Close
Close

Lekcja trollowania #1 – Jak stać się celebrytą w 24 godziny?

Skip to entry content

Ostatnio sporo mówi się o trollowaniu. Faktycznie, jesteśmy w tym coraz lepsi. Nawet sporo moich znajomych próbuje sił w tej pięknej sztuce siania zamętu (pozdro Milena!), ale do prawdziwych trolli z USA jeszcze duuużo nam brakuje. Ostatnio trafiłem na 2 prawdziwe perełki, które wytłumaczą wam jak to się robi.

 

Po pierwsze: dobierz dobrze grupę docelową

Jeśli chcesz przeprowadzić dobry, spektakularny trolling odwoływanie się do wyższych idei nie ma najmniejszego sensu. Gdybyś postanowił pomęczyć trochę zwolenników Platformy Obywatelskiej, udowadniając im, że dziadek Tuska był jednak w Wermachcie, poniesiesz fiasko. Po pierwsze, po ostatnich wyborach PO lubi już tylko15 osób, z czego 5 jest niedowidzących, a 6 głuchoniemych, więc będzie trudno do nich dotrzeć. Po drugie to nie elektorat PiSu – po dwóch komentarzach dadzą za wygraną i wrócą do przerwanej pracy w call center Netii.

 

Po drugie: bazuj na najprostszych instynktach!

Jeśli chcesz porządnie strollować pokaźną grupę osób, wybierz coś prostego. Coś co wprawi w szał zarówno kobiety, mężczyzn, jak i Michalinę z Top Model. Dziś pokaże ci jak zakpić ze słodziutkich laseczek i sfrustrowanych gości bazując na jednym z podstawowych instynktów. Mowa tu o pożądaniu sławy. O wewnętrznej, palącej potrzebie bycia w świetle jupiterów i szumie fleszy. Dzisiejszy wpis to swoiste “know how” jak w ciągu doby zostać Natalią Siwiec bez powiększania cycków i botoksu.

 

Po trzecie: jeśli możesz, zaangażuj przyjaciół

Przytoczę starą weterynaryjną prawdę – w kupie siła! Jeśli nie studiujesz medycyny (a skoro masz czas, żeby to czytać, to założę się o małe piwko, że nie), to z pewnością miałeś na studiach zarządzanie i wiesz co to synergia. Co? Nie wiesz, bo tylko no-life’y i brzydkie laski chodzą na wykłady i ten temat wyjątkowo cię ominął? Okej już tłumaczę.

Synergia – współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.

Oznacza to w skrócie tyle, że 2+2 nie równa się 4, tylko 5 albo więcej. Jeśli więc chcesz by twój trolling objął nie tylko potencjalne ofiary, ale także całą ich rodzinę do trzech pokoleń wstecz, zaangażuj przyjaciół.

Okej, wiesz już wystarczająco, bym mógł cię zaprosić na…

 

Pierwszą lekcję trollingu!

I co? Udało się! Jakieś przemyślenia, refleksje? Myślisz, że ta sama akcja odniosła by skutek w Polsce? Na przykład w Krakowie na Floriańskiej, albo w Warszawie na Chmielnej? Myślisz, że Polacy są bardziej trollo-odporni, czy zwyczajnie, to tylko ci głupi Amerykanie są tak strasznie głupi?

(niżej jest kolejny tekst)

Śniadanie Mistrzów #15 – English breakfast

Skip to entry content

Do Londynu wybrałem się z moim dobrym kumplem Wiktorem (wschodzącą gwiazdą projektowania ubioru). Byliśmy tam w sumie 3 tygodnie, także niestety musieliśmy coś jeść. Piszę niestety, bo jedzenie zdecydowanie nie jest ich mocną stroną. Czy to ich “specjały” (frytki z rybą), czy kurczak burgery, czy pizza – nie biorą jeńców. Są w stanie spieprzyć wszystko i konsekwentnie to robią. Jedyne co wychodzi z ich kuchni i jest wporzo, a nawet spoko, to śniadania. Oj tak, british breakfast jest bardzo spoko! Oczywiście nie licząc fasolki po bretońsku, którą pewnie podają tylko po to, żebyś zwymiotował i musiał zamówić jedzenie jeszcze raz (hajs musi się zgadzać!).

 

Typowe angielskie śniadanie (jak widzicie na wyżej załączonym obrazku) składa się z:

  • smażonego boczku
  • sadzonego jajka (a najczęściej dwóch)
  • smażonego kiełbasy
  • smażonego pomidora
  • smażonych pieczarek
  • tostów
  • i tej ohydnej fasolki (bleee!)

Jak z pewnością zauważyliście, w Anglii jeśli coś może być, to jest smażone. Smażone i tłuste jak cholera (jednym słowem raj dla Weroniki Grycan), ale jak już wcześniej wspomniałem – dobre. Jeśli coś pominąłem to piszcie śmiało, ale próbowaliśmy tego wykwintnego dania w wielu miejscach, i w każdym wyglądało mniej więcej właśnie tak.

 

Na hiszpańskie płótno Chrystusa, prawie bym zapomniał! Do każdego śniadania na wyspach KONIECZNIE musicie wypić herbatę z mlekiem. English breakfast bez bawarki, to jak jedzenie pizzy sztućcami – TAK NIE MOŻNA! Chyba, że nie tolerujecie laktozy i moglibyście dostać zapaści – wtedy jesteście usprawiedliwieni.

 

A wszystkie takie pyszne rzeczy między innymi w uroczej  kawiarni “Kabanos”. Miałem okazję osobiście pogratulować właścicielowi doboru nazwy. Widać, że 5 lat zarządzania i marketingu nie poszło na marne, ma chłop łeb do biznesu.

Od poniedziałku dalsza część naszych zmagań z rzeczywistość kraju, w którym ludzie jeżdżą po złej stronie ulicy i…

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Pamiętaj: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi dobrych ludzi![/box]

High Five #8 – zaśpiewaj mi o Londynie!

Skip to entry content

Z francuską playlistą dałem sobie spokój. Nie oszukujmy się, nie rozumiem nic z tego języka i oprócz ZAZ i Mc Solara, nie znalazłem niczego co by mnie ruszyło (tylko bez podjazdów, że słabo szukałem ok?). Ale, ale… przypomniało mi się, że gdzieś tam jeszcze oprócz tego Paryża byłem. No tak, w Londynie!

Tym oto przepięknym wpisem zacznę niekończącą się relację z miasta, w którym Amy Winehouse dawała w nos, płuco, wątrobę i gdzie tam się jeszcze dało. Z miasta gdzie jest więcej Polaków, niż tubylców. Z miasta gdzie jest najdroższe metro i gdzie powstał dubstep. Ostatnio pokochaliście to słowo, co? Bez obaw, dziś nie będzie wiertarek (wyjątkowo). Będzie londyńsko o Londynie i… polsko o Londynie. No, to jedziemy!

 

#1 The Clash – London Calling – nie jara mnie jakoś wyjątkowo (a w sumie w ogóle) ani zespół, ani kawałek, ale dobrze wiecie, że to musiało się tu pojawić. Ten numer jest jak Kevin na święta – po prostu musi być. Włączasz go i już czujesz ten cholerny deszczowy kraj.

 

#2 Warren Zevon – Werewolves of London – dziwne klimaty i turbo-hipsterstwo, ale nikt nie potrafi wkręcać, że w Londynie są wilkołaki, tak jak chłopaki z Warren Zevon. Gdybym miał 14 lat, to prawie bym się nabrał.

 

#3 Professor Green – Upper Clapton Dance ft. Chynaman, Cores – w końcu coś z pazurem. Piękna piosenka o pięknej dzielnicy, wykonana przez posiadacza najpiękniejszego uzębienia po tamtej stronie Tamizy. Pieczołowicie wyselekcjonowane ujęcia, charakterna stylówa. Czujecie to?

 

#4 IRA – Londyn 8:15 – apogeum patetyczności, lukrowania i tendencyjnego uderzania w doniosłe tony. Rzygam, gdy słyszę takie gnioty. Wrzucam to tylko, żeby oczyścić organizm przed weekendowym piciem. Jeśli macie bulimię nie słuchajcie – nie pomoże w walce z chorobą.

 

#5 Lilu – To będzie długa noc – zapomniana i niekochana, a atrakcyjna i utalentowana (Lilu, nie piosenka rzecz jasna). Potrafi sobie przyśpiewać i zarapować i nie ma patosu. Tematyka i muzyka klubowa, czyli to, co w tym mieście najlepsze.

Jeśli znacie jeszcze jakieś inne numery o Londynie warte polecenia, to nie krępujcie się – magiczny przycisk “komentuj” jest wasz! Jutro natomiast coś na ząb – angielskie śniadanie mistrzów (ślinka mi pociekła).