Close
Close

Paryż część III – Łuk Triumfalny, katakumby i Montmartre

Skip to entry content

Dziś trzecia (i w zasadzie to chyba ostatnia) część relacji z tygodnia w Paryżu. Jeśli nie czytaliście wcześniejszych, to tu pierwsza, druga i francuskie śniadanie mistrzów.

 

Łuk Triumfalny i rondo Charlesa de Gaulle’a

Ja nie miałem jakiegoś wielkiego napału na to miejsce, ale Bartek powiedział, że “to trzeba zobaczyć!”. Nie wiedziałem za bardzo czym jest to konieczne do zobaczenia “to”, ale jak dotarliśmy na miejsce wszystko było jasne.

Sam Łuk Triumfalny… jak to łuk triumfalny – duży i zaokrąglony. Nie jestem fanatykiem tematu, nie kończyłem architektury, ani nawet historii na UJocie, nie będę tu tworzył peanów na jego cześć. Wygląda monumentalnie i (jak to w Paryżu) jest przy nim od cholery turystów. Tyle.

Natomiast to co się dzieje wokół niego – czyli rondo Charlesa de Gaulle’a – no to, to faktycznie warto zobaczyć. Jeśli myślicie, że na alejach po 16-tej jest bydło, to wam się tylko tak wydaje. Na rondzie pod Łukiem Triumfalnym jest rozpierdziucha po całości. Nie wiem ile tam jest pasów ruchu – 8? 10? 12? Jakbym dołożyć do tego skutery podjeżdżające autobusom pod koła i wpychające się w każdy wolny centrymetr kwadratowy powierzchni, to pasów byłoby i z 16. Wszyscy trąbią, każdy ma pierwszeństwo, a kierujący ruchem mogą co najwyżej sobie pogwizdać. Nie chcielibyście tam zdawać egzaminu na prawko. Serio.

 

Katakumby

To również był pomysł Bartka. Paryskie Katakumby to doświadczenie przerażające podwójnie. Najpierw paraliżuje cię niemal na śmierć przerażenie gdy widzisz kolejkę. TRZY GODZINY STANIA PO BILET (ale daliśmy radę)!!! Potem przez ponad pół godziny masz bardzo intensywną lekcję anatomii. Założę się, że takiej ilość szczątków martwych ludzi nie widziałeś we wszystkich obejrzanych filmach grozy razem wziętych. W skrócie czaszki, piszczela, obojczyki, czaszki. Przyznaję się, kiedy był skok napięcia i na sekundę zgasło światło prawie się posikałem.

 

Montmartre

Montmartre to najfajniejsze miejsce w całym Paryżu. Jest to wzgórze, na którym mieszkało (i mieszka nadal) nieprzeciętnie dużo malarzy, pisarzy, muzyków i innych artystycznych dusz. Stąd jego przydomek “wzgórze artystów”. Wdrapując się na nie, czuć ten artystyczny klimat, tę nieskrępowaną twórczą atmosferę, tę wolność. Jest to najwyżej położona dzielnica Paryża i z jej szczytu rozpościera się widok na całe miasto.

Ze szczytu zielonego od trawy, dodajmy, na którym ludzie:

  • piknikują (z winkiem oczywiście)
  • śpiewają
  • grają na instrumentach
  • rapują
  • żonglują (czym się da)
  • tańczą
  • i bawią się we wszystkich innych formach nie wymienionych powyżej

Zakochałem się w tym miejscu, jest cudowne. Chciałbym tam pomieszkać przez parę miesięcy, na przykład na wiosnę i lato. Może nie dziś i nie za tydzień, ale kiedyś to zrobię.

(niżej jest kolejny tekst)

Paryż część II – couchsurfing, Veliby i Ogród Luksemburski

Skip to entry content

Wiecie już ile czeka się w kolejce do Wieży Eiffla i gdzie warto zjeść śniadanko w Paryżu. Teraz kolej na to bym wam opowiedział jak surfuje się na kanapie, czym są Veliby i gdzie warto wybrać się na paryski piknik.

 

Couchsurfing

Po dwudniowej przygodzie z hostelem, mieliśmy zaklepane kolejne dwie noce u tajemniczej osoby, która funkcjonowała w sieci pod nickiem “Anik78”. Jako, że była to nasza pierwsza przygoda z kanapowym surfowaniem (a jak już zdążyłem się przekonać nie brakuje tam świrów), trochę się baliśmy czy faktycznie będziemy mieli gdzie spać, czy będzie to kanapa, dykta, czy dywanik w łazience (i najważniejsze), czy w nocleg nie będą wliczone jakieś niezapowiedziane przygody?

Na szczęście nasza hostka (hostessa dziwnie brzmi w tym kontekście, a nie wiem jaki jest poprawny odpowiednik) była normalna. Ba, Ania okazała się bardzo sympatyczną, otwarta osobą i w dodatku Polką! Ugościła nas pierwszoklasowo i zabrała w parę fajnych miejsc, a wieczorem zjedliśmy u niej taką oto kolacyjkę (jak na nią teraz patrzę to ślinka cieknie jak szalona).

ser pleśniowy (nie pamiętam nazwy), mortadela z pistacjami i białe wino za 2,50 euro

 

Veliby

Przed wylotem pytałem was o porady, sugestie i lifehacki odnośnie Paryża. Wymieniliście masę ciekawych miejsc i zasugerowaliście, że po mieście malarzy warto poruszać przy użyciu rowerów miejskich – Velibów. Byłem do tego trochę sceptycznie nastawiony, bo wiem jak u nas w Krakowie funkcjonuje sieć rowerów miejskich (w sensie, że nie działa w ogóle). Ale, ale… okazało się jednak, że co Francja to jednak elegancja. W Paryżu to działa rewelacyjnie.

Żeby móc korzystać z rowerków musisz się zarejestrować przy użyciu terminala na jednej ze stacji (których jest od cholery, średnio co 1-1,5 kilometra). Cały proces rejestracyjny jest banalny, nie trwa dłużej niż 5 minut i żeby dostać swój numer użytkownika potrzebujesz jedynie karty bankomatowej VISA (Mastercard podobno też działa). Gdy masz już swój numer po prostu wstukujesz go w terminalu stacji, z której chcesz wziąć rowerek, wstukujesz numer rowerka i odjeżdżasz. Proste, wygodne i funkcjonalne.

Zastanawiacie się pewnie ile eurasków kosztuje taka przyjemność, czy 200, czy tylko 150? Zabawa jest naprawdę tania, nawet przeliczając jej koszt na złotówki. Wypożyczenie roweru na jeden dzień kosztuje 1,70 euro (czyli około 7zł), a na tydzień 8 euro (macie kalkulator, to sobie policzycie ile to wychodzi). Biorąc pod uwagę, że na Velibie można przejechać (dosłownie) cały Paryż, to naprawdę bardzo, bardzo tanio. I oczywiście przyjemnie, bo jadąc po ulicach jednocześnie zwiedzamy.

 

Ogród Luksemburski

Gdy tak jeździliśmy na Velibach i zwiedzaliśmy, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w parku, żeby odpocząć, chlapnąć trochę winka i podładować baterie. Najfajniejszym parkiem (prawie tak fajnym jak dobre wina za 2,50 euro), w którym mieliśmy okazję się relaksować był Ogród Luksemburski.

Jest to ogromny park, w którym ludzie piknikują przez CAŁY dzień. Będąc tam nie sposób było nie docenić jego piękna i tego, że każdy jego zakątek jest zadbany, a śmieci są tylko w koszach. Jednak to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to fakt, że w każdym miejscu gdzie tylko była trawa siedzieli ludzie. I siedzieli tam przez cały dzień. Dzieciaki, nastolatki, studenci, ludzie pracujący, emeryci i hinduscy emigranci siedzieli na trawie i odpoczywali. Niezależnie czy była to 11:00, 15:00 czy 19:00, rozkładali koce, wyciągali jedzenie i picie i piknikowali. U nas nie ma takich rzeczy…

Czułem się naprawdę jak w innym świecie. Totalny luz i zero spiny o to, czy zaraz panowie w kubrakach nie będą cię ścigać jak kryminalistę, bo ośmieliłeś się otworzyć piwko. Uśmiechnięci i zadowoleni ludzie celebrowali chwilę popijając wino. To jest cywilizacja! Chciałbym, żeby kiedyś było tak u nas, żebym mógł pójść z dziewczyną do Parku Jordana i spokojnie napić się merlota… Pieprzyć legalizację, dajcie nam pić w parkach!

panowie grają w bule, panie podziwiają :)

 

Śniadanie Mistrzów #13 – Francuskie śniadanie

Skip to entry content

Dziś sobota, czyli “Śniadanie Mistrzów”, a w nim francuskie śniadanie. Ale, ale… nie takie francuskie śniadanie jak myślicie. Nie jest to sztandarowy rogalik z dżemem, aczkolwiek również składa się z iście paryskich produktów.

Zwiedzając Paryż z Bartkiem, z hostelu wychodziliśmy wcześnie rano. Po drodze zahaczaliśmy o sklep DIA (francuska Biedronka), kupując bagietkę, pomidora, ser i wędlinę i śniadanie jedliśmy już w plenerze. Raz, że wymagała tego sytuacja, a dwa, że było to bardzo miłe – zjeść sobie świetne jedzenie w uroczym parku, na łonie natury.

stary nasyp kolejowy znajdujący się 10 metrów nad ziemią zaadoptowany na park

 

a to widok z niego

 

Przechodząc do konkretów, śniadanko, które chciałbym wam polecić to: bagietka, długo dojrzewająca kiełbasa francuska, pomidor i ser pleśniowy typu brie. Bagietkę najpierw przekrawamy wzdłuż, a potem na cztery, następnie wszystkie składniki kroimy w plasterki i wkładamy do środka ćwiartek. Efekt wygląda jak na zdjęciu, a smakuje świetnie. Ta kiełbasa jest przepyszna (Bartek przywiózł do domu dwie laski).

Smacznego!