Close
Close

Pimp my bike w MOCAKu, czyli reCYCLING vol.2

Skip to entry content

Dawno nie było nic o Krakowie. Raz, że nie było mnie w mieście, a dwa, że w zasadzie nic nadzwyczajnego się nie działo, oprócz domówek, które okazywały się klubówkami (swoją drogą, był ktoś?). Dziś nie dość, że o Krakowie to jeszcze o rowerach.

W przyszłą sobotę (czyli 1 września)  pod MOCAKiem (Muzeum Sztuki Współczesnej na Zabłociu) odbędzie się druga edycja eventu “Pimp my bike” (lub też “reCYCLING”, jak podają organizatorzy). Kto był na pierwszej, ten buja się już po Krakowie odpicowanym jednośladem, kto nie, ten ma dwa wyjścia. Może przejrzeć foty poniżej (i te tutaj) i pluć sobie w brodę, że jego rower wciąż jest szary jak papier w publicznej toalecie albo przyjść na “reCYCLING vol.2” i zmienić ten stan rzeczy.

Podobnie jak podczas pierwszej edycji, wszystkie niezbędne narzędzia do rowerowej metamorfozy będą dostępne na miejscu. I to za darmo! Zupełnie za friko będzie można bawić się sprejami, szablonami, taśmami i innymi wynalazkami. Fajnie, co? Oprócz rodzinnej atmosfery i oprawy muzycznej, podczas drugiej edycji również będziecie mogli skorzystać z darmowego wstępu na wszystkie wystawy mające miejsce w muzeum. Jeśli nie macie roweru, to warto wpaść na to wydarzenie choćby właśnie z tego powodu.

Start imprezy – godzina 12:00, koniec – koło 16:00. To co, do zobaczenia?

[wzslider autoplay=”true” lightbox=”true”]

Ps.: na stronie MOCAKu prowadzony jest konkurs na najbardziej odpimpowany rower. Do wygrania co prawda tylko lans i fejm na dzielni, ale zawsze to coś. Czas macie do 28 sierpnia.

(niżej jest kolejny tekst)

Jak na najpopularniejszego polskiego blogera przystało, za miliony monet zarobione z reklam bujam się po świecie i trwonię je na prawo i lewo. W połowie lipca byłem na tydzień w Paryżu, a na początku sierpnia wywiało mnie na trzy tygodnie do Londynu. I gdy tak nonszalancko woziłem się po tej zachodniej Europie (wydając euraski i funciki to tu, to tam), znienacka naszła mnie pewna refleksja. Refleksja, która brzmiała mniej więcej tak:

Jak to jest do cholery,  że garnitur w H&M we Francji jest dwa razy tańszy niż w Polsce, a my zarabiamy trzy razy mniej?

Pomyślałem sobie – eee tam, na pewno przypadek. Ale, ale potem zupełnie niespecjalnie przechodziłem obok Starbucksa. I co? I – niewiarygodne, ale prawdziwe – okazało się, że kawa w tej popularnej sieciówce w Paryżu kosztuje dokładnie tyle samo co Krakowie. (Przypominam oczywiście, że wciąż przeciętny Polak zarabia trzy razy mniej niż przeciętny Francuz). Ta Francja to jakaś szalona – pomyślałem – toż to wbrew naturze żeby rzeczy kosztował tyle co u nas, a ludzie mieli trzy razy więcej kasy.

Kolejny raz wybałuszyłem gały, gdy wszedłem do Zary przy Oxford Circus w Londynie. Ciuchy te same co w Polsce, nowa kolekcja kosztuje tyle samo co w Polsce, i stara (przeceny) dla zmyły też. Sytuacja oczywiście powtórzyła się we wszystkich innych sieciówkach, czy to odzieżowych czy spożywczych, czy w zasadzie jakichkolwiek innych.

Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem, że raz w życiu wystawiłem nogę poza własne podwórko i dziwię się jak małpa w samolocie. Może (pewnie) tak jest, nie przeczę. Może (pewnie) macie rację. Może (może) jestem ograniczony/ciemny/opóźniony w rozwoju, ale powiedzcie mi proszę, jak Francuzi mogą zarabiać trzy razy więcej, a Anglicy cztery razy więcej niż Polacy, sprzedając te same przedmioty za tę samą cenę?

No bo łopatologicznie do sprawy podchodząc, jeśli ktoś ma sklep z produktami (przykładowo) Apple’a, obojętnie czy w Krakowie, Paryżu czy Londynie, i sprzedaje te iPady (przykładowo) za 2000 jednostek pieniężnych i ktoś te iPady za tyle kupuje, ten co ten co je sprzedaje ma te 2000 jednostek pieniężnych.  Ba, nie dość, że je ma, to w dodatku je wydaje albo inwestuje. I jak go podkusi i wyda (przykładowo) na obiad 50 jednostek pieniężnych, to ktoś kto ma tę restaurację ma 50 jednostek pieniężnych przychodu, a kelner 5 jednostek pieniężnych napiwku (zakładam, że wszyscy resellerzy Apple’a mają gest i dają 10% napiwku). Ów restaurator zarobione pięć dych wydaje (znów przykładowo) na co mu się rzewnie podoba (kelner również), i tym sposobem pieniądz jest w obiegu i idzie dalej, dalej i dalej i ludzie się bogacą.

Zapytuję więc po raz kolejny – co się dzieje z tymi pieniędzmi, że mamy ich 3 razy mniej niż Francuzi i 4 razy mniej niż Anglicy?

Czy kradnie je Polski Czerwony Krzyż, Platforma Obywatelska, Smok Wawelski, Duch Święty, czy może Zakład Ubezpieczeń Skarbowych? Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale jeśli miałbym kogoś typować, to byłby to Krasnal Hałabała. Zawsze miał taką bujną brodę, a nigdy żadnego wąsa, podejrzane. A wy macie swoje typy?

Batman: Mroczny Rycerz powstaje – recenzja

Skip to entry content

Kijowe Kino

Byłem na wczorajszym przedpremierowym pokazie nowego Batmana w Kinie Kijów. I był to błąd. Jak się domyślacie, nikt nie poszedł w ślady psychopaty z Denver i nie strzelał, ale menadżer kina prawie zanudził nas na śmierć. Seans miał zacząć się minutę po północy, zaczął się jakieś 35 minut później. Najpierw byłem zmuszony (i reszta widzów również) obcować z  beznadziejną pseudo-konferansjerką wcześniej wspomnianego pracownika kina, następnie obejrzeć spoty promujące wszystkie wydarzenia w Kijowie zaplanowane na najbliższe stulecie, a później trailery innych filmów. Dopiero po tym całym spamie reklamowym łaskawie puścili film. Film, za który skasowali ode mnie 14 złotych.

Batfilm wciąga

Przechodząc stricte do filmu – nie będę trzymał was w niepewności – jest bardzo dobry! Trwa ponad dwie i pół godziny i gdyby nie uciskanie na pęcherz, pewnie bym nie spojrzał na zegarek i nawet się nie zorientował. Wciąga, nie dłuży się, a po napisach końcowych chcesz jeszcze.

Fabuła

Poprzednia część Batmana była tak dawno, że nie pamiętam nawet na czym się skończyła, ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze “Mroczny Rycerz powstaje”. Film tylko w kilku (dosłownie trzech) momentach ściśle nawiązuje do poprzednich epizodów, także nie musisz być psychofanem serii, żeby wiedzieć o co kaman. Będąc już przy fabule, to główny wątek jest taki jak zwykle – ten dobry walczy z tym złym. Na początku przegrywa, później są dwa zwroty akcji, po czym z znienacka ratuje cały świat, i w glorii i chwale, z najlepszą samicą z wioski udaje się na zasłużony wypoczynek. Miałem cichą nadzieję, że może jednak na końcu umrze, ale nie (w końcu producenci sequeli muszą z czegoś żyć). Zepsuję wam zabawę i powiem, że przeżył.

Gra aktorska

Jeśli chodzi o grę aktorską, to wiadomo, że nie o nią tu chodzi. Aktorzy grają jak mogą, ale nie ma rewelacji. Mimo, że pojawiają się takie nazwiska jak Christian Bale (Batman), Joseph Gordon-Levitt (Robin) czy Morgan Freeman (Lucius Fox) to wszystkie sceny oparte są na dwóch, górach trzech minach. Fakt, faktem, że to dobre miny. Najbardziej ambiwalentne uczucia wywoływała we mnie Anne Hathaway (Kobieta Kot). Niby ma ładną sylwetkę, niby dobrze się łasiła i kociła, ale te krzaczaste brwi… bleee! Tom Hardy (Bane) za to robi bardzo pozytywne wrażenie. Niby człowiek-skurwiel, a ma taki miły i ciepły ton głosu – zawsze elegancki i klasą. Spokojnie mógłby pracować w radiu.

Co jest największym atutem filmu?

Oczywiście efekty, sceny walki i charakteryzacja. Włości Bruce’a Wayne’a robią wrażenie. Bat-jaskinia hipnotyzuje jak zawsze. Batman ma kozacki, hustlerski motor i stylowo na nim śmiga, Kobieta Kot kocie ruchy, ale i tak najlepiej wypada Bane. W każdej scenie ma jakąś czarnocharakterną stylówę i co by się nie działo, nie da rady oderwać wzroku od tego czegoś, co ma na twarzy. Przez cały film czekałem, aż Batman mu to ściąganie, żeby zobaczyć co on do cholery ma z tą twarzą, że tak to musi zasłaniać, ale… a zresztą zobaczycie sami.

Jak wspomniałem we wstępie, w filmie cały czas jest akcja. Ciągle coś się dzieje, nawet w momencie gdy Bruce Wayne a.k.a. Batman przestaje być głównym bohaterem i schodzi na dalszy plan. Nie ma zamuły, są dreszcze, ekscytacja i napięcie. Główny wątek nie nuży, a poboczne dobrze go dopełniają. No może poza wątkami miłosnymi, bo i scena seksu była słaba i to flirtowanie z Kocicą mało emocjonujące. Za to jak się leją po pyskach, to już porządnie.

Reasumując

Stay Fly zatwierdza. Sprawdźcie to!