Close
Close

Panuje jakieś powszechne, że w Almie jest drogo. Że szynka to tylko od 4 dych wzwyż, a woda mineralna to tylko Perrier za 6 zeta. Większość moich znajomych żyje w takim przekonaniu. Ja sam przez baaardzo długi czas omijałem Almę szerokim łukiem, sądząc, że to sklep dla burżujskich snobów. I że taniej niż w Carrefourku to na pewno nie będzie. No właśnie, że będzie, a sprowadzając sytuację do czasu teraźniejszego – jest.

 

W Almie jest taniej niż w Carrefourze?

Nie przecieraj powiek, nie dostałeś oczopląsu. Tak – w Almie (i w ich internetowym sklepie) ceny są takie same jak w Carrefourze albo nawet niższe. Dokonując tego odkrycia zalałem herbatą nowe spodnie, telefon i sąsiadów, ale i tak wyszedłem na plus. W Alma24:

  • Cisowianka kosztuje 1,49zł (a teraz mają na nią promocję i tylko 1,29zł)
  • kilogram piersi kurczaka kosztuje 16,50zł
  • mają te same szynki po 20zł za kilo co wszędzie
  • 2 litry płynu do prania Woolite kosztują 16,90zł
  • mają przyprawy Prymat po 1,19zł

Mam nadzieję, że mocno się trzymałeś krzesła i nie wybiłeś sobie jedynek, bo najlepsze dopiero przed Tobą.

 

Przyniosą ci zakupy do domu i wniosą na 4 piętro. Za darmo!

Poważka. Byłem w większym szoku niż Marysia, ale tak było. Pan dostawca 3 razy dymał w tę i z powrotem po schodach, żeby wnieść nam 6 zgrzewek wody i resztę zakupów. Myślałem, że po prostu przywiozą nam żarcie i każą zejść po nie na dół, a tu takie rzeczy. Dziewczyny ode mnie z mieszkania były podjarane. Ja też, bo to jest serio mega opcja.

Nie musisz nigdzie jeździć, szwendać się między półkami i tracić pół życia w kolejce do kasy. Nudząc się w pracy i udając, że coś robisz, możesz ogarnąć zakupy, które normalnie zajęłyby ci przynajmniej półtorej godziny (licząc dojazdy). Wchodzisz na sklep internetowy, bach, bach, klikasz czego tam potrzebujesz, wybierasz termin dostawy i voilà – jest u Ciebie na chacie. Piękne, co?

I to za darmo. Oczywiście jest pewien haczyk, ale nie duży. Darmowa dostawa jest od pewnej kwoty, za którą zrobisz zakupy. W zależności do dnia i godziny, waha się między 50zł a 200zł, jednak najczęściej jest to 100zł. Stówa to naprawdę bardzo, bardzo przyzwoita kwota. Jak zamawiasz coś ze swoją drugą połówką/współlokatorem/mamą/kotem, to nie ma szans, żebyście nie przekroczyli tej kwoty. Sam osobiście nigdy nie zrobiłem zakupów w markecie poniżej 60zł.

I kto jest teraz królem zakupów, co?

(niżej jest kolejny tekst)

Jak Bond zamienił Martini na Heinekena – recenzja filmu “Skyfall”

Skip to entry content

Jak zwykle seans miał obsuwę i zanim puścili właściwy film przez pół godziny byłem tłamszony nachalną promocją wszystkich partnerów Kina Kijów. Biorąc pod uwagę, że zapłaciłem normalną kwotę za bilet (podobnie jak pozostałe 500 osób), to bardzo żenująca akcja. Nie miałbym nic przeciwko wysłuchiwaniu zobowiązań kina wobec reklamodawców, gdyby wpuszczali nas tam za darmo. No nic, liczę na poprawę. Jak nie jutro, to już na pewno w przyszłym tygodniu.

 

Skyfall, czyli niebo spada na głowy

Świat się kończy. Szykuje się rewolucja. Nic już nie będzie takie jak wcześniej. Bond przestał pić Martini z wódką wstrząśnięte, nie zmieszane. Niby już wcześniej powiedział, że (dyplomatycznie rzecz ujmując) ma to gdzieś jak będzie podany ten napój, ale teraz to już pojechał po całości. Zamienił miks wermutu z ginem na browara. Tak, tak, agent 007 po latach pościgów, strzelanin i wybuchów, stwierdził, że co jak co, ale nie ma to jak walnąć browarka.

Podobno stwierdzenie przez Bonda, że ma w odbycie sposób przygotowania Martini, przyprawiło wiernych fanów o palpitacje serca i wizytę u psychoterapeuty. Boję się, że widok agenta służb specjalnych wylegującego się sielsko w łóżeczku z Heinekenem w łapie, może skończyć się dla nich zapaścią lub w najlepszym wypadku omdleniem. Wiadomo, chodzi o product placement i kasę – filmy nie robią się za darmo. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie pusty, komercyjny chwyt marketingowy. Ta zmiana Jamesowych przyzwyczajeń jest odbiciem tego, że…

 

Bond się starzej

007 skończył już trzydziestkę, czterdziestkę i nawet pięćdziesiątkę. Nigdy nie był krewkim młodzieniaszkiem z pistolecikiem w rączce, ale też już mu coraz dalej do samca alfa bez wysiłku ratującego świat. Fakt, dalej wygląda lepiej niż każdy mój kumpel, a podczas scen gdzie paraduje bez koszulki zastanawiam się czy ten koleś przypadkiem nie jest z fotoszopa. To prawda, dalej w nonszalancki sposób rwie laski, których nie spotkasz w spożywczaku na swoim osiedlu (ale panny to jakoś już tak mają, że lecą na starszych gości).

Jednak jakich atrybutów witalności by mu nie przypisać i iloma kremami promowanymi w Men’s Health by się nie wysmarował, to ma swój wiek wypisany na twarzy. I historię swojego życia wytartą na zakolach. I on on tym wie i to jest pokazane w filmie. I tego to bym chyba nie chciał oglądać.

Na filmy z Bondem nie chodzi się po to żeby rozmyślać o życiu. Nie ogląda się kolesia dewastującego fury warte więcej, niż dług publiczny Twojego kraju, żeby zatracać się w refleksji nad przemijaniem. Jakbym chciał sobie podumać nad sensem istnienia, to bym poczytał Paulo Coelho albo wszedł na Demotywatory. Jak idę na film akcji, to chcę akcji – rozpierdziuchy po całości, lasek z okładek Playboya i lepszych gadżetów niż brand manager Apple’a.

 

To jak z tymi laskami?

Z laskami to średnio jakoś. Ta główna (Bérénice Marlohe), co była tak promowana, to zupełnie bez szału. Na zdjęciu powyżej wygląda dużo lepiej, niż w filmie. Nie wiem czy jej źle makijaż zrobili, czy podczas zdjęć była ciągle na kacu, ale zero jaranka. Wygląda jak bardzo zmęczona życiem i pracą pani do towarzystwa. Ta czekoladka (mimo, że obsadzona jako jakaś popierdóła), to bardzo, bardzo spoko. Jest kobieca, delikatna, pełna seksapilu. No i nie ma tyle tapety na twarzy. Dałbym jej 8/10, ale będzie tylko 7, bo nie pokazała cycków.

 

A gadżety?

Tutaj klapa po całości. Zawiodłem się bardziej, niż Chrystus na Judaszu. Jedynym hi-techowym wynalazkiem, który pojawia się w “Skyfall” jest… pistolet z czytnikiem linii papilarnych. Sorry, nie pistolet – beretta (to takie malutkie coś czym nie chcą się bawić nawet dzieci). Brzmi jak żart prawda?

 

Na czym się jeszcze zawiodłem?

Na muzyce. Totalnie tendencyjna. Tak przewidywalna, że aż nudna. Nawet główny motyw ze wszystkich Bondów nie ratuje tematu.

Resumując – jeśli:

  • jesteś przy hajsie i nie wiesz co z nim zrobić
  • kompletnie nie masz pomysłu na weekend
  • czekałeś na ten film całe życie
  • nazywasz się Bond lub masz imię James i nie wyobrażasz sobie soboty bez chlapnięcia 0,7

idź na “Skyfalla” do kina. W każdym innym przypadku – odpuść sobie albo poczekaj, aż będzie na DVD.

Wiecie, że kiedyś musiało to nastąpić. Wiecie, że kotki są śliczne i słodkie, ale liżą masło mordując po cichu ludzi (kto wie niech obejrzy “Świat według Ludwiczka”). Zabójstwo było nieuniknione. Albo on albo ja, innego wyboru nie było. A że siebie lubię bardziej, to rudy kot Napoleon, który zerkał na Was z góry bloga musiał pożegnać się z życiem. Nie chciał odejść po dobroci, więc zmarł śmiercią tragiczną. Utopiła go w Wiśle chęć rozwoju. No właśnie, zastanawiacie się pewnie…

 

Po cholerę to wszystko?

Musiałem odświeżyć wizerunek bloga. Zmienić wasze skojarzenia z nim związane. “Stay fly” w amerykańskim slangu oznacza “bądź zajebisty” i taka była idea bloga – pisać o tym o zajebistych rzeczach, wydarzeniach, filmach i muzyce (i tych beznadziejnych też, żebyście wiedzieli co z daleka omijać). A ten kot co Wam mówił? Jestem ciepły? Mam 30-stkę, kota i kredyt na mieszkanie? W najlepszym wypadku pomyśleliście pewnie, że jestem domatorem. Mam rację? Jednak większość osób wchodząc tu pierwszy raz myślała, że to strona o kotach, a takich skojarzeń to ja nie potrzebuję. Naprawdę.

 

Zmiany, zmiany, zmiany

Kotek z górnej grafiki bloga pływa sobie po dnie Wisły. Zniknął też z fanpage na Fejsie. Teraz w jego miejscu widzicie dużo fajniejszą grafikę, dużo, dużo, dużo bardziej związaną z tematyką bloga. Oczywiście z pewnością znajdą się maruderzy, którzy będą płakać, że kotek był “cool”, “awesome” i totalnie “epic”, a teraz to jest “disaster”. Spoko, na takie reakcje też jestem przygotowany.

No właśnie reakcje. Dotąd nie tak często jak bym chciał wdawaliście się ze mną w dyskusję. Zastanawiałem się jak to możliwe, że post, który ma 2000 wyświetleń ma tylko 12 komentarzy? Nie podobał Wam się? Dajcie mi o tym znać! Byliście zachwyceni? Dajcie znać tym bardziej! Nie wzbudził w Was emocji? To najgorsza z opcji, którą dopuszczam do siebie, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. No bo skąd te 2000 wyświetleń?

Doszły mnie słuchy, że nie podobała Wam się ta fejsbukowa wtyczka do komentarzy. Że jest ble, śmierdzi i większość by chciała popisać sobie pod ickiem, a niekoniecznie pod własnym nazwiskiem. No to voilà. Macie nowy system komentarzy, który można spotkać na większości blogów. Możecie pisać pod zarówno pod ksywką z dzieciństw, nickiem z czaterii, jak i zintegrować z Fejsbukiem i używać jej tak samo jak wcześniej. Tyle, że lepiej rzecz jasna. Jest git?

 

To już nie będzie wpisów o kotkach?

Nie. Pocieszę Cię – nigdy nie było. Jak zauważyliście (mam nadzieję) od jakiegoś czasu więcej jest postów z cyklu “dziwny jest ten świat”, “jak żyć?” i “byłem tu i tam”. W tę stronę właśnie będzie iść Stay Fly. Będzie więcej stylu życia. Mojego stylu życia. Aczkolwiek żeby nie było, że Was nie kocham. Jeśli jakas tematyka na blogu wyjątkowo Wam odpowiada i czytacie mnie tylko ze względu na nią, to śmiało – napiszcie o tym w komentarzach. Jeśli zobaczę 100 komentarzy “pisz o kotkach!”, to daję słowo – będzie wpis o kotkach. Umowa stoi?