Close
Close

Ostatnio sporo mówi się o amerykańskiej ćwierć-komedii “Projekt X”, w której trójka prawiczków organizuje melanż ostateczny. Gruby, ciapaty i ciotowaty, pod nieobecność rodziców tego trzeciego, organizują mega-domówkę, na której pojawiają się luksusowe prostytutki, lokalne gwiazdy i wszyscy, których wypada mieć na tego typu imprezie. Sam film w sobie jest taki se. Nie śmieszy, nie ma w nim krzty autentyczności, a jego największą zaletą są nagie cycki. Dużo młodych, nagich cycków. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o przekaz filmu.

Co by się nie działo, dobre cycki zawsze znajdą szerokie grono odbiorców. Parę osób natchnionych tą ideą postanowiło odwzorować filmową imprezę w polskich realiach. Pewnie słyszeliście o olsztyńskiej domówce, na której było 250 osób i o podwarszawskiej domówce, na której było 500 osób. Teraz kolej na Kraków. Co prawda, od dawien dawna na Dietla 44 odbywają się epickie domówki, które spokojnie można porównać do tych z “Projektu X”, ale widać ktoś chce je przebić. Chce. A jak wiadomo dobrymi chęciami wybrukowane są schody do sejmu.

3 sierpnia w Klubie Fabryka (na Zabłociu, gdyby ktoś nie kojarzył) dobędzie się event pod tytułem “Project X Kraków”. Pomysł dobry, ale wykonanie już widać, że będzie średnie. Jak można imprezę w klubie nazwać domówką? No jak? To tak jakby oglądanie filmu na komputerze nazwać seansem kinowym. Wiadomo, że organizatorzy chcieli pojechać na fejmie filmu i liczą na astronomiczne zyski, ale trochę powagi panowie!

Pomijając ten niedżentelmeński chwyt marketingowy, “Project X Kraków” może mimo wszystko okazać się udaną imprezą. Przed klubem ma zostać ustawiony dmuchany zamek i basen, a o oprawę muzyczną zadbać mają między innymi Junkie Punks. Start imprezy – godzina 21:00. Więcej szczegółów znajdziecie w opisie wydarzenia na Fejsie.

(niżej jest kolejny tekst)

Po wieczorze kawalerskim z tuzinem prostytutek obu płci, przychodzi znienacka smutny dzień, kiedy pan młody jednak weźmie ten ślub. Mimo rozmów wychowawczych nie da rady nakłonić chłopaka do zmiany zadania. Uparł się i tyle. Może po trzecim dziecku albo 40-stce żony uda mu się ocknąć i jakoś wymiksować. Póki co, pozostaje nam tylko jakoś sensownie przygotować się na to wesele i spróbować nie upić się przed wejściem do kościoła. Sprawdźcie naszą ślubną playlistę.

 

#1 Big Cyc – Rudy się żeni – nieśmiertelny klasyk mocno balansujący na granicy kiczu. Możesz nienawidzić Big Cyca, ale chyba nie wyobrażasz sobie, że inny kawałek mógłby rozpocząć to zestawienie?

 

#2 The Analogs – Trucizna – wjeżdżamy ostrzej i brzmieniowo i tekstowo. Rockowy apel chłopaków idealnie nadaje się na moment, gdy  narzeczeni mają powiedzieć sobie sakramentalne “tak”. Panowie pamiętajcie, to ostatnia szansa żeby stamtąd uciec!

 

#3 Nagły Atak Spawacza – Wesele – niestety nie udało się włączyć niewidzialności i wyjść. Oznacza to, że przyjęcie się odbędzie i będziemy mieć do czynienia z totalną weselną chamówą. Spawacze nie przebierając zbytnio w epitetach, opisują jak to zazwyczaj wygląda.

 

#4 Kayah i Bregovic – Prawy do lewego – jaka by to impreza rodzinna nie była, gdy wszyscy się spiją, w końcu i tak leci ten numer. Uwaga dziewczyny! Przy tym kawałku żaden wujek Staszek z Węgorzewa Mniejszego wam nie odpuści i czy wam się podoba czy nie, będziecie musiały z nim tańczyć. Pilnujcie dziwnie osuwających się rąk z pleców na pośladki.

 

#5 Masters – Żono moja – jest 30 sekund po północy, wszyscy są tak zbąbieni, że proboszcz publicznie obraca najmłodszą wdowę na sali. Orkiestrodidżej puszcza “Białego misia” na przemian z Tomaszem Niecikiem i nagraniami swojej disco-kapeli. Najwyższy czas żeby się zawijać, póki nikt ci jeszcze nie obrzygał butów.

W taki dzień jak dzisiaj, gdy praży słońce, na nasz kraj nikt nie zrzuca bomb, afer z Ukrainkami, ani wąglika, do szczęścia potrzeba tylko zimnej Mirindy i wygodnego fotela. W takie dni, zastanawiam się też jak to jest, że u nas przez 9 miesięcy jest zima, a w Grecji przez taką samą ilość czasu lato. I w ogóle dywaguję nad złożonością bytu i niepojęta strukturą wszechświata. Wiem, wiem, gadam jak Giertych po acodinie, ale czasem oglądając National Geographic robię oczy jak 5 złotych, bo trudno mi uwierzyć, że takie rzeczy naprawdę na świecie są. Tak jest tym razem. Na Gadżetomanii znalazłem zbiór zdjęć zatytułowany “5 zadziwiających fenomenów natury”, dla mnie to autentyczne “cuda świata”.

 

Wybrzeże cappuccino

Bardzo rzadki efekt oceaniczny – gruba piana zbierająca się w rejonach przybrzeżnych. Do złudzenia przypomina tą, która wytwarza się podczas przyrządzania cappuccino. Powstaje w efekcie mieszania się morskiej wody z martwymi morskimi żyjątkami.

 

Rdzawy przypływ

Zjawisko to wytwarzają wodne roślinki – kwitnące algi morskie.  Wodę w tym kolorze można spotkać na zachodnim wybrzeżu USA. Za barwę odpowiedzialny jest toksyczny fitoplankton – Karenia brevis. Jeśli poprzednie zdanie nic wam nie mówi, to (mówiąc ludzkim językiem) chodzi o to, że mikroskopijne roślinki unosząc się na powierzchni wody, dają złudzenie zmiany jej koloru.

 

Chmury mammatus


Wyglądają jak krowie wymiona. Powstają w pobliżu burz, przez co mają w swoich dolnych częściach wgłębienia, które nadają im nieregularny bąbelkowy kształt.Występują zazwyczaj przy chmurach stratocumulus i cumulonimbus (cokolwiek znaczą tez nazwy).

 

Bioluminescencja

Grzyb. Zwykły grzyb. To znaczy zwykły świecący grzyb. Powyższy okaz jest fluorescencyjny. Znaczy to tyle, że w ciągu dnia kumuluje światło, a w nocy świeci. Podobno podczas I wojny światowej, żołnierze używali kawałków opieńki miodowej (też grzyba) do czytania listów w okopach. Łouł!

 

Ognista tęcza

Najbardziej efektowne tęcze jakie można zobaczyć na ziemi. Fachowo nazywane są okołohoryzontalnymi. Powstają gdy promienie słoneczne padają na chmurę z kryształkami lodu pod kątem 58 stopni. Nie zdarza się to w każdą środę.