Close
Close

Batman: Mroczny Rycerz powstaje – recenzja

Skip to entry content

Kijowe Kino

Byłem na wczorajszym przedpremierowym pokazie nowego Batmana w Kinie Kijów. I był to błąd. Jak się domyślacie, nikt nie poszedł w ślady psychopaty z Denver i nie strzelał, ale menadżer kina prawie zanudził nas na śmierć. Seans miał zacząć się minutę po północy, zaczął się jakieś 35 minut później. Najpierw byłem zmuszony (i reszta widzów również) obcować z  beznadziejną pseudo-konferansjerką wcześniej wspomnianego pracownika kina, następnie obejrzeć spoty promujące wszystkie wydarzenia w Kijowie zaplanowane na najbliższe stulecie, a później trailery innych filmów. Dopiero po tym całym spamie reklamowym łaskawie puścili film. Film, za który skasowali ode mnie 14 złotych.

Batfilm wciąga

Przechodząc stricte do filmu – nie będę trzymał was w niepewności – jest bardzo dobry! Trwa ponad dwie i pół godziny i gdyby nie uciskanie na pęcherz, pewnie bym nie spojrzał na zegarek i nawet się nie zorientował. Wciąga, nie dłuży się, a po napisach końcowych chcesz jeszcze.

Fabuła

Poprzednia część Batmana była tak dawno, że nie pamiętam nawet na czym się skończyła, ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze “Mroczny Rycerz powstaje”. Film tylko w kilku (dosłownie trzech) momentach ściśle nawiązuje do poprzednich epizodów, także nie musisz być psychofanem serii, żeby wiedzieć o co kaman. Będąc już przy fabule, to główny wątek jest taki jak zwykle – ten dobry walczy z tym złym. Na początku przegrywa, później są dwa zwroty akcji, po czym z znienacka ratuje cały świat, i w glorii i chwale, z najlepszą samicą z wioski udaje się na zasłużony wypoczynek. Miałem cichą nadzieję, że może jednak na końcu umrze, ale nie (w końcu producenci sequeli muszą z czegoś żyć). Zepsuję wam zabawę i powiem, że przeżył.

Gra aktorska

Jeśli chodzi o grę aktorską, to wiadomo, że nie o nią tu chodzi. Aktorzy grają jak mogą, ale nie ma rewelacji. Mimo, że pojawiają się takie nazwiska jak Christian Bale (Batman), Joseph Gordon-Levitt (Robin) czy Morgan Freeman (Lucius Fox) to wszystkie sceny oparte są na dwóch, górach trzech minach. Fakt, faktem, że to dobre miny. Najbardziej ambiwalentne uczucia wywoływała we mnie Anne Hathaway (Kobieta Kot). Niby ma ładną sylwetkę, niby dobrze się łasiła i kociła, ale te krzaczaste brwi… bleee! Tom Hardy (Bane) za to robi bardzo pozytywne wrażenie. Niby człowiek-skurwiel, a ma taki miły i ciepły ton głosu – zawsze elegancki i klasą. Spokojnie mógłby pracować w radiu.

Co jest największym atutem filmu?

Oczywiście efekty, sceny walki i charakteryzacja. Włości Bruce’a Wayne’a robią wrażenie. Bat-jaskinia hipnotyzuje jak zawsze. Batman ma kozacki, hustlerski motor i stylowo na nim śmiga, Kobieta Kot kocie ruchy, ale i tak najlepiej wypada Bane. W każdej scenie ma jakąś czarnocharakterną stylówę i co by się nie działo, nie da rady oderwać wzroku od tego czegoś, co ma na twarzy. Przez cały film czekałem, aż Batman mu to ściąganie, żeby zobaczyć co on do cholery ma z tą twarzą, że tak to musi zasłaniać, ale… a zresztą zobaczycie sami.

Jak wspomniałem we wstępie, w filmie cały czas jest akcja. Ciągle coś się dzieje, nawet w momencie gdy Bruce Wayne a.k.a. Batman przestaje być głównym bohaterem i schodzi na dalszy plan. Nie ma zamuły, są dreszcze, ekscytacja i napięcie. Główny wątek nie nuży, a poboczne dobrze go dopełniają. No może poza wątkami miłosnymi, bo i scena seksu była słaba i to flirtowanie z Kocicą mało emocjonujące. Za to jak się leją po pyskach, to już porządnie.

Reasumując

Stay Fly zatwierdza. Sprawdźcie to!

(niżej jest kolejny tekst)

Grzeczny Chłopiec gotuje #4 – Faszerowane papryczki

Skip to entry content

Przed wyjazdem do Paryża (korzystając z dobrodziejstwa posiadania własnej kuchni) udało mi się przyrządzić kozackie danie – faszerowane papryczki. Brzmi, wygląda i (o dziwo) smakuje bardzo dobrze, jednak z góry muszę zaznaczyć, że nie jest to “danie w 5 minut”. Przygotowanie trochę zajmuje i to nawet sporo. Od momentu wyłożenia zakupów z produktami na stół, do rozkrojenia gotowej papryczki, minęło jakieś półtorej godziny. Nigdy tyle nie czekałem na jedzenie, ale na szczęście nie było ofiar śmiertelnych.

 

Co nam będzie potrzebne?

– 10 okazałych czerwonych papryk
– 500 gram mięsa mielonego
– 2 pomidory
– pieczarki (cholera, nie pamiętam ile, ale coś ponad pół kilo)
– 2 cebule
– 1 paczka ryżu (może być Uncle Ben’s)
– 200 gram startego sera żółtego
– 2 puszki koncentratu pomidorowego
– sól, pieprz, bazylia, oregano, majeranek (ewentualnie zioła prowansalskie)

Z góry uprzedzam, że roboty przy tym jest od cholery. Gdyby nie wsparcie techniczne mojej dziewczyny, pewnie bym się poddał w połowie.

 

1. Obieramy i kroimy pieczarki w drobną kostkę.

 

2. W międzyczasie gotujemy ryż.

 

3. W drugim międzyczasie smażymy mięso.

 

4. Gdy już wszystkie pieczarki zostaną skrojone w kosteczkę, dorzucamy do nich poszatkowaną cebulę i całość dusimy na patelni.

 

5. W trzecim międzyczasie mieszamy ugotowany ryż z usmażonym mięsem i dodajemy do tego pomidory pokrojone w kostkę oraz koncentrat pomidorowy.

 

6. W czwartym międzyczasie trzemy cały ser na tarce i dosypujemy go do michy z mięsem, ryżem i pomidorami.

 

7. Jeśli pieczarki jeszcze się nie zblanszowały na odpowiedni kolor, to w piątym międzyczasie drążymy papryki ścinając im górę i wycinając bebechy. W kolejnym międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni.

 

8. Dobra, teraz pieczarki na pewno już są gotowe. Jeśli macie na tyle dużą miskę żeby wymieszać cały farsz z pieczarkami, to zróbcie to. Jeśli nie (tak jak ja), to też nie ma powodu do paniki. Bierzemy wydrążone papryki i napełniamy je po same brzegi, pakując w nie na przemian warstwę pieczarek, a następnie farsz.

 

9. Papryczki są wypchane po brzegi, wkładamy je do rozżarzonego piekarnika i trzymamy tam około 15 minut. Farsz, który został możemy sobie podjeść, wyobrażając sobie jak dobrze będzie smakowała całość.

 

10. Jeśli kwas żołądkowy jeszcze nie strawił nam wnętrzności, możemy rozkoszować się smakiem faszerowanej papryczki a la Grzeczny Chłopiec. Według mojej dziewczyny i współlokatorów było bardzo dobre, więc nie sposób mi się nie zgodzić z nimi. Smacznego!

Pezet – Miejski Sound (J&B City Remix)

Skip to entry content

Dzisiaj miało być zwyczajowo “High Five”, ale wczoraj pojawiła się taka petarda, że to jej postanowiłem poświęcić piątkowy wpis.

Pezet, jako ambasador whisky J&B, od grudnia do marca prowadził konkurs, w którym jego fani przysyłali nagrane przez siebie dźwięki miasta. Akcja nosiła nazwę “City Remix”, a przysłane sample miały posłużyć do stworzenia muzyki, pod którą zarapuje Pezet. No i doczekaliśmy się, wczoraj pojawił się premierowy utwór wraz z klipem.

Numer jest wielką bombą, totalny kozak! Za produkcję muzyczną odpowiedzialny jest Auer, koleś który dołożył swoją cegiełkę do powstawania dupstepowo/grimeowej płyty “Radio Pezet”, a ostatnio nieźle zremixował pseudo-poetyckie wypociny Brodki. W “Miejskim soundzie” odwalił kawał dobrej roboty. Jest nowocześnie, jest energicznie i mimo, że to raczej mocna elektronika niż pianinko i smyczki, to nie jest to przesadzone i zbyt ciężkie. Buja (i to jak cholera), a o to właśnie w rapie chodzi. No właśnie, rapie…

Już widzę tę falę hejterów, która będzie pisać na YouTubie, że woleli starego Pezeta z “Muzyki Klasycznej”, a to w ogóle nie jest rap, tylko jakaś techniawka i nie da się tego słuchać. Mogę się założyć o pół litra, że za dwa, góra trzy lata wszyscy raperzy oprócz Hemp Gru i Eldoki będą nawijali pod takie bity. Kto się nie rozwija, się zwija i taka jest prawda. Ile można męczyć te same, zamulone sample z lat 80-tych? Dopóki hajs nie przestanie się zgadzać, wiem, wiem.

Co do warstwy lirycznej, to Pezet nie gada w tym utworze o niczym poważnym ani sensownym, bo też nie takie było założenie. Rapuje na poziomie Swaya czy Dope D.O.D., o tym że chodzi sobie po mieście, słucha muzy i go to jara. I mnie też to jara, bo efekt jest zajebisty.

Sam klip jest już trochę słabszy. Jego koncepcja została oparta na światłach miasta, jednak wypadają trochę blado. Mało kolorów, mało wyjątkowych ujęć, których nie widziałbym tak często w innych teledyskach, a moment z drewnianymi tancerzami daje ciała po całości. Fakt faktem, nie ma tragedii, ale nie jest to też coś od czego bym oszalał (jak w przypadku muzyki). A może u was jest inaczej, co?