Close
Close

Londyn część III – McLaren, Harrods i galeria sztuki współczesnej

Skip to entry content

Kończymy z tą Anglią co? Wiecie już żeby nie żywić się kurczakburgermi i że Hyde Park to najfajniejsze miejsce w Londynie. Teraz dowiecie się gdzie robią zakupy gwiazdy serialu Gossip Girl, gdy lecą na melanż do Europy i to by było na tyle. Chyba, że chcecie więcej. Chcecie?

 

Salon McLarena

Kompletnie nie znam się na autach. Dla mnie to one wszystkie oprócz koloru, zasadniczo niczym się nie różnią. Serio. No może jeszcze ceną, ale na tym koniec. Dlatego nigdy, ale to nigdy nie mogłem zrozumieć kolesi, którzy dostawali erekcji na widok jakiejś fury. Już nawet jestem w stanie zrozumieć podniecanie się nowym iPhonem, bo na nim przynajmniej można poczytać mojego bloga. Ale na litość boską, pocenie się na widok mechanicznej dorożki? Słabe.

Nie inaczej było, gdy przechodziliśmy obok salonu McLarena. Wiktor prawie dostał palpitacji serca, ja natomiast zwróciłem uwagę na buty dziewczyny idącej na przeciwko (bo trudno mi jak cholera uwierzyć, że ktoś naprawdę się jara tym adidasami na obcasie – bleee, ohyda). Spojrzał na mnie karcącym wzrokiem i usłyszałem “musisz to wrzucić na tego swojego bloga, to jest MAK-LAREN, będziesz miał milion wejść”. No to wrzucam. Nie zawiedźcie mnie z tym milionem!

 

Centrum handlowe Harrods

Jeśli nigdy nie słyszeliście o tej esencji snobizmu, to

Harrods – luksusowy dom towarowy na Brompton Road, w dzielnicy Knightsbridge, w Londynie. Oprócz domu towarowego w skład Harrods Group wchodzą Harrods Bank, Harrods Estates, Harrods Casino, Harrods Aviation i Air Harrods.

Lans, lans i lans. To tak w skrócie. Jest tam niewiarygodnie drogo (jak dla biednego Polaka oczywiście). Możesz tam pooglądać (bo wątpię, żeby było cię stać na kupno) ciuchy z takimi metkami jak:

  • Versace
  • Armani
  • Dolce&Gabbana
  • Hugo Boss
  • Pierre Cardin
  • Yves Saint Laurent
  • Valention

Żeby było śmieszniej, to te ciuchy nie mają cen na etykietach. Czyżby pieniądze nie grały roli? Dla lasek, które mają choć jedną parę Louboutinów z pewnością nie. Abstrakcją było dla mnie również to, że w Harrodsie nie ma zamkniętych salonów poszczególnych marek. Jest tylko jedna wielka otwarta przestrzeń.

Największym zaskoczeniem były jednak kible. Przepraszam bardzo, toalety. Pomijam, że na ziemi marmur, na klamkach złoto, a na lustrze kryształ. Pomijam, że papier w sraczu miększy, niż po wylaniu zgrzewki Cocolino. To co sprawiło, że poczułem się jak małpa w samolocie, to perfumy. Normalnie przy każdej umywalce stały mega drogie perfumy (Lacosty, Bossa i takich tam studenckich marek), którymi można było się psiknąć, albo wykąpać się w nich, jak ktoś miał ochotę. W takiej Galerii Krakowskiej postałyby góra 15 minut, zanim by ktoś ich nie zwinął, a tu taki Londyn i proszę – stoją i stoją. Niebywałe.

w Harrodsie święta trwają cały rok

Jak to dorosłym facetom, najbardziej przypadł nam do gustu dział z zabawkami.
Ps. Dementuję plotki, Nimbus 3000 nie jest gejowski.
Łouł, co?

Przeszedłem na ciemną stronę mocy. Od jutra tylko spoilerki i banerki.
Oł maj gad, prawdziwy pełnowymiarowy Buzz Astral!

Salon mody dla piesków. Jak słodko… bleee!

 

Galeria sztuki współczesnej

Na tę galerię trafiliśmy zupełnie przypadkowo, wychodząc z Muzeum Narodowego, w którym było na maksa nudno. Jeśli widziałeś Luwr, to nie ma najmniejszego sensu tam zaglądać – nic nowego tam nie zobaczysz. Natomiast owa galeria sztuki współczesnej – no to to jest coś! Cała poświęcona była jednemu artyście. Będę strasznym ignorantem, ale nazwę go brytyjskim Andym Warholem. Świetne prace – masę nawiązań do popkultury i Wielkiej Brytanii, zero patosu. Parę minut dłużej w środku i zacząłbym udawać znawcę sztuki.

Oprócz Beatlesów-bandytów, najbardziej rozśmieszył mnie Super-Barack i para królewska z boomboxem. A Ty, przy czym popuściłeś w spodnie?

(niżej jest kolejny tekst)

Śniadanie Mistrzów #16 – Subway Melt

Skip to entry content

Uwaga, uwaga, uwaga! Od dziś zaczyna się moją współpraca z Subwayem (no dobra, oficjalnie od dziś, a tak naprawdę od zeszłego piątku, ale nie o to tu szło).

 

Śniadanie Mistrzów w Subwayu

Przez 4 kolejne tygodnie w “Śniadaniu Mistrzów” razem z moją ekipą będziemy testować kanapki, z najpopularniejszej restauracji z kanapkami na ciepło. Stayfly’owe testy zawierać będą takie parametry jak:

  • smak – podstawowe kryterium przy ocenie każdej szamy
  • lekkość bytu – czyli jak się czujesz 15 minut po zjedzeniu, czy chce ci się fruwać i szybować między chmurami, czy raczej jest ci na tyle ciężko, że trudno w ogóle oderwać stopy od ziemi
  • ukryta moc – tak zwany kop – czy po wszamaniu sandwicza czujesz się jak Popey po puszcze szpinaku, Gumiś po soku z gumijagód, czy raczej kanapka nie zrobiła na tobie wrażenia i żeby mieć energię do działania musiałbyś zjeść jeszcze 3

 

To tyle z z tej współpracy?

Nie. Oprócz sobotnich testów kanapek, podczas naszej współpracy przeprowadzę również wywiad z przedstawicielem regionalnym Subwaya. W luźnej rozmowie przemagluję go odnośnie wszystkiego co z kanapkami i Subwayem związane. Wyciągnę od niego również wszystko, co Wy zawsze chcieliście wiedzieć, ale baliście się spytać. I tu pojawi się pierwszy konkurs, a będą w sumie dwa. Nie powiem wam kiedy się pojawią i na czym będą polegały. Jedyne co mogę zdradzić, to to, że nagrody będą zaiste pyszne.

So stay tuned & stay fly!

 

Subway Melt

Na pierwsze testy wybraliśmy się do Galerii Krakowskiej w 4-osobowej ekipie:

  • Andrzej (nieodkryta gwiazda rocka, najlepszy gitarzysta w Małopolsce, tutaj możecie sprawdzić jego zespół)
  • Maciek (mój niezawodny współlokator, nikt tak nie chrapie jak on)
  • Dzika (szalona melanżowniczka, klubowa terrorystka, jeśli ktoś okupuje didżejkę w Pixelu, to właśnie ona)
  • i ja (mnie chyba znacie co?)

 

Za silną namową Andrzeja, pierwszym sandwiczem, który testowaliśmy był Subway Melt – podawany na ciepło i składający się z:

  • bagietki z miodową posypką
  • szynki
  • bekonu
  • indyka
  • sera
  • świeżego ogórka
  • cebuli
  • oliwek
  • pomidora
  • papryki
  • sałaty
  • i majonezu

 

W 10 punktowej skali ocen, bezwzględna loża szyderców (Andrzej/Maciek/Dzika/Grzeczny Chłopiec) przyznała takie oto noty:

Smak – 7,25 (8/7/8/6)

Lekkość bytu – 9,5 (10/10/8/10)

Ukryta moc –  6,25 (7/5/7/6)

Co daje ocenę ogólną: 7,67.
Jak na pierwszy strzał całkiem nieźle, ale mam nadzieję, że przy ostatnim teście trafimy w kanapkę, która przebije ocenę 9,5.

Londyn część II – Hyde Park, tani chińczyk i M&M’s World

Skip to entry content

Będąc w Anglii mieliśmy wyjątkowego farta, bo trafiły nam się akurat 3 dni w ciągu roku, kiedy nie pada i można wyjść z domu bez parasola. Grzechem śmiertelnym byłoby zmarnowanie takiej szansy, więc wykorzystaliśmy ją (żeby nie pójść do piekła) i wybraliśmy się do najfajniejszego miejsca w Londynie. Odwiedziliśmy…

 

Hyde Park

Bez kitu, jest to miejsce w całym wielkim Londynie, w którym czułem się najlepiej. Jedna sprawa, że kocham przebywanie na łonie natury, parki, skwerki, akweny itp. itd. Druga natomiast, że tam jest po prostu super. To ogromny park (8 razy większy niż park Jordana), w którym można:

  • wylegiwać się na leżakach (które są na miejscu), kocach, trawie (czystej)
  • grać w piłkę, badmintona, freezby
  • puszczać latawce
  • pływać na rowerkach wodnych, kajakach
  • walnąć piwko na świeżym powietrzu (niby picie w plenerze w Anglii też nie jest dozwolone, ale nikt cię za to nie ściga jak kryminalistę, gdy otworzysz sobie Somersby, tylko najwyżej zwróci uwagę, że nie powinieneś tego robić)
  • zjeść coś/wypić w kawiarni/restauracji
  • pokarmić kaczki, łabędzie i inny drób (to był dla mnie największy szok, że te zwierzęta chodzą swobodnie między ludźmi i w ogóle się nie boją! łouł, ja chcę takie w Krakowie!)
  • pochlapać się w fontannie księżnej Diany (dorośli co prawda trochę się wstydzą i tylko dzieci się chlapią, ale ja jestem takim dużym dzieckiem, to też tam wbiłem)

Serio, w Hyde Parku zupełnie nie czuć tego smutnego, szarego Londynu. Tam jest miło radośnie i przyjemnie. Polecam najbardziej ze wszystkich atrakcji!

 

Z kamerą wśród zwierząt

Sorry, ale byłem w takim szoku, że musiałem to wrzucić.

 

Najtańszy chińczyk w centrum Londynu

Po chodzeniu, zwiedzaniu i obcowaniu z dziką przyrodą wybitnie zgłodnieliśmy (zwłaszcza po tym ostatnim). Jako, że ceny w centrum miasta nie są jakieś specjalnie studenckie, szukaliśmy miejsca gdzie jest najtaniej. I znaleźliśmy! Niestety byłem tak zaaferowany, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia z zewnątrz, ani zapisać nazwy ulicy, ale było to gdzieś w rejonach stacji Tottenham Court Road. Zastanawiacie się pewnie co wywołało we mnie takie emocje?

Trafiliśmy na knajpę z chińskim żarciem, gdzie płacisz 5,50 funta i możesz zjeść tyle ile jesteś w stanie! Extra, co? Też tak pomyślałem, zanim nie zacząłem jeść… Głównym mięsem oczywiście był kurczak. Kurczak w curry, skrzydełka kurczaka i kurczak z czymś tam. Oprócz tego była wieprzowina i jakieś coś, czego nie byłem w stanie zidentyfikować, a opis na etykietce też nie pomógł. Ogólnie byłoby spoko, gdyby nie fakt, że wszystko było CHOLERNIE OSTRE! Było doprawione jak sam… wiecie, kto.

Gdyby fakt, że wszystko było “delikatne jak owca Szewczyka Dratewki” nie wystarczał, to mięso było pochowane. Tak, tak pochowane. Każdy kawałeczek mięsa był skrzętnie ukryty w ogromie warzyw (najczęściej cebuli). Także dogrzebanie się do tego kurczaka, też było nie lada wyczynem. Reasumując, jeśli na co dzień nie dodajecie do każdej możliwej potrawy pieprzu i chilli, to nie polecam.

Zapomniałbym zupełnie, była również zupa, która wygląda, tak jak za zdjęciu poniżej – woda z 4 pieczarkami i 6 kawałkami cebuli.

Po tak palącym posiłku, poszliśmy do monopolowego naprzeciwko, żeby jakimś cudem ugasić to nieziemskie pragnienia. I co zrobiłem? Kupiłem napój imbirowy… Głupota w najczystszej postaci. Po wypiciu tego myślałem, że wyzionę płuca. Również nie polecam.

 

M&M’s World

Byliście kiedyś w największym na świecie sklepie ze słodyczami? Nie? A, ja tak! Hahaha (ach ta duma)! M&M’s World, to 3-poziomowy sklep z czekoladkami, który summa summarum zajmuje 35000 metrów kwadratowych. Jeśli nie macie wyobraźni przestrzennej, to powiem wam, że to dużo.

Oprócz cukierków we wszystkich kolorach świata, możecie w nim kupić tysiące gadżetów związanych z M&M’sami. Od maskotek, przez naczynia, na piłeczkach golfowych kończąc. Świetny sklep, kupa atrakcji i frajdy, jednak nie polecam odchudzającym się laskom. Na pewno wyjdziecie z trzema siatami pełnymi czekoladek i przytyjecie z 5 kilo. Mogę się założyć.

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Pamiętaj: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi dobrych ludzi![/box]