Close
Close

Pezet – Miejski Sound (J&B City Remix)

Skip to entry content

Dzisiaj miało być zwyczajowo “High Five”, ale wczoraj pojawiła się taka petarda, że to jej postanowiłem poświęcić piątkowy wpis.

Pezet, jako ambasador whisky J&B, od grudnia do marca prowadził konkurs, w którym jego fani przysyłali nagrane przez siebie dźwięki miasta. Akcja nosiła nazwę “City Remix”, a przysłane sample miały posłużyć do stworzenia muzyki, pod którą zarapuje Pezet. No i doczekaliśmy się, wczoraj pojawił się premierowy utwór wraz z klipem.

Numer jest wielką bombą, totalny kozak! Za produkcję muzyczną odpowiedzialny jest Auer, koleś który dołożył swoją cegiełkę do powstawania dupstepowo/grimeowej płyty “Radio Pezet”, a ostatnio nieźle zremixował pseudo-poetyckie wypociny Brodki. W “Miejskim soundzie” odwalił kawał dobrej roboty. Jest nowocześnie, jest energicznie i mimo, że to raczej mocna elektronika niż pianinko i smyczki, to nie jest to przesadzone i zbyt ciężkie. Buja (i to jak cholera), a o to właśnie w rapie chodzi. No właśnie, rapie…

Już widzę tę falę hejterów, która będzie pisać na YouTubie, że woleli starego Pezeta z “Muzyki Klasycznej”, a to w ogóle nie jest rap, tylko jakaś techniawka i nie da się tego słuchać. Mogę się założyć o pół litra, że za dwa, góra trzy lata wszyscy raperzy oprócz Hemp Gru i Eldoki będą nawijali pod takie bity. Kto się nie rozwija, się zwija i taka jest prawda. Ile można męczyć te same, zamulone sample z lat 80-tych? Dopóki hajs nie przestanie się zgadzać, wiem, wiem.

Co do warstwy lirycznej, to Pezet nie gada w tym utworze o niczym poważnym ani sensownym, bo też nie takie było założenie. Rapuje na poziomie Swaya czy Dope D.O.D., o tym że chodzi sobie po mieście, słucha muzy i go to jara. I mnie też to jara, bo efekt jest zajebisty.

Sam klip jest już trochę słabszy. Jego koncepcja została oparta na światłach miasta, jednak wypadają trochę blado. Mało kolorów, mało wyjątkowych ujęć, których nie widziałbym tak często w innych teledyskach, a moment z drewnianymi tancerzami daje ciała po całości. Fakt faktem, nie ma tragedii, ale nie jest to też coś od czego bym oszalał (jak w przypadku muzyki). A może u was jest inaczej, co?

(niżej jest kolejny tekst)

Ostatnio sporo mówi się o amerykańskiej ćwierć-komedii “Projekt X”, w której trójka prawiczków organizuje melanż ostateczny. Gruby, ciapaty i ciotowaty, pod nieobecność rodziców tego trzeciego, organizują mega-domówkę, na której pojawiają się luksusowe prostytutki, lokalne gwiazdy i wszyscy, których wypada mieć na tego typu imprezie. Sam film w sobie jest taki se. Nie śmieszy, nie ma w nim krzty autentyczności, a jego największą zaletą są nagie cycki. Dużo młodych, nagich cycków. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o przekaz filmu.

Co by się nie działo, dobre cycki zawsze znajdą szerokie grono odbiorców. Parę osób natchnionych tą ideą postanowiło odwzorować filmową imprezę w polskich realiach. Pewnie słyszeliście o olsztyńskiej domówce, na której było 250 osób i o podwarszawskiej domówce, na której było 500 osób. Teraz kolej na Kraków. Co prawda, od dawien dawna na Dietla 44 odbywają się epickie domówki, które spokojnie można porównać do tych z “Projektu X”, ale widać ktoś chce je przebić. Chce. A jak wiadomo dobrymi chęciami wybrukowane są schody do sejmu.

3 sierpnia w Klubie Fabryka (na Zabłociu, gdyby ktoś nie kojarzył) dobędzie się event pod tytułem “Project X Kraków”. Pomysł dobry, ale wykonanie już widać, że będzie średnie. Jak można imprezę w klubie nazwać domówką? No jak? To tak jakby oglądanie filmu na komputerze nazwać seansem kinowym. Wiadomo, że organizatorzy chcieli pojechać na fejmie filmu i liczą na astronomiczne zyski, ale trochę powagi panowie!

Pomijając ten niedżentelmeński chwyt marketingowy, “Project X Kraków” może mimo wszystko okazać się udaną imprezą. Przed klubem ma zostać ustawiony dmuchany zamek i basen, a o oprawę muzyczną zadbać mają między innymi Junkie Punks. Start imprezy – godzina 21:00. Więcej szczegółów znajdziecie w opisie wydarzenia na Fejsie.

Po wieczorze kawalerskim z tuzinem prostytutek obu płci, przychodzi znienacka smutny dzień, kiedy pan młody jednak weźmie ten ślub. Mimo rozmów wychowawczych nie da rady nakłonić chłopaka do zmiany zadania. Uparł się i tyle. Może po trzecim dziecku albo 40-stce żony uda mu się ocknąć i jakoś wymiksować. Póki co, pozostaje nam tylko jakoś sensownie przygotować się na to wesele i spróbować nie upić się przed wejściem do kościoła. Sprawdźcie naszą ślubną playlistę.

 

#1 Big Cyc – Rudy się żeni – nieśmiertelny klasyk mocno balansujący na granicy kiczu. Możesz nienawidzić Big Cyca, ale chyba nie wyobrażasz sobie, że inny kawałek mógłby rozpocząć to zestawienie?

 

#2 The Analogs – Trucizna – wjeżdżamy ostrzej i brzmieniowo i tekstowo. Rockowy apel chłopaków idealnie nadaje się na moment, gdy  narzeczeni mają powiedzieć sobie sakramentalne “tak”. Panowie pamiętajcie, to ostatnia szansa żeby stamtąd uciec!

 

#3 Nagły Atak Spawacza – Wesele – niestety nie udało się włączyć niewidzialności i wyjść. Oznacza to, że przyjęcie się odbędzie i będziemy mieć do czynienia z totalną weselną chamówą. Spawacze nie przebierając zbytnio w epitetach, opisują jak to zazwyczaj wygląda.

 

#4 Kayah i Bregovic – Prawy do lewego – jaka by to impreza rodzinna nie była, gdy wszyscy się spiją, w końcu i tak leci ten numer. Uwaga dziewczyny! Przy tym kawałku żaden wujek Staszek z Węgorzewa Mniejszego wam nie odpuści i czy wam się podoba czy nie, będziecie musiały z nim tańczyć. Pilnujcie dziwnie osuwających się rąk z pleców na pośladki.

 

#5 Masters – Żono moja – jest 30 sekund po północy, wszyscy są tak zbąbieni, że proboszcz publicznie obraca najmłodszą wdowę na sali. Orkiestrodidżej puszcza “Białego misia” na przemian z Tomaszem Niecikiem i nagraniami swojej disco-kapeli. Najwyższy czas żeby się zawijać, póki nikt ci jeszcze nie obrzygał butów.