Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.

(niżej jest kolejny tekst)

Przyznaję się, w weekend piłem alkohol. Choć zazwyczaj tego nie robię, to wypiłem jednego Lecha Shandy i aż dwie Warki Radler. Tak mnie sponiewierało, że znów zgubiłem telefon, zapomniałem jak się nazywam, gdzie mieszkam i jaki mam pin do karty. A w niedzielę (co zadziwiające), tak samo jak w inne dni tygodnia zachciało mi się jeść.

Kierowany jednym z pierwotnych instynktów, zwlokłem się z łóżka i w pół-śnie dotarłem do piekarni na rogu. Pierwszy szok przeżyłem, gdy okazało się, że Pan Jagiełło oraz Pan Kazimierz III Wielki gdzieś się ulotnili i w portfelu zostało mi pół złotego. Zanuciłem więc pięknej pani ekspedientce jeden z większych hitów Perfectu i położyłem pieniążek na ladzie. Spojrzała na mnie z tym samym żalem do całego świata co zwykle i dała mi bułkę. Szczerze mówiąc, gdybym nie wziął paragonu, na którym jednak było napisane za co zapłaciłem, to nie wiedziałbym, że to była bułka.

 

Bułka za pół złotego

Właśnie tak moi drodzy czytelnicy wygląda bułka za 50 groszy. To był drugi szok w ciągu 10 minut, jakiego doznałem i byłem w nim dużo bardziej, niż Marysia.

Jak byłem dzieckiem (1,5 roku temu), to za 20 groszy była mega wypasiona wielka buła. Zazwyczaj pierwszą zjadałem na sucho, w drodze z piekarni do domu, a drugą dojadałem tylko do połowy, bo już nie mogłem. Jak w zeszłą niedzielę wyciągnąłem z reklamówki tego bobka i położyłem na talerzu, to zacząłem się zastanawiać, czy królik mojej współlokatorki przypadkiem nie zrobił większej kupy. Dźgnąłem to widelcem, nie złamał się ale było blisko. Wbiłem w to nóż, przeciąłem na pół i zacząłem się zastanawiać z czym niby miałbym zjeść tę miniaturkę pieczywa? Z połową plastra salami? Przecież tu żadna sensowna wędlina się nie zmieści?

Jak mogą sprzedawać taki syf? Jak ja głupi mogłem to kupić? Rzuciłem ten badziew gołębiom na pożarcie w nadziei, że się potrują i przestaną oddawać fekalia na mój parapet. Jak do tej pory to mój największy zawód z cyklu “zakupy na kacu”. Złota myśli od Wujka Dobra Rada: albo nie pijcie, albo róbcie zakupy dopiero jak uzupełnicie poziom elektrolitów w organizmie!

Nie wiem o czym mówisz, ale robisz to pięknie – recenzja nowej płyty Hey

Skip to entry content

Hey poznałem przy okazji pewnej historii miłosnej, bo (jak wynika z moich doświadczeń) dobre zespoły zazwyczaj poznaje się w ten sposób. Mimo, że początkowo byłem stanowczo “na nie”, to teraz tak się jaram ostatnimi dwoma albumami, że wersy z nich mógłbym sobie dziarać na żebrach. Co z kolei zupełnie nie zmienia faktu, że “Teksański” jest jedną z najgłupszych piosenek jakie znam. Mając w sobie te ambiwalentne emocje, czekałem na “Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”. Czekałem, czekałem, czekałem, aż pojawił się…

 

Pierwszy singiel

Brzmiał świetnie, ale nie miałem pojęcia o co w nim chodzi. W zasadzie to coś mi tam świtało, ale chciałem, żebyście mi pomogli (a w zasadzie pomogły). I tak też się stało. Dzięki trójce czytelniczek: Sylwii, Agg i Joanne, doszliśmy w końcu do tego o co kaman z tą szlachtą i tymi mieszczanami. Dzięki dziewczyny za pomoc! Tutaj cała rozkmina, gdybyś też chciał wiedzieć, co jest pięć.

Po singlu spodziewałem się, że przekaz będzie bardziej zakamuflowany, niż jednostka GROMu w terenie, ale też wiedziałem, że nie będzie kawałków typu “tańczące buty, tańczące buty, naucz mnie jak tańczyć”. Nie myliłem się w obu przypadkach. Najbardziej zaskakujące i what-the-fuckowe okazały się…

 

Tytuły utworów

Ja wiem, że się czepiam. Wiem, że upraszczam i odbieram magię tekstom Nosowskiej, ale bardzo ładnie proszę, niech ktoś mi powie, co kryje się pod tytułami:

  • Wieliczka (oprócz, tego że to takie miasto)
  • Wilk vs. kot (nawiązanie do “Alien vs. Predator”?)
  • Lilia, kula i cyrkiel (to chyba mój faworyt)
  • Lot pszczoły nad tymiankiem (parafraza “Lotu nad kukułczym gniazdem”?)

 

Piękne piosenki

Nie zrozumcie mnie źle. To, że nie wiem o czym jest połowa utworów na nowej płycie Hey, nie znaczy, że mnie nie kręcą. To nieco absurdalne, ale jest wręcz przeciwnie.

Weźmy choćby taką pierwszą z brzegu “Wieliczkę” otwierającą płytę. “Patrzę z zachwytem jak słońce się wkuwa promieniami w noc, jakże gościnny sad, konsystencją zbliżam się do rosy” – choćbym walnął połówkę na hejnał, nie skumam co autor miał na myśli. I co z tego? To ma tak słodką melodię, to subtelne nucenie w tle… można odpłynąć bez wioseł. A refren? No refren to jest coś, to jest łouł! Tak zupełnie różny od zwrotek, a jednocześnie tak dobrze je dopełniający (i nawet rozumiem jego treść!). Nie trzeba robić dubstepu, żeby muzyka miała słowo na “p”. Jaram się!

Na “Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” nie ma słabych numerów. No może “Woda” trochę odstaje – jest mdła i nieco na siłę. “Lot pszczoły nad tymiankiem” natomiast (mimo swojej nazwy) jest rewelacyjnym numerem i chyba najlepszym na płycie. Jest w nim dusza – i wzrusza, i porusza. Refren z tego utworu spokojnie mógłby latać w szatni naszej reprezentacji przed meczami. Może wtedy by im ciut lepiej szło.

 

Muzyka vs. tematyka

Hey przyzwyczaiło mnie, że z płyty na płytę ich brzmienie ewoluuje. I to potężnie. “Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” jest jeszcze większym skokiem w głąb nowych brzmień, niż “Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” w odniesieniu do “Echosystemu”. Z klasycznym rockiem ma to tyle wspólnego, co Pitbull z hip-hopem. I dobrze, bo z około-rockowych rzeczy tolerowałem tylko Myslovitz (z Rojkiem rzecz jasna!), pierwszą płytę Comy i Klaxons.

Lirycznie (odnosząc się oczywiście tylko do tego co udało mi się skumać) jest dużo, ale to dużo mniej o miłości niż zazwyczaj. Pomyślicie pewnie, że jej się w życiu ułożyło i jest git. Nic z tych rzeczy. Kasia bez przeraźliwej traumy w głosie nie byłaby sobą. Nie wiem, czy faktycznie ciągle spotykają ją tragedie i rozczarowania, czy po prostu jest nadwrażliwa i wszystko hiperbolizuje. Tak czy inaczej kawałki jak zwykle są nostalgiczne. Z płyty wylewa się morze smutku już nie tylko w odniesieniu do związku damsko-męskich, ale również do życia w ogóle.

Wydźwięk tego albumu można by zawrzeć w wersie Nosowskiej sprzed 7 lat – “ciut za mało jest tego życia, żeby żyć”. Przykro mi jak cholera, ale muszę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Ty też?