Close
Close

Lipton wie jak traktować klientów

Skip to entry content

Były kiedyś takie czasy (2 tygodnie temu), że nie robiłem zakupów like a boss (w Alma24), tylko normalnie, po nerdowsku (w Carrefourze w Galerii Krakowskiej). I kupiłem sobie herbatę. Herbatę Liptona o smaku słodszym, niż szarlotka w schronisku na Gubałówce – “wanilia i karmel”. To mój drugi ulubiony smak, zaraz po “gruszce i karmelu”, który jest best of the best (to takie info na marginesie, gdyby ktoś chciał mnie na herbatkę zaprosić). I cóż z ta herbatą (oprócz tego, że jest w lekko przehajpowanych piramidkach), pewnie się zastanawiacie?

A no to, że po otworzeniu pudełka okazało się, iż kilka torebek jest dziurawych i pustych. Czyli, że są tam buble, których nijak nie da się zaparzyć, użyć ani nawet ozdobić nimi choinki (i z podrywu na herbatę za 6 zeta nici). Wkurzyłem się. Co prawda nie wyszedłem przez drzwi nie otwierając ich, ani nawet powieka jakoś specjalnie nie zaczęła mi drżeć, ale ciśnienie się podniosło. Głównie dlatego, że wyrzuciłem paragon zaraz po odejściu od kasy (bo jakoś nie mam w zwyczaju kolekcjonowania makulatury). A jak wiadomo bez paragonu lub pistoletu reklamacji się nie uwzględnia.

Zazwyczaj, ale nie tym razem…

 

Takie podejście do klienta to ja rozumiem!

Napisałem do Liptona co za życiowe nieszczęście mi się przytrafiło, licząc na jakąś rekompensatę, ale szczerze mówiąc myślałem, że oleją temat (jak to duże marki mają w zwyczaju). Dostałem maila pisanego stylem auto-respodenra, żebym podał miejsce zakupu (jakie to ma znaczenie?) i dane teleadresowe i czekałem. I czekałem, czekałem i czekałem. Zniosłem dwa jajka, minęły prawie dwa tygodnie i dziś rano jakiś hultaj obudził mnie dudniąc dzwonkiem do drzwi. Listonosz rzecz jasna. Zdziwiłem się, bo nic oprócz świętego spokoju nie zamawiałem, ale jak powiedział, że nic nie trzeba płacić tylko się podpisać, to wziąłem paczuszkę.

A w paczuszce były 3 pudełeczka herbat Liptona i list wyjaśniający sytuację. Zasadniczo po tym jak zobaczyłem, że ktoś przyniósł mi do domu, ot tak, 3 rodzaje herbaty, w tym jeden którego jeszcze nie próbowałem, żadne listy nie były potrzebne. To była najlepsza rekompensata i przeprosiny jakie mogłem dostać (dobra przesadzam, mogli dać 6 paczek, ale i tak jest ok). Tak to się to powinno załatwiać, a nie jakaś zabawa w zbieranie paragonów po każdym pudełku zapałek.

Jak już wypiłem z dziewczynami po 3 kubki każdego smaku i byłem na herbacianym haju, to zerknąłem na ten list. Nie było tam nic odkrywczego, ale też nic żenującego. Nie zwalili winy na pijanego studenta-praktykanta, który celowo sabotował pracę firmy i już tam nie pracuje (jak to mają w zwyczaju oświadczać agencje social media). Napisali o tym co zapewne miało miejsce, że produkcja u nich jest zautomatyzowana i, jak w każdym procesie produkcyjnym, czasem dochodzi do zakłóceń. Stąd wady w produktach. Normalna sprawa, nic wielkiego. Wiadomo, że takie rzeczy się dzieją i nie ma co ciskać gromami. Najważniejsze, że nie mają cię tam, gdzie ojciec Foresta Gumpa trzymał zegarek podczas wojny. I za to szacunken, respekta i w ogóle.

Reasumując – Lipton zawsze spoko!

(niżej jest kolejny tekst)

Maria Peszek ściągnęła pióropusz, ścięła włosy na kadeta, przestała grać seksualnością w tekstach, włożyła ermaksy i pogrążyła się w depresji. Kpię sobie troszeczkę i to bynajmniej  nie z powodu jej wyznań na temat złego nastroju na plaży w Tajlandii. Śmieszy mnie jak cholera, że od dwóch lat Polacy, jeden po drugim, doznają olśnienia i odkrywają buty, które są w produkcji od 1987 roku. Polscy raperzy chodzą w nich od 15 lat, amerykańscy od 35, a tu nagle bum – w 2010 cała Warszawka nagle dowiedziała się o istnieniu Nike Air Max. Czekam aż Cichopek, Herbuś i ekipa z “Na wspólnej” też dozna olśnienia i od stycznia już nikogo poza emerytami nie zobaczymy w innych sufiksach.

To tak tytułem wstępu, a przechodzą do meritum, to…

 

Sorry Maria, ale brzmisz jak Nosowska

To nie zarzut, to po prostu stwierdzenie. Celowo nie rzucałem się na recenzję “Jezus Maria Peszek” zaraz po premierze. Chciałem na chłodno, z perspektywy czasu napisać jak mi się widzi ta płyta. I tak – jeśli chodzi o warstwę tekstową, to brzmi jak kontynuacja “Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” Heya. Jeśli natomiast chodzi o muzykę, to brzmi jak nie do końca udany sequel remixów tej samej płyty (mam na myśli “RE-MURDPED!”).

Co do tej muzyki (do której można mieć największe zastrzeżenia), to jest trochę popu, trochę elektroniki i trochę alternatywy. Z nastawieniem na “trochę” . Wszystkie podkłady są tak minimalistyczne, że momentami wręcz toporne. Słucha się tych kawałków i słucha i czeka aż coś zacznie się dziać i w końcu się dzieje – zmienia się utwór. Dobre kompozycje, takie jak “Ludzie psy” (które czuć, że było mocno inspirowane remixem “Piersi Ćwierć”), czy “Wyścigówka” sąsiadują z niewybuchami typu “Sorry Polsko”, które ma tragiczne zwrotki i świetny refren. Nie pastwiąc się nad producentami, muzyka na płycie nie jest zła, ale brakuje jej głębi i wyjątkowości.

 

Jeśli zdjęła pióropusz i nie śpiewa już o seksie, to czym?

Jest mniej młodzieżowo, ale równie kontrowersyjnie. A w zasadzie, to chyba nawet bardziej. Pomijając akcje pod tytułem “jestem smutna, zostawił mnie chłopak i kawior z bieługi nie smakuje już tak samo”, to jest sporo treści, których nie odważyłby się poruszyć żaden popowy wykonawca. Z mocniejszych numerów na nowej płycie Peszek, to “Nie wiem czy chcę”. Maria otwarcie mówi, że ma 40-stkę na karku, ale nie będzie przykładną matka Polką i żadna reprodukcja nie wchodzi w grę. Nie będzie rodzić dzieci, gotować obiadków i zmieniać pieluch. Wiele kobiet tak myśli i czuje, żadna (poza niewyraźnie bełkoczącą Szczuką) o tym nie mówi. RE-SPE-KTA!

Drugi, dużo bardziej skandaliczny w kontekście naszego społeczeństwa utwór, to “Pan nie jest moim pasterzem”. Jezus Maria Peszek, chciałbym zobaczyć do tego klip. Mohery by zwariowały, nie starczyłoby respiratorów. Wokalistka w owym protest songu bezwstydnie wyznaje, że je mięso w piątek i nie chodzi do kościoła w niedzielę. Jest na tyle bezczelna, że wysoce prawdopodobne jest, iż nie przyjmuje księdza po kolędzie. Stanowczo odradza się słuchanie osobom, które nie były w tym tygodniu u spowiedzi i wszystkim dzieciom przed 45-tym rokiem życia. Jeśli zapuścicie to w dzień święty na swoim iPodzie, opęta Was szatan!

Trzecim gwoździem do trumny Marii Awarii jest fakt, że jej się Polska nie podoba. I to aż w dwóch piosenkach! Jakby rządził PiS, to już dawno zawinęliby ją na dołek, a tak to pewnie tylko dostaje pogróżki od Obozu Narodowo Radykalnego. Ma ojca znanego aktora, to jej się w cyckach po przewracało i myśli, że w tym kraju można nie być patriotą. Nie można! Albo tatuujesz orzełka na żebrach albo auf Wiedersehen! Mam rację?

 

Jestem za, a nawet przeciw

To jest dobra płyta. Nie wybitna, ale dobra. Warto sprawdzić choćby po to, żeby dowiedzieć się jak bezpruderyjna, wyzbyta z konwenansów Polka postrzega Amy Winehouse.

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]I pamiętajcie: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi otwartych ludzi![/box]

Fly Food #11 – “Paragraf” przy wydziale prawa UJ

Skip to entry content

Po ostatnim razie miałem już nie pisać o studenckich krakowskich knajpach, tylko przejść na te droższe, ale zaprotestowaliście. Podaliście w komentarzach sporo miejscówek, których jeszcze nie sprawdzałem, polecając, zachwalając i czekając na opinię. Nie miałem wyboru, musiałem pójść Wam na rękę i kontynuować “Fly Food”. Tym samym, kolejny raz dałem niepodważalny dowód na to jak bardzo Was kocham (czego to człowiek nie zrobi dla paru lajków pod wpisem).

 

Co to za miejsce?

Na otwarcie nowej dziesiątki poleciał lokal zaproponowany przez Asię – jedną ze stałych czytelniczek bloga. Mowa o “Paragrafie” na Olszewskiego 2, czyli knajpie, która teoretycznie powinna być bardzo dobrze znana wszystkich studentom prawa. W środku, jak to w studenckiej stołówce – totalna średniawka. Ważne, że jest na czym siedzieć i żeby w zimie drzwi się domykały. To pierwsze jest, to drugie mam nadzieję, że też.

 

Tanio? Drogo?

Lokal promuje się chwytliwym hasłem “zupa + drugie danie = 10zł”. Nie kłamią, z tym, że taki zestaw to mają tylko jeden i nie jest oszołamiający. Za dyszkę możesz zjeść jedną z dwóch zup do wyboru i dwa (dosłownie dwa) klopsiki z ziemniakami i surówkami. I taki zestaw jest codziennie. Jeśli chcesz coś innego/jakieś normalne mięso, to musisz wyłożyć 14 zeta. Zaraz przejdę do walorów smakowych i wielkości dań (czyli “czy to się do cholery opłaca?”). Żebyś jednak nie popuścił w majty z napięcia, już teraz Ci powiem, że jeśli rzut martwym płodem masz do “Koko” i “Bordo”, to “Paragraf” jest słabą opcją.

 

To jak z tym jedzeniem? – podejście #1

Byłem tam specjalnie dwa razy, żeby nie wyrokować po jednej wizycie. Za pierwszym razem na obiad do “Paragrafu” skoczyłem z Andrzejem – wschodzącą gwiazdą rocka, która jeszcze nie zapomniała jak to jest bujać się po tanich knajpach.

Zupy były liche i letnie. Zasadniczo, to bez smaku.

 

Drugie dania niewiele lepsze. Schabowy Andrzeja strasznie suchy i czuć, że podgrzewany któryś raz z rzędu. Z kolei moje klopsiki… no cóż, chyba wystarczy na nie popatrzeć żeby wiedzieć, że nic specjalnego. Surówki na tyle mocno doprawione, żeby nie można było wyczuć czy przypadkiem nie są nieświeże.

 

To jak z tym jedzeniem? – podejście #2

Za drugim razem na szamkę wybrałem się z Piotrkiem. Zarobasem z UK, który wrócił do Polski schudnąć parę funtów. Namawiał mnie na Wierzynek, ale powiedziałem, że jest robota do zrobienia i poszliśmy na Olszewskiego.

Zupa znów letnia i – cholera jasna – niedobra. Smakowała jakby z resztek warzyw (w końcu niby jarzynowa). Te farfocle w środku  jakieś rozgotowane i znowu bez smaku…

 

No tu kucharz to dał popis. Wiecie jak się nazywa to danie? Placki z sosem myśliwskim, czyli taka uboższa wersja placków po węgiersku, ale niby wciąż placki z mięsem. Mięso to tu poczułem jak sobie wyobraziłem. Dali zrzynki jakiejś kiełbasy albo szynki i jakąś gumę imitującą placek. Jak się pewnie domyślacie, niedobre. Bleee. Fuj!

 

A tu bonusik – drugie danie Piotrka. Kto zgadanie co to jest może się pochwalić mamie. Brawa dla obsługi za kompozycję. Jedzenie od razu lepiej smakuje, gdy ładnie wygląda na talerzu.

Cena/ilość: 6/10
Jakość: 5/10
Ogółem: 5/10

Podsumowując… chyba wiecie co o tym, sądzę i czy warto tam iść? Następny pod widelec idzie kultowy bar “U Pani Stasi” na Mikołajskiej.