Close
Close

5 rad przydatnych podczas szukania mieszkania

Skip to entry content

Potrzebujesz rad przydatnych w trakcie szukania mieszkania?

Koniec września – gorący okres. Połowie studentów nagle przypomina się, że w tym Krakowie, to trzeba jednak gdzieś mieszkać i na gwałt szukają czegoś. Czegoś co ma 6 ścian, jest tam ciepło i chce się tam wracać nie tylko na kacu. Jak to znaleźć? Służę radą.

 

Po pierwsze: liczy się tylko Gumtree

Nie ma sensu żebyś przeglądał ogłoszenia na przystankach, budkach z kebabem i klatkach bloków. Są albo nieaktualne od 1410 albo dotyczą stancji – mieszkania z właścicielem. Dają je głównie bezzębne staruszki. Fakt, są miłe i pół-głuche (dzięki czemu nie będą słyszeć orgazmów twojej partnerki), ale zbyt często czuć od nich pleśnią i próchnicą. Poza tym mają abstrakcyjne wymagania, typu wracanie przed 22:00 i zero gości (każdorazowe przemycanie dziewczyny, to męcząca sprawa). To samo tyczy się takich portali jak Współlokator. Jeśli chcesz aktualnych w miarę sensownych ogłoszeń, to tylko Gumtree, całą resztę możesz sobie odpuścić ze spokojnym sumieniem.

 

Po drugie: agencja to o jeden czynsz za dużo

Nawet jeśli twoim starym jest Solorz, po dobrym posiłku podcierasz się stuzłotówką i nie wyobrażasz sobie wyjść na miasto dwa razy w tych samych butach, to odpuść sobie korzystanie z usług agencji nieruchomości. Wynajmując mieszkanie przez pośrednika polecisz na starcie trzy czynsze – za pierwszy miesiąc, kaucja i prowizja. W zależności od wielkości/standardu mieszkania i tego czy bierzesz je sam, czy z kumplami, na starcie będziesz musiał wypluć od 1500 do 6000 złotych. Dużo, co? No właśnie, a w Krakowie jest tyle klubów, w których można by przemelanżować tę flotę.

 

Po trzecie: kamienica to nie blok

Jeśli jesteś świeżakiem i tyle co wyleciałeś spod spódnicy matki, to strzeż się kamienic! Ja jako niekwestionowany samiec alfa, od razu po przyjeździe do Krakowa wynająłem pokój przy Galerii Krakowskiej (w kamienicy rzecz jasna). W końcu gdzie miałem mieszkać, jak nie w centrum, co? Tak mi przemroziło tyłek, że po tej przygodzie na trzy lata przeniosłem się do akademika.

Kamienice kuszą, bo za mieszkanie przy rynku (w sensie za czynsz) zapłacisz tyle samo, co za dwa razy mniejsze na Olszy, ale jest DUŻE “ale”. Najczęściej mieszkania w kamienicach ogrzewane są elektrycznymi piecami kaflowymi. Ciągnie to prądu tyle co fabryka mleka, a jest cholernie nieefektywne. Możesz grzać dzień i noc, a i tak nie ma szans, żebyś chodził po mieszkaniu bez kurtki i kalesonów. No i w okolicach marca dostaniesz spóźniony prezent gwiazdkowy – wyrównanie rachunku za prąd. Jeśli w tym czasie nie załapałeś jakiejś lepszej roboty, to będziesz w wielkiej, czarnej… wiesz czym.

 

Po czwarte: Bieżanów to nie śródmieście

To też się tyczy nowych w Krakowie. Uważaj na ogłoszenia typu “Zielony Bieżanów”, “Cichy Ruczaj”, “Spokojne Czyżyny”, czy “Mieszkanie w centrum (Huty)”. Właściciele będą wkręcać, że te dzielnice są świetnie skomunikowane, jeździ nocny, a w ogóle to rzut beretem do rynku i co najważniejsze – na osiedlu jest monopolowy. Wiem, że może ci się to nie mieścić w głowie, ale w Krakowie na każdym osiedlu jest monopolowy, a z każdej z tych dzielnic pod Bagatelę będziesz jechał pół godziny. Jeśli oczywiście poruszasz się MPK przed 8 i po 20. W każdym innym wypadku podróż zajmie ci dwa razy tyle. Reasumując, jeśli Kościoła Mariackiego nie chcesz oglądać tylko na pocztówkach, to wystrzegaj się lokalizacji, które autobusy mają na rozkładach jako końcowe stacje.

 

Po piąte: współlokatorzy też są ważni

Załóżmy, że znalazłeś samodzielny pokój w mieszkaniu z ogrzewaniem miejskim na Floriańskiej. Właściciel umrze w przyszłym tygodniu, więc nie brał od ciebie kaucji, a wynajem kosztuje cię 5 stówek za miesiąc już z mediami. W pokoju masz tyle miejsca, że możesz jeździć na desce i grać w piłkę nożną jednocześnie i w ogóle żyć nie umierać. Jest tylko jeden malutki, malusieńki problem – współlokatorzy.

Jeśli masz mega mieszkanie, tyle, że z bandą brudnych przygłupów, to nie warto. Serio. Brudne talerze, z resztkami jedzenia i muchami krążącymi wokół nich w całej kuchni, doprowadzą cię do szału. Nieustanne jabol-punkowe imprezy, podczas których stracisz 6 pendrive’ów i cała kolekcję czystych skarpet sprawią, że znienawidzisz melanż. Tępe blachary, kwieciście opisujące swoje przygody oralne z obcokrajowcami w cieniowym kiblu, obrzydzą ci relacje damsko-męskie. Wyjdzie na to, że (nie daj Boże) więcej czasu spędzasz na uczelni, niż we własnym mieszkaniu, bo najzwyczajniej w świecie nienawidzisz tam przebywać i od dawna myślisz o wyprowadzce.

Jeśli o czymś zapomniałem, chcesz coś dodać, to nie krępuj się – komentarze stoją przed tobą otworem. Niech potomni mają coś po nas i nie popełniają błędów, które my zrobiliśmy.

(niżej jest kolejny tekst)

 

Mogą?

Oczywiście, że nie – żywią się ludzkim mięsem, więc wszystkich by nas wymordowały – ale ta teza, a w zasadzie zapytanie przypomniały mi pewien głupkowaty film. To chyba był “Świt żywych trupów” lub coś równie lotnego. Grupa rozbitków w zdewastowanym mieście, przez półtorej godziny niemiłosiernie tłukła te zombiaki. Chłopaki jak i dziewczyny, odstrzeliwali im głowy, ręce, nogi, odcinali dłonie, patroszyli i rozjeżdżali autami.

Krew, flaki i genitalia na ekranie przez cały film. Wszystko to po to, by w chwili kiedy mieli odpalić termo-jądrowo-nuklearno-fotonowo-atmową bombę (która rozniosłaby pół planety), stwierdzić, że  “oni też chcą żyć, tak jak my, tylko szukają swojego miejsca na ziemi”. Jakie to urocze, odkrywcze i piękne. Takie trans-gatunkowo miłosierdzie. A wydawać by się mogło, ze horrory o zombie, to rozrywka najgorszego gatunku. Aż mi się odbiło kotletem z zeszłej środy, gdy o myślę o tej egzystencjalnej puencie.

 

A może jednak?

Paru wariatów (w pozytywnym znaczeniu tego słowa oczywiście), postanowiło jednak zadrwić z mieszkańców Nowego Jorku i mimo widma porażki, spróbować jak by to było. Jakby to było gdyby zombie żyły wśród nas. Gdyby bezmózgie strzępki mięśni nie tylko potykały się o bezdomnych i jadły porzucone noworodki. Gdyby również chodziły do pracy – były policjantami, lekarzami, strażakami – chodziły na randki, studiowały i egzystowały w tym samym systemie co ludzie. Jakby to mogło wyglądąć? Właśnie tak…

Świetny pomysł, świetna, akcja, świetne wykonanie. Można mówić wiele złego na temat amerykanów – że są głupi, grubi i nie wiedzą, że Turcja to kraj, a nie ptak – ale jednak mają kozackie pomysły i na tyle jaj, żeby je wykonać. Cały czas czekam, aż kogoś w Krakowie poniesie fantazja i zrobi coś równie epickiego. Wiem, że u nas jest “Zombie Walk”, za co brawa dla organizatorów, ale może by tak kiedyś pójść jako zombie na uczelnię albo do pracy? Hmm, co wy na to?

Magik to skurwiel! – recenzja filmu “Jesteś Bogiem”

Skip to entry content

Napalałem się na ten film jak łysa na perukę. Zapowiadałem, jarałem się zapowiedziami i spazmowałem, że trzeba jeszcze tyyyle czekać. W końcu jest, jest, jest! Wczoraj byłem na premierze w Galerii Kazimierz i…

 

Po pierwsze: to nie 8. mila!

Bałem się, że producenci filmu wyczuli łatwą kasę (w końcu moda na hip-hop wraca) i zrobią polską “Ósmą milę”. Albo nie daj boże “Get rich or die tryin’. Bałem się, że historię Paktofoniki przedstawią jako hollywoodzką opowieść o biednych chłopcach, którzy nagrywają jeden hit i nagle stają się gwiazdami. Że pokażą błyskawiczną i spektakularną przemianę smutnych jaraczy blantów z muchozolem, w radosnych kokainistów.

Na szczęście tak się nie stało i film nie ma w sumie nic z komercyjnych, amerykańskich bestsellerów. Nie jest to łatwa papka, którą łykną wszystkie studenciaki jarające się Ostrym i Abradabem. To nie jest miły film na niedzielę, na którym można poprzytulać się z  dziewczyną. Mimo hasła promującego obraz – “Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili” – ten film nie jest budujący. Jest dołujący. Jak cholera.

 

Po drugie: to jest Śląsk!

Jeśli nie byłeś nigdy na Śląsku, to nie musisz tam jechać, żeby poczuć jego klimat. “Jesteś Bogiem” oddaje go w stu procentach. Ten  szary miejski syf i beznadzieja rzygają na ciebie z ekranu. Te rozpadające się zapyziałe familoki, te ogromne blokowiska z malusieńkimi mieszkaniami, ten cały brudny Śląsk jest idealnie odwzorowany.

Zresztą co ja gadam, jaki tam odwzorowany. Reżyser nie musiał nic odwzorowywać. Poza rondem, w Katowicach od 12 lat nic się nie zmieniło. Bloki, ulice, autobusy i przystanki wyglądają tak samo. To nie jest fikcja literacka, to nie jest otoczenie stworzone na potrzeby filmu. Głęboko bym sobie życzył, żeby tak było, ale to jest rzeczywistość. Pytasz skąd wiem? Bo tam mieszkałem i czasem zdarza mi się tam wpadać. Ciekawe doświadczenie socjologiczne, ale tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

 

Po trzecie: Magik to skurwiel!

Magikiem jarałem się od 6-tej klasy podstawówki. Odkąd usłyszałem drugą płytę Kalibra – “W 63 minut dookoła świata” Piotr Łuszcz był moim idolem. Chciałem wyglądać jak on, rapować jak on i najlepiej być jego miniaturową wersją. Czy to słuchając jego zwrotek na Kalibrze, czy Paktofonice, wyobrażałem go sobie jako inteligentnego, wrażliwego kolesia. Może trochę zagubionego, może trochę oderwanego od rzeczywistości, ale jak najbardziej ciepłego – pełnego empatii.

Nie wiem na ile film oddaje rzeczywistość (z tego co mówił Fokus i Rahim, to bardzo), ale Magik jest w nim przedstawiony jako totalny złamas. W zasadzie już od pierwszej sceny wzbudził we mnie antypatię. Zachowuje się jak mega dupek i zgrywa na przemian kozaka i nierozumianego przez nikogo emo-artystę. Kompletnie nie radzi sobie z życiem i ogarnianiem podstawowych spraw. Marny z niego mężczyzna.

Kto interesował się życiem Magika, ten z pewnością czytał o jego problemach psychicznych, schizofrenii i pogłoskach o ćpaniu amfetaminy. Nie jest to pokazane wprost, ale ten wątek przewija się przez film. Magik ciągle jest bez kasy. Ciągle. Niezależnie ile by dostał od Gustawa wszystko jest w stanie przepuścić na… no właśnie, na co?

Nigdy bym się o to nie podejrzewał, ale po obejrzeniu “Jesteś Bogiem” ewidetnie znielubiłem Magika. Choć w głębi serca mam nadzieję, że to tylko kreacja reżysera i w rzeczywistości wcale taki nie był.

 

To warto obejrzeć, czy nie?

Ja tu swoje pitu-pitu, a wy pewnie czekacie na jedną, konkretną odpowiedź – warto iśc do kina, czy nie?

Warto jeśli:

  • byłeś/jesteś fanem Kalibra 44
  • byłeś/jesteś fanem Paktofoniki
  • słuchasz hip-hopu dłużej niż od ostatniej edycji “Must Be The Music”
  • chcesz odzyskać wiarę w polskie kino
  • lubisz mocne, szczere do bólu dramaty

Nie warto jeśli:

  • jesteś bananowcem – i tak tego nie skumasz
  • jesteś z Warszawy – i tak tego nie skumasz
  • z rapowych kawałków słyszałeś w życiu tylko “Jestem bogiem”, “Rapowe ziarno” i “Kochana Polsko” – i tak tego nie skumasz
  • nie lubisz ciężkich, dołujacych filmów