Close
Close

Śniadanie Mistrzów #15 – English breakfast

Skip to entry content

Do Londynu wybrałem się z moim dobrym kumplem Wiktorem (wschodzącą gwiazdą projektowania ubioru). Byliśmy tam w sumie 3 tygodnie, także niestety musieliśmy coś jeść. Piszę niestety, bo jedzenie zdecydowanie nie jest ich mocną stroną. Czy to ich “specjały” (frytki z rybą), czy kurczak burgery, czy pizza – nie biorą jeńców. Są w stanie spieprzyć wszystko i konsekwentnie to robią. Jedyne co wychodzi z ich kuchni i jest wporzo, a nawet spoko, to śniadania. Oj tak, british breakfast jest bardzo spoko! Oczywiście nie licząc fasolki po bretońsku, którą pewnie podają tylko po to, żebyś zwymiotował i musiał zamówić jedzenie jeszcze raz (hajs musi się zgadzać!).

 

Typowe angielskie śniadanie (jak widzicie na wyżej załączonym obrazku) składa się z:

  • smażonego boczku
  • sadzonego jajka (a najczęściej dwóch)
  • smażonego kiełbasy
  • smażonego pomidora
  • smażonych pieczarek
  • tostów
  • i tej ohydnej fasolki (bleee!)

Jak z pewnością zauważyliście, w Anglii jeśli coś może być, to jest smażone. Smażone i tłuste jak cholera (jednym słowem raj dla Weroniki Grycan), ale jak już wcześniej wspomniałem – dobre. Jeśli coś pominąłem to piszcie śmiało, ale próbowaliśmy tego wykwintnego dania w wielu miejscach, i w każdym wyglądało mniej więcej właśnie tak.

 

Na hiszpańskie płótno Chrystusa, prawie bym zapomniał! Do każdego śniadania na wyspach KONIECZNIE musicie wypić herbatę z mlekiem. English breakfast bez bawarki, to jak jedzenie pizzy sztućcami – TAK NIE MOŻNA! Chyba, że nie tolerujecie laktozy i moglibyście dostać zapaści – wtedy jesteście usprawiedliwieni.

 

A wszystkie takie pyszne rzeczy między innymi w uroczej  kawiarni “Kabanos”. Miałem okazję osobiście pogratulować właścicielowi doboru nazwy. Widać, że 5 lat zarządzania i marketingu nie poszło na marne, ma chłop łeb do biznesu.

Od poniedziałku dalsza część naszych zmagań z rzeczywistość kraju, w którym ludzie jeżdżą po złej stronie ulicy i…

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Pamiętaj: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi dobrych ludzi![/box]

(niżej jest kolejny tekst)

High Five #8 – zaśpiewaj mi o Londynie!

Skip to entry content

Z francuską playlistą dałem sobie spokój. Nie oszukujmy się, nie rozumiem nic z tego języka i oprócz ZAZ i Mc Solara, nie znalazłem niczego co by mnie ruszyło (tylko bez podjazdów, że słabo szukałem ok?). Ale, ale… przypomniało mi się, że gdzieś tam jeszcze oprócz tego Paryża byłem. No tak, w Londynie!

Tym oto przepięknym wpisem zacznę niekończącą się relację z miasta, w którym Amy Winehouse dawała w nos, płuco, wątrobę i gdzie tam się jeszcze dało. Z miasta gdzie jest więcej Polaków, niż tubylców. Z miasta gdzie jest najdroższe metro i gdzie powstał dubstep. Ostatnio pokochaliście to słowo, co? Bez obaw, dziś nie będzie wiertarek (wyjątkowo). Będzie londyńsko o Londynie i… polsko o Londynie. No, to jedziemy!

 

#1 The Clash – London Calling – nie jara mnie jakoś wyjątkowo (a w sumie w ogóle) ani zespół, ani kawałek, ale dobrze wiecie, że to musiało się tu pojawić. Ten numer jest jak Kevin na święta – po prostu musi być. Włączasz go i już czujesz ten cholerny deszczowy kraj.

 

#2 Warren Zevon – Werewolves of London – dziwne klimaty i turbo-hipsterstwo, ale nikt nie potrafi wkręcać, że w Londynie są wilkołaki, tak jak chłopaki z Warren Zevon. Gdybym miał 14 lat, to prawie bym się nabrał.

 

#3 Professor Green – Upper Clapton Dance ft. Chynaman, Cores – w końcu coś z pazurem. Piękna piosenka o pięknej dzielnicy, wykonana przez posiadacza najpiękniejszego uzębienia po tamtej stronie Tamizy. Pieczołowicie wyselekcjonowane ujęcia, charakterna stylówa. Czujecie to?

 

#4 IRA – Londyn 8:15 – apogeum patetyczności, lukrowania i tendencyjnego uderzania w doniosłe tony. Rzygam, gdy słyszę takie gnioty. Wrzucam to tylko, żeby oczyścić organizm przed weekendowym piciem. Jeśli macie bulimię nie słuchajcie – nie pomoże w walce z chorobą.

 

#5 Lilu – To będzie długa noc – zapomniana i niekochana, a atrakcyjna i utalentowana (Lilu, nie piosenka rzecz jasna). Potrafi sobie przyśpiewać i zarapować i nie ma patosu. Tematyka i muzyka klubowa, czyli to, co w tym mieście najlepsze.

Jeśli znacie jeszcze jakieś inne numery o Londynie warte polecenia, to nie krępujcie się – magiczny przycisk “komentuj” jest wasz! Jutro natomiast coś na ząb – angielskie śniadanie mistrzów (ślinka mi pociekła).

Pezet – “Radio Pezet” – odsłuch i recenzja płyty

Skip to entry content

Z góry uprzedzam, nie będę obiektywny, będę stronniczy jak cholera – ta płyta jest REWELACYJNA! ale po kolei…

 

Trochę czasu minęło

“Radio Pezet” było zapowiadane jakieś 3 lata temu, w zeszłe wakacje to już miało wyjść na miliard procent, no a mamy je dopiero dziś. Gdyby ta płyta wyszła 2 lata temu, napisałbym, że brzmi bardzo brytyjsko. Biorąc jednak pod uwagę, że wychodzi teraz, to napiszę, że brzmi bardzo światowo. Na płycie udzielają się genialni polscy producenci, którzy w niczym nie ustępują tym zagranicznym. Pod bity z “Radia Pezet” spokojnie mógłby nawinąć Kano, czy Professor Green. Co z resztą de facto zrobili, ale w ostatniej chwili ich zwrotki zostały wycofane i finalnie nie znalazły się na albumie (nie wiem o co poszło, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…). Jak światowo jednak by ten album nie brzmiał, to słuchacze w Polsce nie są na niego gotowi, a z pewnością nie słuchacze polskiego rapu…

 

Jak tak można?

Jedyny (w miarę) klasyczny bit na tej płycie, to podkład do “Co mam powiedzieć?”. Reszta muzyki jest totalnie niehiphopowa. To co można usłyszeć, to albo grime (i to taki jak na pierwszy płytach Dizzee Rascala), albo dubstep, albo pochodne. W skrócie – muzyka elektroniczna i to bardzo. I chwała ci za to Pezecie! Zanim rozpłynę się w uwielbieniu i zacznę rzucać samymi superlatywami, skończę wymieniać co ortodoksom nie będzie pasować na tym krążku. Poza nowoczesnymi podkładami i zupełnie innym sposobem rapowania (wymuszonym przez nowoczesne podkłady), wszystkim psychofanom “Muzyki klasycznej” będzie też przeszkadzać sposób składania rymów.

Wybijcie sobie z głowy standardowe układy rymów typu AABB. Pezet z tą techniką pożegnał się na dobre i trudno będzie wam usłyszeć tego typu konstrukcje słów na płycie. Znajdziecie za to mnóstwo wielokrotnych krzyżowych rymów, które dla słuchacza amatora są nie do wyłapania, jednak odkrywanie ich po którymś z kolei przesłuchaniu sprawi wam prawdziwą radość. No i na domiar złego (dla ortodoksów oczywiście), Pezet wszystkie te rzeczy robi offbeatowo, ale na ten temat rozpisywałem się już przy okazji recenzji singla. Dobra, koniec ze sprawami technicznymi, ta płyta to nie sztuka dla sztuki, przejdźmy do treści!

 

O czym on tam w ogóle gada?

Nie byłem nigdy w Warszawie dłużej niż przejazdem, ale słuchając “Radia Pezet” czuję się jakbym na Powiślu spędzał każdą noc. Kawałki epatują miejskim syfem i niewiarygodnie obrazowo ilustrują życie “warszawski”.

Ta płyta jest smutna. Nawet jeśli są okazje do śmiechu, to przez łzy. Pezet w zasadzie obrzezał się na niej z intymności. Mówi o rzeczach, których większość ludzi bałaby się poruszyć w rozmowie z kumplem. Bez pardonu opowiada o uzależnieniu od narkotyków i alkoholu i wszystkich fazach bycia w ciągu. Bez pruderii opisuje przedmiotowe kontakty z kobietami, to jak potrafią się upodlić i zeszmacić, żeby tylko “dotknąć gwiazdy”.

Główny bohater albumu jawi się jako zagubiony chłopiec, który chciał ziścić amerykański sen w Polsce, ale zgubił się po drodze do sukcesu. I w żadnym wypadku nie szydzę z tego, raczej współczuję i mogę się utożsamić. Ta płyta wzrusza. Oczywiście, jeśli nie jesteś zamkniętym na świat neandertalczykiem o wrażliwości Roberta Burneiki. Kawałek, przy którym najbardziej się roztkliwiam to “Byłem”. Szczery do bólu tekst, adekwatna muzyka i świetny nostalgiczny refren. Po prostu posłuchajcie.

 

Same smuty?

Bez obaw, nie jest tak, że przez prawie 70 minut tylko płacz, płacz i płacz. Jest parę kozaków, które dają kopa, jak choćby otwierający album utwór “P-Z”. Mocne braggadacio, zero zamułki. Dalej imprezowy “Rock’nRoll” (choć rocka ma tylko w nazwie i refrenie) i jeden z bardziej oczekiwanych duetów na płycie – “Charlie Sheen” z Tym Typem Mesem. Gdyby nie fakt, że zwrotka Mesa jest niezrozumiała (i to nie ze względu na zwiły przekaz), powiedziałbym, że bardzo dobry numer. Największy benger na krążku, to jednak kontynuacja kultowego “Slangu”. Jakbyś nie lubił dubstepu, musisz przyznać – to buja!

Z gości na “Radiu Pezet” warto wspomnieć też o Killa Keli – najlepszym beatboxerze na płycie. Tym razem nie naśladuje perkusji ustami lecz śpiewa w utworze “Jak być szczęśliwym”. I to naprawdę nieźle. Koniec końców – ta płyta wyprzedziła Polskę o parę lat, więc sprawdź ją już dziś, żeby wiedzieć czym ludzie będą się jarać w 2014!