Close
Close

Fly Food #11 – “Paragraf” przy wydziale prawa UJ

Skip to entry content

Po ostatnim razie miałem już nie pisać o studenckich krakowskich knajpach, tylko przejść na te droższe, ale zaprotestowaliście. Podaliście w komentarzach sporo miejscówek, których jeszcze nie sprawdzałem, polecając, zachwalając i czekając na opinię. Nie miałem wyboru, musiałem pójść Wam na rękę i kontynuować “Fly Food”. Tym samym, kolejny raz dałem niepodważalny dowód na to jak bardzo Was kocham (czego to człowiek nie zrobi dla paru lajków pod wpisem).

 

Co to za miejsce?

Na otwarcie nowej dziesiątki poleciał lokal zaproponowany przez Asię – jedną ze stałych czytelniczek bloga. Mowa o “Paragrafie” na Olszewskiego 2, czyli knajpie, która teoretycznie powinna być bardzo dobrze znana wszystkich studentom prawa. W środku, jak to w studenckiej stołówce – totalna średniawka. Ważne, że jest na czym siedzieć i żeby w zimie drzwi się domykały. To pierwsze jest, to drugie mam nadzieję, że też.

 

Tanio? Drogo?

Lokal promuje się chwytliwym hasłem “zupa + drugie danie = 10zł”. Nie kłamią, z tym, że taki zestaw to mają tylko jeden i nie jest oszołamiający. Za dyszkę możesz zjeść jedną z dwóch zup do wyboru i dwa (dosłownie dwa) klopsiki z ziemniakami i surówkami. I taki zestaw jest codziennie. Jeśli chcesz coś innego/jakieś normalne mięso, to musisz wyłożyć 14 zeta. Zaraz przejdę do walorów smakowych i wielkości dań (czyli “czy to się do cholery opłaca?”). Żebyś jednak nie popuścił w majty z napięcia, już teraz Ci powiem, że jeśli rzut martwym płodem masz do “Koko” i “Bordo”, to “Paragraf” jest słabą opcją.

 

To jak z tym jedzeniem? – podejście #1

Byłem tam specjalnie dwa razy, żeby nie wyrokować po jednej wizycie. Za pierwszym razem na obiad do “Paragrafu” skoczyłem z Andrzejem – wschodzącą gwiazdą rocka, która jeszcze nie zapomniała jak to jest bujać się po tanich knajpach.

Zupy były liche i letnie. Zasadniczo, to bez smaku.

 

Drugie dania niewiele lepsze. Schabowy Andrzeja strasznie suchy i czuć, że podgrzewany któryś raz z rzędu. Z kolei moje klopsiki… no cóż, chyba wystarczy na nie popatrzeć żeby wiedzieć, że nic specjalnego. Surówki na tyle mocno doprawione, żeby nie można było wyczuć czy przypadkiem nie są nieświeże.

 

To jak z tym jedzeniem? – podejście #2

Za drugim razem na szamkę wybrałem się z Piotrkiem. Zarobasem z UK, który wrócił do Polski schudnąć parę funtów. Namawiał mnie na Wierzynek, ale powiedziałem, że jest robota do zrobienia i poszliśmy na Olszewskiego.

Zupa znów letnia i – cholera jasna – niedobra. Smakowała jakby z resztek warzyw (w końcu niby jarzynowa). Te farfocle w środku  jakieś rozgotowane i znowu bez smaku…

 

No tu kucharz to dał popis. Wiecie jak się nazywa to danie? Placki z sosem myśliwskim, czyli taka uboższa wersja placków po węgiersku, ale niby wciąż placki z mięsem. Mięso to tu poczułem jak sobie wyobraziłem. Dali zrzynki jakiejś kiełbasy albo szynki i jakąś gumę imitującą placek. Jak się pewnie domyślacie, niedobre. Bleee. Fuj!

 

A tu bonusik – drugie danie Piotrka. Kto zgadanie co to jest może się pochwalić mamie. Brawa dla obsługi za kompozycję. Jedzenie od razu lepiej smakuje, gdy ładnie wygląda na talerzu.

Cena/ilość: 6/10
Jakość: 5/10
Ogółem: 5/10

Podsumowując… chyba wiecie co o tym, sądzę i czy warto tam iść? Następny pod widelec idzie kultowy bar “U Pani Stasi” na Mikołajskiej.

(niżej jest kolejny tekst)

Zaskoczę Was. Pewnie się nie spodziewacie, ale jutro jest Halloween. Nie wiedzieliście, co? Ja to mam nosa do nośnych tematów. Cholera jasna, jak ja to robię? Proszę sobie podarować hasła typu “po prostu patrzysz w kalendarz”. Mam szósty zmysł do mega odkrywczych postów i tyle. Bez dyskusji!

Skoro już udało Wam się dowiedzieć tylko i wyłącznie dzięki mojemu blogowi, że jutro największe święto producentów cukierków i brzydkich lasek, to pewnie zastanawiacie się jak się przebrać. Typowo babski dylemat, ale co mam zrobić? Będę prawdziwym mężczyzną i doradzę Wam co na siebie włożyć. A zasadniczo, to co włożyć na twarz, żeby znajomi bali się Was jeszcze bardziej niż do tej pory.

 

#5 Hokejówka Jasona

Nieśmiertelny klasyk. Dobra w zasadzie na każdą okazje oprócz komunii i chrzcin. Kto widział którąkolwiek część z serii “Piątek 13-go” będzie miał ciary. Kto nie widział, raczej też nie zaproponuje partyjki w hokeja.

 

#4 Flaki, krew, krew, flaki

Maska z cyklu “pokaż mi co jadłeś na śniadanie”. Najlepsza na małe dzieci, studentki pedagogiki wczesnoszkolnej i emerytów. Włóż ją na bal maskowy Twojego wydziału i ubiegają się o tytuł króla. Z pewnością nie zostaniesz niezauważony.

 

#3 Bill z Tokio Hotel

Dobra, nie ma przelewek – walimy z grubej rurki. Strusie pióra, oczy pandy, lwie brwi i usta pięciolatki. Postrach halloweenowych imprez. Podejdź na odległość 2 metrów i spróbuj się nie wystraszyć. Nie masz szans.

 

#2 Jestem koniem, nie mogę darować Ci życia

Najbardziej psychodeliczna maska jaką widziałem w życiu. Pierwszy raz trafiłem na nią 2 lata temu na pochodzie juwenaliowym. Piszczałem jak mała dziewczynka i uciekałem do domu szybciej niż Mandaryna po koncercie w Sopocie.

 

#1 Jola Rutowicz

Powiecie, że tendencyjne. Że znowu koń. Że takie maski są już nudne. Trudno. Nic nie poradzę, że ta maska doprowadza mnie do konwulsji i nigdy nie widziałem bardziej przerażającej. Pół-człowiek, pół-koń i te sępie szpony. Gdybym ją spotkał po zmroku na Hucie oddałbym jej telefon, portfel i dobre imię, błagając by zostawiła cnotę. Murowany hit na Halloween 2012.

To co, jak już macie garść inspiracji na imprezowe maski, to lajk albo psikus?

Panuje jakieś powszechne, że w Almie jest drogo. Że szynka to tylko od 4 dych wzwyż, a woda mineralna to tylko Perrier za 6 zeta. Większość moich znajomych żyje w takim przekonaniu. Ja sam przez baaardzo długi czas omijałem Almę szerokim łukiem, sądząc, że to sklep dla burżujskich snobów. I że taniej niż w Carrefourku to na pewno nie będzie. No właśnie, że będzie, a sprowadzając sytuację do czasu teraźniejszego – jest.

 

W Almie jest taniej niż w Carrefourze?

Nie przecieraj powiek, nie dostałeś oczopląsu. Tak – w Almie (i w ich internetowym sklepie) ceny są takie same jak w Carrefourze albo nawet niższe. Dokonując tego odkrycia zalałem herbatą nowe spodnie, telefon i sąsiadów, ale i tak wyszedłem na plus. W Alma24:

  • Cisowianka kosztuje 1,49zł (a teraz mają na nią promocję i tylko 1,29zł)
  • kilogram piersi kurczaka kosztuje 16,50zł
  • mają te same szynki po 20zł za kilo co wszędzie
  • 2 litry płynu do prania Woolite kosztują 16,90zł
  • mają przyprawy Prymat po 1,19zł

Mam nadzieję, że mocno się trzymałeś krzesła i nie wybiłeś sobie jedynek, bo najlepsze dopiero przed Tobą.

 

Przyniosą ci zakupy do domu i wniosą na 4 piętro. Za darmo!

Poważka. Byłem w większym szoku niż Marysia, ale tak było. Pan dostawca 3 razy dymał w tę i z powrotem po schodach, żeby wnieść nam 6 zgrzewek wody i resztę zakupów. Myślałem, że po prostu przywiozą nam żarcie i każą zejść po nie na dół, a tu takie rzeczy. Dziewczyny ode mnie z mieszkania były podjarane. Ja też, bo to jest serio mega opcja.

Nie musisz nigdzie jeździć, szwendać się między półkami i tracić pół życia w kolejce do kasy. Nudząc się w pracy i udając, że coś robisz, możesz ogarnąć zakupy, które normalnie zajęłyby ci przynajmniej półtorej godziny (licząc dojazdy). Wchodzisz na sklep internetowy, bach, bach, klikasz czego tam potrzebujesz, wybierasz termin dostawy i voilà – jest u Ciebie na chacie. Piękne, co?

I to za darmo. Oczywiście jest pewien haczyk, ale nie duży. Darmowa dostawa jest od pewnej kwoty, za którą zrobisz zakupy. W zależności do dnia i godziny, waha się między 50zł a 200zł, jednak najczęściej jest to 100zł. Stówa to naprawdę bardzo, bardzo przyzwoita kwota. Jak zamawiasz coś ze swoją drugą połówką/współlokatorem/mamą/kotem, to nie ma szans, żebyście nie przekroczyli tej kwoty. Sam osobiście nigdy nie zrobiłem zakupów w markecie poniżej 60zł.

I kto jest teraz królem zakupów, co?