pokazywanie swoich piersi w internecie jest dobre, ale pokazywanie ich swojemu lekarzowi jest jeszcze lepsze”. No i trudno się nie zgodzić. Miliony lasek (nie tylko we Francji) codziennie wrzucają fotki na portale społecznościowe, z mniej lub bardziej odsłoniętym biustem. Pomijając fakt, że cieszy to wszystkich oprócz ich facetów, to najbardziej ucieszyłoby to ich lekarzy, gdyby tak chętnie chodziły się badać. Rak piersi (jak każdy inny rak) to poważna sprawa, a utrata jednej z nich to tragedia nie tylko dla właścicielki. Bez przesadnego moralizowania, ta akacja powinna im przypomnieć, że dobry cyc, to nie odsłonięty cyc, ale zdrowy cyc!

“Varsovie” – nowy singiel Brodki

Skip to entry content

Single, single, single. Coś dużo tych singli w przeciągu ostatniego tygodnia. Najpierw Nosowska, potem Mrozu, a między nimi Brodka. A no tak, przecież zbliża się fala plenerów i trzeba dać coś nowego, żeby fani nie narzekali na wałkowanie w kółko repertuaru sprzed 2 lat.

Brodka po dwóch byle jakich i bezpłciowych płytach rozniosła polski pop “Gradną”. W albumie z 2010 roku było słowo na “p”, było go nawet całkiem sporo. Monika płodziła tę płytę 4 lata, udało jej się urodzić 10 utworów, ale efekt był co najmniej zadowalający. Numery takie jak “Szysza”, “Granda”, czy “Krzyżówka dnia” towarzyszą mi każdego słonecznego poranka. Bujają, wpadają w ucho, mają pozytywne wibracje i przede wszystkim nie są mdłe.

Po tak udanej płycie, sądziłem, że kolejna będzie równie dobra, ale już się zaczynam o to bać. 3 dni temu ukazał się singiel “Varsovie”, zapowiadający jej nadchodzącą EPkę (pewnie będzie miała z 5 kawałków, bo jak wiadomo, przez 2 lata nie da rady nagrać longplaya). Utwór ma aż 2 zwrotki, każda po 4 wersy. Taki ogrom liryki był dużym wyzwaniem dla artystki jaką jest Brodka i podczas pisania tekstu musiała prosić o pomoc druga osobę – jakiegoś Q. Carenzo (kto to jest?). Trochę żałosne.

Pomijając już ilość i skupiając się na jakości, to kawałek jest po angielsku, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Po cholerę być kolejną nijaką gwiazdką, której teksty rozumie 29% odbiorców? Po co zatraca tożsamość i rezygnuje z tego co jest jej największym atutem – wykonywanie muzyki pop w ojczystym języku w zjadliwy sposób? Angielski ani nie brzmi fajniej, ani nie otworzy jej żadnych furtek, a już na pewno nie doda jej charakteru. Zawiodłem się. Bardzo.

Co do muzyki, to jest miła. Nie sztampowa, nie tendencyjna i (wbrew modzie) nie dubstepowa. Jest akordeon, jest delikatna gitara, jest mocna perkusja na refrenie, jest dobra aranżacja, jest fajnie. Nie jest to numer hitowy, ale do produkcji muzycznej naprawdę trudno się przyczepić. Brzmi bardzo soundtrackowo, trochę jak ścieżka do Skinsów. Ogólnie rzecz biorąc, byłby to świetny utwór, gdyby nie ten przeklęty angielski, który robi z Brodki jedną z miliona innych śpiewających dziewczyn, trudnych do odróżnienia.