Close
Close

Patryk Hadas – wystawa Pomyślę o tym jutro (9)

Skip to entry content

Nie ma mnie na blogu, bo jestem na YouTube

Skip to entry content
Słuchajcie, na blogu mimo szczerych chęci nic się nie pojawia, bo mówiąc wprost: nie mam nic do powiedzenia. Przynajmniej nie w tym momencie. Tak jak Wy, od roku siedzę w domu, nic nowego nie przeżywam, nie mam żadnych ciekawych obserwacji, tylko wkurwiony czekam, aż to się skończy.
 
Komu chciałoby się o tym czytać? Nie wiem. Mnie na pewno nie chciałoby się o tym pisać.
 
Jest za to coś, co mega mnie jara i czuję się jak w październiku 2011 roku, kiedy wrzucałem pierwszy wpis na bloga. YouTube.
 
Długo się zbierałem, żeby publicznie się tym pochwalić, bo trochę bałem się jak ludzie na to zareagują. Dobre? Słabe? Przypałowe?
 
Przypomniało mi się jak to jest być tym świeżakiem, który zaczyna od zera. Jak to jest pierwszy raz wejść do statku kosmicznego i zacząć wciskać wszystkie guziki, żeby dowiedzieć się do czego służą. I wiecie co? To jest zajebiste!
 
Serio, nic tak nie nakręca do życia jak zaczęcie czegoś nowego, polecam!
 
Tak że tego… tym przydługim wstępem chciałem powiedzieć, że niecałe 2 miesiące temu otworzyłem kanał na YouTube i tłumaczę na nim słowa z popkultury, które weszły do mowy potocznej. Taki słownik internetowy, tylko w wersji wideo.
 
Zapraszam (i póki co proszę o taryfę ulgową)!
 
 
 

A co jeśli 2021 nie będzie lepszy? 7 rad na trudne czasy

Skip to entry content

2020 był jedną wielką porażką. Czy pandemia, lockdown, brudna kampania prezydencka, strajk kobiet i powódź fake newsów czegoś nas nauczyły? Wyciągnęliśmy z tego jakąś lekcję? Coś zmienimy na świecie, w Polsce, w sobie? Czy może jesteśmy jak ten student nad miską z własnymi wymiocinami, przysięgający na własną matkę, że od jutra nie pije? A gdy tylko poczuje się lepiej, ucieka przed jutrem w kolejny melanż.

Czy może w ogóle nie interesuje nas żadne wyciągnie wniosków, bo przecież nie musi? Chcemy tylko zapomnieć. Wymazać te wydarzenia z pamięci i wrócić do tego, co było przed. Bo przecież egzystencja w cyberpunkowej dystopii się nie powtórzy. Pojawiły się szczepionki, więc to koniec. Drzwi są po prawej pandemio, zapraszam wypierdalać i do nie zobaczenia. 

Nie musimy się uczyć na swoich błędach, wyciągnie z nich nauki jest zbędne. Scenarzyści “Black Mirror” po prostu nie zrobią nam tego drugi raz. Wpół surowe zwierzęta, które jemy od teraz będą już zawsze zdrowe, a wirus nie zmutuje. Nigdy.

Prawda?

Kilka rad na trudne czasy

Pamięć jest zawodna. Jeśli coś nie zostało spisane, to z miejsca można to spisać na straty.

Ten tekst piszę przede wszystkim dla siebie. To zbiór dobrych praktyk, który pomógł mi tym razem i pomoże następnym. 

Chcę mieć go pod ręką, gdy to się powtórzy. Może Tobie też się przyda. 

1. Nowe umiejętności, to nowe możliwości (ucz się)

Poszerzanie kompetencji zawodowych, czy przebranżowienie może nie być pierwszym, co przychodzi Ci do głowy, kiedy świat się pali. Sęk w tym, że jeśli potrzebowalibyśmy więcej strażaków, a nie byłoby nowych rekrutów, to spłonąłby on do cna.

Albo inaczej: kiedy Twój statek tonie, warto umieć pływać.

Nie mówię, że od dzisiaj każdy ma uczyć się kodować w JavaScripcie, bo programiści są najładniejszą wdową na tej stypie. Mówię, że jedna nowa umiejętność może uratować Ci tyłek, w chwili gdy Twój dotychczasowy zawód przestaje mieć rację bytu.

2. Nie bądź samotną wyspą (dbaj o relacje)

Od bycia samotną wyspą gorsze jest tylko bycie samotnym na wyspie. W trudnych czasach jeszcze bardziej powinniśmy dbać o to, by nie być Tomem Hanksem w “Cast Away”. Gdy upadasz, łatwiej się podnieść z pomocą drugiego człowieka, niż piłki z namalowaną twarzą. Znaleźć pracę również.

Wiele razy byłem w ciemnej dupie. Nie zawsze ktoś mnie z niej wyciągał. Bo nie zawsze dbałem o to, by miał mnie kto z niej wyciągnąć. Zdecydowanie lepiej wspominam momenty, kiedy pojawiała się pomocna dłoń.

Tylko chwasty rosną bez pielęgnacji, o wszystkie inne rośliny trzeba dbać. Relacje z innymi są roślinami, które bez uwagi usychają. Zwłaszcza w czasie kryzysu.

3. Nie stój na jednej nodze (znajdź dodatkowe źródło przychodu)

To nie rada typu “weź w końcu przestań być biedny”. To spostrzeżenie, że stojąc ciągle na jednej nodze, prędzej czy później się wypieprzysz. Albo jakiś nacukrowany dzieciak popchnie Cię i zanim zdążysz odzyskać równowagę wylądujesz na twarzy, albo dostaniesz żylaków, rwy kulszowej i innego syfu, który zmusi Cię do zaliczenia pozycji horyzontalnej. 

Stanie na dwóch nogach jest X razy łatwiejsze, gdzie X oznacza trylion. Jak masz wątpliwości, to wstań i spróbuj.

Jak znaleźć dodatkowe źródło przychodu? Połącz punkt pierwszy i drugi, a potem dodaj do tego internet.

4. W zdrowym ciele chorej duszy niewiele (dbaj o siebie i rusz się)

Rusz się. Dosłownie.

Ewolucja naszych organizmów nie nadąża za technologią. To, że spędzamy kilkanaście godzin dziennie w pozycji siedzącej, nie znaczy, że powinniśmy to robić. A raczej wprost: to dla nas zdrowe.

Oderwanie się od ekranu i wyjście na spacer po osiedlu, to element higieny. Jak mycie zębów. Jeśli nie przestałaś myć się w czasie lockdownu, to nie rezygnuj też z aktywności fizycznej. Dla swojego zdrowia. Fizycznego i psychicznego.

Nie, nie jestem tym gościem, który powie Ci, że crossfitem wyleczysz depresję. Raczej, że regularnie produkując serotoninę trudniej będzie Ci w nią wpaść.

5. Szata zdobi człowieka (dbaj o siebie i się wystrój) 

Smokingi i suknie wieczorowe nie powstały po to, by było nam ciepło i wygodnie. Płacimy za nie krocie, by w nich ładnie wyglądać. Dla partnera? Dla znajomych? Dla współpracowników? Dla kogoś na pewno.

Czy warto odstrzelić się w stylizację życia tylko dla siebie? A jest w Twoim życiu ktoś ważniejszy od Ciebie samej?

Wskoczenie w wygodne dresy po dniu pracy jest spoko. Leniwa sobota w piżamie po miesiącu orki na ugorze również. Nie-spoko jest uznanie, że skoro całymi tygodniami siedzisz w domu, to nie ma sensu się starać, bo przecież nikt Cię nie widzi. Nieprawda. Ty się widzisz. 

Czy obserwując przyjaciela spędzającego kolejny dzień w worku na ziemniaki, czułabyś zaniepokojenie? Ja tak.

6. Nie strzelaj (do ludzi w internecie)

Pedofilia wśród księży. Facebook rzuca hasło, wszyscy wyciągamy pistolety i rannych można liczyć w milionach. Odpalisz się przy gorącym temacie i puścisz serię w komentarzach, to potem przez kolejne 3 dni nie widzisz nic innego na swojej tablicy. 

Wskoczysz do szamba na główkę, ale nie przekonasz nikogo, że Jan Paweł II wiedział o molestowaniu dzieci. Ani że nie wiedział. Wystrzelasz się z energii i czasu, a w zamian dostaniesz tylko smród. I gówniane samopoczucie w komplecie. Czy to jest właśnie to, czego potrzebujesz w trakcie kryzysu?

I nie chodzi mi o to, by nie mówić w internecie o trudnych sprawach. Mówić warto, ale dyskutować lepiej na żywo.

7. Powiedz: sprawdzam (zanim coś udostępnisz)

Wstyd mi, bo tak jak poprzednie, ta rada również jest do mnie.

Jako społeczeństwo uznaliśmy, że nie będziemy płacić za gazety, bo w internecie można te same informacje znaleźć za darmo. Nie wiedząc, że jeśli coś jest za darmo, to znaczy, że Ty jesteś produktem i to Ciebie ktoś sprzedaje. Zamieniliśmy dziennikarzy na mediaworkerów, a prasę na portale sprzedające naszą uwagę. 

Fake newsy są efektem bylejakości i braku rzetelności. Po części. Jeśli jednak zajrzymy nieprawdziwym informacjom pod spódnicę, zobaczymy tam też liczbę kliknięć, czas spędzony na stronie i liczbę odsłon wygenerowanych w trakcie jednej sesji. Dla biznesu rozliczającego się za wyświetlenia bannera, te wskaźniki są dużo istotniejsze niż prawda. 

Po co sprawdzać w naukowych źródłach, czy szczepionki na Covid-19 przeszły wszystkie wymagane procedury, jeśli więcej osób wejdzie w link, gdy napiszemy, że są niebezpieczne? Fake newsy zwyczajnie się opłacają.  

Już łapiesz, co mam na myśli? Portale dezinformacyjne nie mają interesu w weryfikowaniu tego co publikują, bo im za to nie płacimy. Przez co ich obowiązek spada na nas. Każdą sensacyjną wiadomość warto sprawdzić przynajmniej w dwóch innych źródłach, zanim udostępnisz ją na swojej tablicy.

Po co? No nie wiem, choćby po to, by nie zjebać sobie dnia.

Pierwsza wigilia u chłopaka – jak przejść to pole min?

Skip to entry content

Bez zbędnych wstępów: typ, z którym macie się na wyłączność, choć jeszcze nikt nikomu nie owijał palców metalem, zaprosił Cię na Wigilię. Do swojej rodziny. I nie oszukujmy się, nogi Ci się trzęsą jakbyś miała skakać na bungee, bo to pierwszy raz. Ale lajtowo, jak to mówiła młodzież w 2004, dzięki dzisiejszemu wpisowi, nie będzie to skok bez liny. Przeprowadzę Cię przez wigilijne pole min, tak, żebyś w trakcie kolacji nie musiała wymykać się do toalety i googlować frazy „proteza stopy i twarzy tanio”.

Co dać w prezencie?

W świętach nie chodzi o prezenty. W świętach chodzi o to, żeby w 3 dni zjeść tyle co przez cały poprzedni miesiąc i nie przytyć. Mimo wszystko, jednak głupio przyjść tak w gości z pustymi rękami, dlatego najlepiej mieć w nich butelkę czerwonego wina za dwie dychy.

Jeśli lubisz ryzyko, i zdarza Ci się wyjść z domu z telefonem na końcówce baterii, to możesz pójść na całość i kupić jakieś indywidualne upominki dla pani i pana domu. Przy czym, ustalmy sobie jedno na wejściu: “indywidualne” trzeba wziąć w cudzysłów wielkości “y” w napisie HOLLYWOOD, bo jak źle trafisz, to będzie jedno wielkie “yyyyyyyy… (w domyśle “co to jest? wolę, żeby mój syn poszedł do seminarium niż spotykał się z tą kobietą!”)”. Dlatego, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której kupiłaś wejściówkę na strzelnicę komuś, komu zastrzelono rodziców na wojnie, zagraj niesamobójczo. I matce kup jakiś drobny kosmetyk, a ojcu spinkę do krawata. Szybciej ją zgubi niż użyje, ale zrobi mu się miło, że pomyślałaś, że mógłby to zrobić.

Jak się ubrać?

Zacznijmy od podstaw. „A” to samogłoska, „B” to spółgłoska, stolica Meksyku to Meksyk, a sukienka, w której widać, czy w lipcu opalałaś się z bielizną, czy bez, to nie jest dobry strój na tę okazję. I to nie chodzi o jego rodziców. Chodzi o jego wujków. I kuzynów. Zwłaszcza kuzynów. Nie będziesz się czuła dobrze, kiedy będziesz czuła, że jesteś opięta kombinezonem do nurkowania ze spojrzeń. Poza tym, jego starzy mogą mieszkać w kamienicy i będzie pizgać.

Biała koszula, granatowy sweter, czarne rajstopy i ołówkowa spódnica. To Twój zestaw na ten wieczór. Może z rozpędu załapiesz się nawet na pasowanie na ucznia.

O czym rozmawiać?

Jeśli przy stole są nieletni, możesz przełamać pierwsze lody rzucając coś w stylu „a wiecie, że Święty Mikołaj nie istnieje?” albo bardziej na czasie „Czuux, to mój ulubiony polski raper”. A tak serio, to żeby nie było rzeźni, wystarczy, że nie będziesz rzucać mięsem. I raz na jakiś czas się uśmiechniesz.

Gorzej z dorosłymi. Tu lista pułapek jest dłuższa niż kolejka do baru w Forum. Nawet jeśli ich syn nie ma na budziku Ojca Dyrektora, to i tak nie wiadomo, czy jego starzy nie słyszą strzałów w 1:15. Polityka odpada i większość aktualnych wydarzeń też, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie ktoś wyjedzie z czystą rasowo Europą. Podobno najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie, ale tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nie trafił na zatwardziałego ciepłolubca, gdy za oknem śnieży jak w „Zjawie” i wszyscy tylko czekają, aż Leo zajmie miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Jeśli to Twoje pierwsze spotkanie z jego rodziną, albo na poprzednich nie udało Ci się wybadać, które tematy skutkują wybiciem włazu od studzienki kanalizacyjnej, zastosuj jeden prosty trik wart dwóch tysięcy waz z uszkami, za który wszystkie jego byłe Cię znienawidzą: zacznij rozmowę od chwalenia jedzenia. Nie ma ludzi, którzy by nie byli łasi na komplementy, a jeśli jeszcze chwalisz ich pracę publicznie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pożyczą Ci na wkład własny.

Jak z jedzeniem? Jak z piciem?

Jeść jak najwięcej, pić jak najmniej.

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nic tak nie zjedna Ci ludzi, jak utwierdzanie ich w przekonaniu, że są dobrzy w tym co robią. Jak przyszła teściowa zobaczy, że jej karpie, śledzie i kutie wchodzą Ci jak Norek do Krawczyków, pokocha jak swoją. Gorzej jeśli nie jesteś w stanie zjeść dwóch kilogramów ryb i pięciu ciast za jednym posiedzeniem. Albo kiedy ryba jeszcze wali mułem. Zostaje Ci wykorzystanie umiejętności nabytych w pracy: symulacja i delegacja. Symulujesz, że ze smaku wylizujesz talerz i delegujesz jego zawartość do lubego. W końcu on Cię tu ściągnął, więc niech teraz kombinuje jak przetrawić drugą porcję.

Jak jesteśmy już przy trawieniu, to przejdźmy do alkoholu. A w zasadzie na tyle, ile to możliwe, obejdźmy go łukiem. Pij jak najmniej, w pierwszy dzień świąt podziękuje Ci za to żołądek, wątroba i poczucie godności. Co zrobić jak wszystkie wujki i ciocie namawiają i pada sakramentalne „ale ze mną się nie napijesz?”. Uciekać. Od alko-patologii rodzinnej trzeba po prostu uciekać.

Czego życzyć?

Szczere to powinno być złoto, a życzenia wigilijne najlepiej jak są po prostu zwięzłe, bo w kolejce czeka kilka innych osób. Złota trójca – „zdrowia, szczęścia, pomyślności” – w tej sytuacji jest jak dwa razy 2forU w McDonaldzie przed imprezą – wystarczy. Jeśli za wszelką cenę chcesz być oryginalna i dodać coś od siebie, to dodaj “droga ciociu” przed wyliczanką. Z imieniem bym nie ryzykował, bo jeszcze złapiesz gumę i odbijesz od bandy.

Bardziej niż samym copywritingiem życzeń, martwiłbym się jak nie dostać podrażnienia na skórze od wąsów wujków, którzy będą Cię całować po policzkach. Na ból polecam Ibuprom Max, a na wszelki wypadek makijaż słabszy niż mocniejszy, bo zanim siądziesz do kolacji Twoja twarz będzie wyglądała jak nieudane graffiti.

***

Jesteś gotowa. Tylko pamiętaj o uśmiechu. Działa cuda.

“To długa przeprawa, końce kończyn wyziębiło” – leci na słuchawkach, a ja cieszę się, że jednak mam rękawiczki, choć i tak czuję mróz na policzkach. Minus trzy stopnie szczypią, aż chcę się podrapać.

Wczoraj padało. Śnieg w mieście, to ostatnio niezbyt częsty widok. Niby nie lubię zimy, ale z nim jakoś lepiej. Na sercu cieplej, gdy szarą ulicę przykrywa kołdra z białego puchu. Uszlachetnia jakoś to wszystko, co spływa do ścieków. Dziś jest raczej czarno. Szaro w sumie i śnieg to nie jedyny brakujący element.

Przechodzę przez Park Krakowski, potem przez aleje, mijam Auditorium Maximum i idę Krupniczą w stronę Rynku. Pusto. Sprawdzam godzinę na telefonie, miga mi zdjęcie plaży w Uluwatu, a nad nią świeci 21:13. Kiedyś o tej godzinie martwiłbym się, że nie znajdę nigdzie wolnego miejsca, żeby siąść na jedno małe. Dzisiaj martwię się, że gdyby ktoś podszedł do mnie z nożem, to nawet nie miałbym do kogo krzyknąć o pomoc. Pusto. I ciemno.

Rząd hulajnóg pod Bagatelą stoi nad wyraz prosto, jakby każda z nich chciała puścić oczko i powiedzieć “ej, weź zwróć na mnie uwagę! albo chociaż przewróć!”. Chętnych brak.

Wchodzę na Szewską. Nikt mnie nie zaprasza na striptiz, nikt nie wpada na mnie przez nieuwagę, specjalnie zresztą też nie. Dziwnie tak jakoś. Gdyby nie dostawcy Uber Eats pod McDonaldem, pomyślałbym, że jesteśmy już po katastrofie klimatycznej i wszyscy ewakuowali się na inną planetę, tylko nikt mi nie dał znać. Albo specjalnie zostawili mnie tu, żebym zgasił światło. A jest co gasić.

Drzewa pozbawione liści, za to ubrane w lampki choinkowe pulsują kolorami jakby chciały nadrobić za wszystkie zamknięte kluby wokół Rynku Głównego. Ledowy anioł przed Sukiennicami przypomina uciekiniera z gry komputerowej. Jestem Ryanem Goslingiem w “Blade Runner 2049”. Wszystkie światła świecą tylko dla mnie. Miłe, choć niepotrzebne. Od indywidualnej wycieczki po muzeum wolałbym jednak grupowe zajęcia z konwersacji. Taka szalona myśl: spotkać się z kimś na mieście, a nie na Messengerze.

Podchodzę do pomnika Mickiewicza, żeby się na niego wspiąć i popatrzeć na to wszystko z góry. Zawsze lubiłem oglądać ruiny z lotu ptaka. Robię krok, by wejść na pierwszy stopień, gdy ktoś łapie mnie za ramię.

Nie jestem tu sam? Jednak jest tu jakiś kustosz, który zwróci mi uwagę, że nie wolno dotykać eksponatów? Straż miejska?

– Szefie – słyszę zza pleców, gwałtownie odwracam się i ściągam słuchawki. Przygarbiona sylwetka zaciska palce na pomiętym kubku ze Starbucksa i przesuwa go w moją stronę – poratuj – rzuca zmęczonym głosem, uśmiecha się i puszcza moje ramię.

Nie spodziewałem się tego, choć w sumie to logiczne. Kto inny mógłby być nocą na Rynku w środku pandemii, jeśli nie dostawcy jedzenia, ludzie wyrabiający dzienny limit kroków i bezdomni? Myślę, co mam odpowiedzieć. Zrobić wykład o nietykalności cielesnej, wskazać adres noclegowni, po prostu odejść?

– Szefie – przerywa moje zawieszenie – jakiegoś grosika – nabiera powietrza i odchrząkuje – na lepsze jutro – przysuwa kubek w moją stronę i dalej się uśmiecha tym swoim uśmiechem, tak brzydkim, że aż pięknym. Patrzy mi głęboko w oczy z takim dziwnym zrozumieniem, jakbyśmy się znali, jeździli jednym tramwajem albo mijali co piątek na Plantach. Jakby chciał tym swoim uśmiechem powiedzieć “wszystko będzie dobrze, po prostu róbmy, to co robiliśmy do tej pory i w końcu wszystko będzie dobrze”. – To jak, znajdzie się coś? – ponagla mnie.

Wrzucam mu dwójkę i mam nadzieję, że dozbiera do całości. Wszystkim nam przyda się lepsze jutro.

9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka

Skip to entry content

Jeśli od początku grudnia przeglądasz świąteczne poradniki zakupowe w poszukiwaniu tego jednego, jedynego prezentu, dla którego warto zwlec się z kanapy, by sięgnąć po portfel i przepisać kod CVV z karty, to jesteś w dobrym miejscu. Zwłaszcza, jeśli trafiłaś na kostium ludzkiego burrito, a potem świeczki o zapachu świeżo ściętej trawy i żadna z tych propozycji nie zrobiła na Tobie wrażenia.

Przed Tobą 9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka!

Talon na dodatkową dobę

Pamiętasz jak za dzieciaka usilnie próbowałaś zabić czas? Dzisiaj możesz go wskrzesić i odebrać bonusowe 24 godziny, do wykorzystania w partiach po 30 minut dziennie lub całą dobę jednym ciągiem! Dzięki specjalnemu talonowi będziesz mogła w końcu nadrobić nowości na Netflixie albo odkurzyć za kanapą. Ewentualnie po prostu się wyspać.

Dzień życia bez zmartwień

Pełna doba bez myślenia o tym, z czego będziesz żyć, jeśli zwolnią Cię z pracy oraz jak spłacać kredyt za mieszkanie i jednocześnie jeździć na wakacje częściej niż raz na dekadę.

Implant ułatwiający podejmowanie decyzji

Kariera, czy dziecko? Nowa pralka, czy studia podyplomowe? Dominium, czy Domino’s? Mądry brzydal, przystojny kretyn, czy masażer z Rossmana?  5 set, czy pół litra? Innowacyjny implant TheCyzYa, wszczepiany bezpośrednio do mózgu, sprawi, że wszystkie dylematy odejdą w zapomnienie.

Voucher na idealnego partnera

Męczy Cię spławianie kolejnych napaleńców, którzy chcą Cię złapać za tyłek, a nie za serce? Podczas ostatniej randki w ciemno żałowałaś, że nie oślepłaś przed wyjściem z domu? Masz zapalenie kciuka od wyklikiwania kolejnych par na Tinderze? Kup voucher na idealnego partnera i ciesz się mężczyzną, który jest przystojny, inteligentny, potrafi Cię rozśmieszyć i wie o co Ci chodzi, kiedy mówisz, że o nic.

Rabat na sens egzystencji

Już nie musisz dłużej zastanawiać się po co przyszłaś na świat i jaki cel ma Twoje życie, odbierz 30% rabatu na sens egzystencji i dowiedz się tego już dziś!

Pastylki na jedzenie burgerów bez konsekwencji

Wcale nie marzysz o księciu z bajki ani rycerzu na białym koniu, tylko o tym, by móc się najeść i nie przytyć? To piątka, bo ja też!

Innowacyjne pastylki do kupienia w każdej Żabce, pozwolą przeprowadzić zamach na Twój metabolizm bez konsekwencji! Śnisz o tym, żeby tackę BigMaców przegryźć brytfanką rolad, a na deser połknąć paterę pączków maczanych w czekoladowym fondue i nie ruszyć wskazówki w wadze ani o milimetr? Twoje sny są bliżej niż myślisz!

Możliwość zgłoszenia 2 nieprzygotowań do życia

Masz kaca, właściciel wypowiedział Ci umowę najmu w trybie natychmiastowym, rano stanęłaś gołą stopą na klocku Lego, a teraz wydaje Ci się, że tracisz węch i smak? Schowaj się pod koc, czekając, aż wszystko się ułoży, korzystając z jednego z dwóch nieprzygotowań do życia.

Abonament na rozdwojenie się

Jeśli nie wiesz jak być jednocześnie na Wigilii w rodzinnym domu i u rodziców Twojego partnera, wykup za jedyne 99,90zł + VAT tygodniowy abonament na rozdwojenie się.

Aplikacja aktywująca dobre samopoczucie

Ściągasz, instalujesz, włączasz i cieszysz się szumem lasu, śpiewem ptaków i poziomem serotoniny w Twojej krwi zapewniającym absolutny tomiwisizm. Aplikacja dostępna na Androidy i iOSy, posiadacze Windows Phone’ów niestety wciąż muszą się wkurwiać.

Świąteczne Promo!

Jeśli jednak szukasz opcji prezentowej, która istnieje w naszym uniwersum, to dobrze się składa.

Wjechało świąteczne promo, w którym kupując pakiet “To tylko seks” + “Lunatycy” wysyłkę Paczkomatem InPost masz za friko, a do tego dorzucam indywidualną dedykację. Wystarczy, że przy składaniu zamówienia w polu zaskakująco nazwanym “Dedykacja” wpiszesz, co chcesz mieć napisane na pierwszej stronie swojego egzemplarza (albo co chcesz mieć narysowane, choć to idzie mi nieco gorzej).

Odpalam kałamarz i czekam na Twoje zamówienie do 16.12. do 23:59!

“To tylko seks” + “Lunatycy” 64,98zł ← zamów pakiet z DARMOWĄ WYSYŁKĄ i DEDYKACJĄ

“To tylko seks” 39,99zł + 8,99zł wysyłka ← zamów książkę z DEDYKACJĄ

“Lunatycy” 39,99zł + 8,99zł wysyłka ← zamów książkę z DEDYKACJĄ

Pokolenie Netflixa wyszło na ulice. Kim jest i o co mu chodzi?

Skip to entry content

Spodziewałem się, że ten atak na wszystkie fundamenty cywilizacji chrześcijańskiej będzie przeprowadzony także i przy okazji tego orzeczenia (…). Są pewne zmiany pokoleniowe. To, że uczestniczy w tym młodzież. Że młodzież jest teraz głównie wychowywana przez Netflixa, Tik Toka i tego rodzaju instytucje, gdzie ten liberalno-lewicowy światopogląd dominuje. Gdzie wszelkim złem jest Kościół, rodzina, ojczyzna. I to jest sączone młodym do głowy. Nie mamy jako konserwatyści na to odpowiedzi. Jako partia, jako rząd nie gramy w tej lidze.

Te słowa wypowiedział Marcin Horała – poseł PiS – w wywiadzie, którego udzielił Onetowi, komentując protesty związane z odbieraniem kobietom praw człowieka. I mam wrażenie, że gość jedyne co oglądał na Netflixie, to podstrona z cennikiem. Nie będę tu wyliczał tytułów, które udowadniają, że gada od rzeczy, bo rozumiem, że ta konkretna platforma streamingowa jest dla niego tylko symbolem ludzi dorastających z technologią w dłoni.

Co to za ludzie? Kim jest Pokolenie Netflixa? Czego chce? I czy faktycznie dostęp do technologii pcha ich do unicestwienia Kościoła? Dziś kilka słów o tym, jak ja to widzę.

Jestem Bogiem, uświadom to sobie, ty też jesteś Bogiem, tylko wyobraź to sobie

Paktofonika “Jestem Bogiem”

Ten numer wielokrotnie podnosił mnie na duchu, jednak wyobraźnia zawodziła. Czy miałem zbyt ciasną czapkę, by zmieścić w głowie koncept o byciu Bogiem? Możliwe. Sęk w tym, że nie miałem wtedy dostępu do innych czapek.

Pierwszy album Paktofoniki miałem na kasecie przegranej od kolegi, który był czwartym ogniwem w łańcuchu prowadzącym do źródłowej płyty CD legalnie zakupionej w Empiku. Jak odpalałem walkmana, to słuchałem tego w kółko, aż nie rozładowały mi się paluszki. Na “Ja to ja” przebijało wcześniej nagrane Just 5, a ostatni kawałek był urwany w połowie. Trochę kiepsko, ale jaką miałem alternatywę? Całą resztę mojej kolekcji muzycznej, czyli pozostałe 17 kaset, znałem już na pamięć.

Dziś, sięgając do kieszeni po telefon mam w zasięgu trzech kliknięć każdą muzykę jaka powstała na tej planecie i kilka albumów z Saturna. Nie ma szans, abym był w stanie przesłuchać wszystko w trakcie swojego życia. Może z 15%, zakładając, że dostępną bazę liczymy do dziś. I że nie będę robił przerw na sen.

Aktualnie mam 32 lata i wciąż robi to na mnie wrażenie. Dlaczego? Bo się z tym nie urodziłem. Ten nieograniczony dostęp, to coś, co dostałem stosunkowo niedawno. Niby przywykłem, ale nie jest to element mojego DNA.

Zamawiam bobę i bibimbap, a ona wodę i sticky rice

Quebonafide “Tokyo2020”

Dziś dla ludzi w okolicach dwudziestki i młodszych, to oczywiste, że albumu słucha się w dniu premiery. Dokładnie to minutę po północy, gdy profil artysty na platformie streamingowej zostaje zaktualizowany. Niby jak mieliby to zrobić inaczej? Większość z nich nie ma urządzenia, do którego można by włożyć płytę CD.

Na serial nie czeka się, aż któraś z polskich stacji telewizyjnych kupi licencję i zacznie go emitować z rocznym opóźnieniem. Albo aż kolega przyjdzie z dyskiem i zrzuci Ci go na kompa, a Ty kolejny tydzień będziesz próbować zsynchronizować napisy z obrazem. Dzisiaj premiery ogląda się razem z całym światem. Bo dzisiaj Polska jest częścią całego świata. Przynajmniej póki co.

Chcąc zjeść na mieście, wybór nie ogranicza się do baru mlecznego, pizzerii i kebaba. W większych miastach obecnie jest dostęp do dań, których nazw czasem nie potrafię wymówić, a krajów ich pochodzenia umiejscowić na mapie. I ten dostęp mam również przez telefon. Sorry, przez apkę.

Wakacje to już nie jest Zakopiec, Mielno i wujkowie na wsi. Ewentualnie Hurghada albo Złote Piaski przy dobrych wiatrach. To jest Tel-Aviv, Kopenhaga, Reykjavik albo Bangkok. Albo cokolwiek, na co da się wyrwać tanie bilety. Już nie ma takich miejsc na mapie, które nie są w zasięgu ręki. Które nie są w ich świadomości. 

Dla Pokolenia Netflixa, to oczywiste, że jeśli jakiś wytwór kultury, usługa lub produkt powstał, to jest na wyciągnięcie ręki. Bo dlaczego miałoby być inaczej? 

Dostępność to dla nich stan domyślny. 

Odmienność również.

Jestem Polakiem, nie przeszkadza mi chłopak z chłopakiem

Bedoes “1988 (mam to we krwi)”

Asap Rocky występował w sukience, Lil Peep we wszystkim co różowe, a Lil Pump w ciuchach, w których można by go pomylić z bohaterami “Ulicy Sezamkowej”. 6ix9ine z kolei ma stylówę na brand hero Skittlesów. Włosy i zęby we wszystkich kolorach tęczy.

I co? I nic. 

Nie no, skłamałem. Jednak coś. Skutek tego jest taki, że żart o prawdziwym mężczyźnie, który zna tylko 3 kolory: fajny, chujowy i pedalski, już nie jest okazją do śmiechu. Bardziej do współczucia autorowi i cudzowstydu. Cringe’u w sensie.

Żarty o rudych to boomerstwo, żarty o gejach to żenada, żarty o blondynkach to powód do umycia ręki po przywitaniu. Albo niewitania się w ogóle.

Rzucasz jak baba

Palec pedała na mnie nie działa.

Nie bądź Żydem, daj się karnąć.

Jesteście 100 lat za Murzynami.

To hasła, które słyszałem na podwórku i w szkole. Często wypowiadane w obecności dorosłych. Bywało, że przy nauczycielach. Bywało, że przez nauczycieli. Uprzedzenia na tle płciowym, rasowym, etnicznym, czy orientacji seksualnej integralną częścią kultury. Jak śmietnik pod zlewem w kuchni.

Uprzedzenia jak resztka jedzenia między zębami. Nawet nie wiesz, że coś jest nie tak, więc jak masz się tego pozbyć?

Lata pracy, badań i edukacji, by udowodnić, że ktoś nie jest gorszy, tylko dlatego, że urodził się z nie-białą skórą albo bez penisa. Efekt? Moje roczniki i starsze wciąż trzeba przekonywać, że umiejętność gotowania i sprzątania nie jest cechą przypisaną do płci. Młodych już mniej. Dużo, dużo mniej. 

Jeśli twoje dziecko ma konto na Tik Toku, to wiedz, że coś się dzieje

Na przykład, że wie jak wygląda świat poza Polską.

Pokolenie Netflixa nie jest przeciwne Kościołowi, rodzinie, ani ojczyźnie. Jest przeciwne mentalnym dziadom, którzy chcą ograniczyć ich wolność i narzucić sposób w jaki mają żyć.

7 lekcji, których udzieliła nam pandemia

Skip to entry content

O koronawirusie dowiedziałem się w styczniu, miesiąc przed wylotem do Indonezji. Na tę podróż cieszyłem się od momentu kiedy obliczyłem, że jest mnie na nią stać, czyli jakieś dobre pół roku. Dlatego, gdy znajoma – między jednym łykiem herbaty, a drugim – mimochodem poinformowała mnie, że w Chinach wybuchło ognisko nowej choroby, zignorowałem to. Tak jak ignoruje się zalecenie bezpiecznego usunięcia pendrive’a z portu USB.

– Nie boisz się? – zapytała, sama nie do końca wiedząc co ma o tym myśleć.
– Nie no, co ty – zgniotłem ziarno niepokoju jednym pewnym ruchem – Tam w Chinach ciągle coś się dzieje, to po pierwsze, Indonezja jest daleko, to po drugie, a po trzecie, lecę dopiero za miesiąc. Już dawno będzie po temacie  – rozwiałem resztki jej wątpliwości. W końcu wiem o czym mówię. Jestem ekspertem epidemiologii.

Po czym dwa miesiące później biegłem do Lidla z duszą na ramieniu, by kupić tyle makaronu i płynu do dezynfekcji ile byłem w stanie unieść. Jak każdy. 

Jesteśmy zwierzętami z kartą Visa

Gdy ktoś podawał mi rewelacje od szwagra w ministerstwie, że na obrzeżach miast będą blokady drogowe, a wyjechać będzie można tylko na specjalną przepustkę, nie wierzyłem. Gdy dochodziły do mnie informacje, że cała Polska zostanie odcięta na jakiś czas od reszty świata, podchodziłem do tego z dystansem. A kiedy z trzech niezależnych źródeł usłyszałem, że od jutra kraj zostanie objęty kwarantanną, w połowie dnia wziąłem urlop na żądanie, żeby zrobić zakupy na najbliższy miesiąc. 

Kilka dni wcześniej śmiałem się z tego owczego pędu. Kilka dni później kupiłem tyle papieru toaletowego, jakbym przygotowywał się do maratonu jedzenia ogórków popijanych mlekiem. Ja. Wykształcony, samodzielnie myślący, z podróżami poza kontynent na koncie. Zrealizowałem klasyczne zachowanie stadne. I strzelam, że Ty też to zrobiłaś. I Twój partner, Twoi znajomi i część Twojej rodziny też. 

Okazuje się, że jak mądrzy i inteligentni byśmy nie byli, w sytuacji zagrożenia wciąż podążamy za stadem. 

Jeśli kupujemy tylko to, co jest nam najbardziej potrzebne, gospodarka się załamuje

W marcu i kwietniu dostaliśmy wersję demo świata z wyłączonym trybem hiperkonsumpcjonizmu.

“Nie zatruwaj planety odpadami, nie kupuj zbędnych przedmiotów”, “redukuj ślad węglowy, nie podróżuj samolotem”, “mniej znaczy więcej”, “wybierz rower zamiast taksówki”, “ogranicz usługi, strzyż się i gotuj w domu”. Aż do 2020 te hasła były tylko pobożny życzeniem ekologów. Czysta utopia. Jaki efekt dało wprowadzenie tych rad w życie? 

W Azji spadł poziom zanieczyszczenia powietrza,  w okolicach Sardynii pojawiły się delfiny (które przez część portali informacyjnych zostały teleportowane do Wenecji), a w krakowskim Parku Jordana dziki. Planeta odetchnęła z ulgą. Ludzie natomiast zaczęli topić się w niezapłaconych rachunkach.

Okazuje się, że jeśli kupujemy naprawdę niezbędne do życia produkty typu: chleb, ser, pomidor,  waniliowa Cola i eyeliner, to całe piętro w Twoim bloku traci pracę i nie ma za co żyć. Czy planeta jest ważniejsza od gospodarki i dobrobytu? Czy może my jesteśmy ważniejsi od planety? Czy ktoś spojrzy w oczy osobie,  która właśnie straciła pracę i powie, że nie?

Nie ma takiego spotkania, które nie mogłoby być mailem

Chciałem napisać, że tylko związku małżeńskiego nie można zawrzeć nie stając twarzą w twarz, ale okazuje się, że nawet ślub można wziąć korespondencyjnie – za pomocą pełnomocnika. W chwili, kiedy okazało się, że nie trzeba być fizycznie w tym samym pomieszczeniu, aby załatwić kwestię wymagają 3 minut uwagi, podejrzewam ze świat wielu osób pracujących w sektorze publicznym legł w gruzach. 

Pracowanie z domu, to tak naprawdę życie w pracy 

Zachłysnęliśmy się pracą w dresach, bez makijażu, w pozycji horyzontalnej, aż zaczęło nam się tym odbijać. Dotarło do nas, że wpuściliśmy do domu szatana w przebraniu harcerki z korzennymi ciasteczkami i zamiast utopić go w święconej wodzie, zachęciliśmy, żeby się rozgościł. A teraz nie ma już za bardzo jak go wyprosić, bo przyniósł swoją szczoteczkę do zębów i kapcie. 

Praca z domu jest spoko raz w tygodniu jak masz kaca albo czekasz na paczkę z Zalando. Jak trwa to piąty miesiąc ciągiem, to docierają do Ciebie trzy rzeczy. 

Pierwsza: Twój dom stał się oddziałem Twojej firmy. Twój salon to open space, Twoja sypialnia to sala konferencyjna, Twoja kuchnia to kantyna pracownicza. 

Druga: zaoszczędziłaś czas na dojazdy, ale straciłaś kontakt ze światem. Spędzasz życie zamknięta w sześcianie, a wydarzenia dzieją się gdzieś poza nim.

Trzecia: wokalista Lady Pank ewidentnie nigdy nie spędził kwarantanny ze swoją dziewczyną. Inaczej nigdy nie przeszłoby mu przez usta “być tam, zawsze tam gdzie ty”. Tak, pandemia nauczyła nas, że wyjście ze śmieciami to cudowna okazja do pobycia samemu przez półtorej minuty. 

Umierający ludzie chwytają nas za serce tak długo, aż nie zaczną nas nudzić

“Śmierć jednej osoby to tragedia, śmierć stu tysięcy to statystyka” napisał Erich Maria Remarque w 1954. W 2020 wzięliśmy sobie jego słowa do serca jak zastawkę.

Gdy zakażonych koronawirusem w Polsce liczyliśmy w dziesiątkach, nie wychodziliśmy z domu bez kombinezonu NASA. Gdy dzienne przyrosty zachorowań idą w setki bijąc rekordy, chuchamy sobie na karki ściśnięci w kolejce do Morskiego Oka.

Czy chcemy umrzeć? Głupie pytanie.
Czy jesteśmy zmęczeni pandemią? Nawet nie wiesz jak bardzo. 
Czy bezpieczeństwo nasze i naszych bliskich jest dla nas ważne? No, raczej!
Czy w zeszły piątek kilkaset osób przeciskało się między sobą, żeby wejść na imprezę techno do klubu na Dolnych Młynów? Yyy…

Wszystko może się znudzić. Nawet globalna epidemia.

Nigdy nie będziemy przygotowani na wszystko 

Bill Gates podobno przewidywał, że coś takiego jak Covid-19 może się wydarzyć. Część naukowców również. Dlaczego ich nie posłuchaliśmy? Dlaczego korporacje, głowy państw i nasz domowy budżet nie był przygotowany na pandemię? Z tego samego powodu, przez który jadąc na wakacje nie zabieramy ze sobą całego domu. Tylko pół. 

O ile wszystko da się przewidzieć, o tyle nie da się na wszystko przygotować. Bo oprócz bycia w ciągłej gotowości na najgorsze, trzeba jeszcze żyć. A przynajmniej warto. 

Tak, mądrzy ludzie dawali sygnały, że coś takiego może się wydarzyć. Ale nie powiedzieli kiedy, ani czy przed, czy po innych 758 kataklizmach, które według ich prognoz są prawdopodobne. Kiedy słyszysz, że dziś będzie padać, bierzesz parasol. Kiedy docierają do Ciebie informacje, że w ciągu najbliższych 20 lat wydarzy się X rzeczy, które bezpowrotnie zmienią ludzkość, wciąż bierzesz tylko parasol. 

Po prostu nie da się być przygotowanym na wszystko. 

Świat kręci się dalej 

I będzie się kręcił wciąż, niezależnie czy przyjdzie druga, trzecia i czwarta fala. Nie piszę tego, bo uważam, że nie powinniśmy się przejmować. Piszę to, bo uważam, że powinniśmy się przystosować. 

Do nowych procedur bezpieczeństwa, do nowej sytuacji na rynku pracy, do nowej rzeczywistości. 

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Nowy rok, nowy ja, nowa Ty. 2019 chwilę już trwa i podejrzewam, że większość postanowień noworocznych jest tam, gdzie pieniądze z pierwszej komunii. W przeszłości. To świetny moment, żeby przestać postanawiać i bez presji zacząć planować. Zmianę siebie, nowe pomysły na życie, rozwój firmy albo co zjeść w przyszłym tygodniu. Dobry plan najczęściej zaczyna się od dobrej inspiracji, dlatego dzisiaj mam ich dla Ciebie całą listę.

Oto 19 miejsc w internecie, w których warto być w 2019 roku. Czyli najlepsze wygrzewki, które albo poszerzą Ci horyzonty, albo pomogą biznesowo, albo zapalą wielką żarówkę w głowie. Czasem w kształcie znaku zapytania.

Worku z inspiracjami, rozwiąż się!

Dobrze Wszędzie – instastories

Olimpia na swoim Instagramie pokazuje jak ogarniać pracę zdalną i jak łączyć bycie freelancerem z ciągłymi podróżami, czego szczerze jej zazdroszczę. To jedno. Drugie to natomiast kopalnia pomysłów na to, co można zrobić z Instastories. Widząc jak kreatywnie wykorzystuje to narzędzie i w jak ciekawy sposób używa jego funkcji, momentami aż czuję się zawstydzony. Jeśli Twoja praca wiąże się z tworzeniem stories, powinieneś obserwować Dobrze Wszędzie.

Więcej Niż Oszczędzanie Pieniędzy – podcast

Jeśli moja mama wie o istnieniu jakiegoś człowieka z internetu, to znaczy, że nie trzeba go jakoś specjalnie przedstawiać i taką postacią zdecydowanie jest Michał Szafrański. Nie wszyscy jednak wiedzą, że poza blogiem prowadzi też podcast, w którym dla odmiany mówi o zarabianiu pieniędzy. Najczęściej w towarzystwie gości, którzy dla słuchacza są kopalnią pomysłów w tym temacie.

Ogarniamy seriale z Jakbyniepaczeć – grupa na Facebooku

Skończyłeś oglądać “Ostre przedmioty” i musisz z kimś pogadać o scenach po napisach? Mielisz w kółko drugi sezon “Westworld” szukając potwierdzenia, że Facet W Czerni jest hostem? Kolejny raz tweet BoJacka Horsemana doprowadził Cię do łez i nie masz z kim się tym podzielić? Wpadaj merytorycznie pogadać o serialowych rozkminach na facebookową grupę “Jakby nie paczeć”.

Maciej je – kanał na YouTube

Nie wiem, czy znam drugą tak czytelną nazwę. Maciej je i oprócz jedzenia też opowiada, i robi to w taki sposób, że po każdym odcinku jego vloga chcę założyć kanał “Jan je” i robić to samo. Niezależnie, czy jesteś gastroświrem, czy nie, czy właśnie zrzucasz masę, czy wręcz przeciwnie – ładujesz w siebie kalorie jakby jutra miało nie być, Maćka oglądać warto. Bo Maciek nie tylko pokaże szamkę, ale i podpowie, i wyjaśni.

Insta Repeat – profil na instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Insta Repeat (@insta_repeat)

Widzisz zjawiskowe zdjęcie na Insta i żal się Ci serce ściska, że Twoje foty nie są tak oryginalne? Nie martw się. To które oglądasz najprawdopodobniej też nie jest. Bo jak okazuje się, przeglądając profil Insta Repeat, wszystko już było. Wszystko. I to wielokrotnie. Genialny zbiór niemal identycznych zdjęć zrobionych przez kompletnie niepowiązanych ze sobą ludzi.

Marcin Osman – kanał na YouTube

Marcina Osmana często kojarzy się ze współpracy z Garym Vaynerchukiem i wydawania bardzo ciekawych książek z bardzo brzydkimi okładkami, jednak dla mnie to przede wszystkim świetny sprzedawca. Niezależnie czy sprzedajesz skarpetki, konsultacje marketingowe, pionowe żaluzje, czy siebie, na jego kanale znajdziesz sporo wiedzy podanej w bardzo przystępnej formie.

Kołem Się Toczy – kanał na YouTube

Gdyby w telewizji emitowano materiały na takim poziomie, to kupiłbym sobie telewizor. To co robi Karol w swoich relacjach z podróży, to czysty majstersztyk. Przepiękne ujęcia, genialny montaż i narracja, która zawstydzi niejednego speca od storytellingu. Po prostu jedno wielkie ŁOUŁ! Gdybym nie znał go osobiście, to chyba bym nie uwierzyłbym, że produkuje to w pojedynkę.

Pink Candy Room – grupa na Facebooku

Nie znam drugiego bardziej przyjaznego miejsca w sieci, w którym można by otwarcie porozmawiać na tematy związane z seksem. Tu nie ma tematów tabu, jest za to masa ciepła, wsparcia i gotowości do dzielenia się swoimi doświadczeniami. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak członkowie Pink Candy Room, to mielibyśmy wyłącznie szczęśliwe związki.

Alabasterfox – profil na Instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Adrianna Zielińska (@alabasterfox)

Alabasterfox pozycjonuje się jako specjalistka od Instagrama i przeglądając jej profil, nie ma wątpliwości, że jest to działanie w pełni adekwatne do sytuacji. Jej fotografie są ultra dopracowane zarówno pod kątem kompozycji, kadru, jak i kolorystyki, która jest niezwykle spójna. Co drugie jej zdjęcie to małe dzieło sztuki. Z potencjałem na duże po wydrukowaniu.

Jak wydać książkę? – grupa na Facebooku

Miejsce, które jest kopalnią wiedzy na temat rynku książkowego w Polsce. Są tu zarówno self-publisherzy, jak i ci wydający w modelu tradycyjnym, zawodowcy, jak i hobbyści. Niezależnie na jakim etapie tworzenia książki jesteś, znajdziesz odpowiedzi na dręczące Cię pytania. Sprawdziłem to empirycznie.

Nishka Movie – kanał na YouTube

Psychologia wciąż jest traktowana przez społeczeństwo dość po macoszemu, a psycholog nie jest kojarzony z osobą, która może Ci pomóc, w sytuacji z którą sobie nie radzisz. Bardziej z lekarzem dla wariatów. Natalia w swoich materiałach oswaja psychologię społeczną i wykorzystując codzienne przykłady udowadnia, że niezależnie, czy tego sobie życzymy, czy nie, działa na nas wszystkich. Nishka Movie to świetny start dla osób, które nie miały wcześniej styczności z tematem, a chcą być bardziej świadome siebie i wpływającego na nie otoczenia.

Bartek Popiel – profil prywatny

Jeśli prowadzisz swoją firmę i potrzebujesz porady, ale wszystkie biznesowe portale wydają Ci się odrzucająco nadęte, to zajrzyj do Bartka. W atmosferze rozmowy z sąsiadem na parkingu przekazuje bardzo konkretne wskazówki, dotyczące tego, co robić żeby było lepiej. I rozkłada cały proces na czynniki pierwsze, udowadniając, że to lepiej, to w praktyce, a nie tylko w teorii.

Imponderabilia – podcast

Najciekawszy polski podcast o niczym. Karol Paciorek w rozmowach ze znanymi i lubianymi potrafi przejść od wyboru alkoholu na imprezie do problemów geopolitycznych, nie tracąc uwagi słuchacza. To prawdziwa sztuka, zwłaszcza, gdy nie mówimy o kilkuminutowym gagu, tylko dwugodzinnym strumieniu świadomości. Maciej Orłoś nieudolnie próbuje naśladować ten format, ale musi jeszcze popracować nad warsztatem i wyzbyć się ignorancji.

Jedlingi w Krakowie – grupa na Facebooku

Temat lokalny, aczkolwiek warto dodać się na zaś, jak to mawiają poeci, na wypadek, gdybyś niespodziewanie wylądował w Krakowie i chciał zjeść coś zajebistego. Nowości ze świata gastro, rzetelne rekomendacje najlepszych miejscówek poparte fotami, wspólne wyjścia na testowanie knajp. Całość moderowana czujnym okiem dwóch gastrospecjalistek – Karoliny Milczanowskiej i Kasi Płacheckiej.

Michał Sadowski – profil na Instagramie

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michal Sadowski (@michaleksadowski)


Jest ktoś, kto działa w sieci zawodowo i nie zna Michała Sadowskiego i Brand24? Dobra, to szybkie wyjaśnienie dla tych dwóch osób: Brand24 to firma zajmująca się monitoringiem internetu, a Michał jest jej prezesem. I gdy akurat nie prezesuje, robi zdjęcia przyrody, które mogłyby się pojawić na wystawie World Press Photo. Po prostu kosmos! Człowiek ogląda te foty i jest w szoku, że świat naprawdę jest tak piękny.

Globstory – kanał na YouTube

Globstroy ma już 4 lata, ale ja odkryłem ten kanał dopiero miesiącu temu i jaram się nim jakbym to była świeżynka, więc pozostańmy w takiej narracji. Właśnie, narracja. Kaja tworzy kanał podróżniczy, ale opowiada o tym, co widziała i czego doświadczyła w taki sposób, że najczęściej nie patrzę na film, tylko zamykam oczy i jej słucham. Jej sposób wypowiedzi, głos i trudny do zdefiniowania urok, sprawiają, że w jej materiałach się przepada, a gdy się kończą, człowiek od razu włącza następny.

***

To tyle z moich rekomendacji miejsc w sieci, w których warto być w 2019 roku. Jeśli masz swoje perełki, które są dla Ciebie kopalnią inspiracji, to podrzuć w komentarzu.

Przestań żreć i zacznij żyć, grubasie! Przecież to takie proste…

Skip to entry content

Od jakiegoś czasu na przystankach można zobaczyć poniższe plakaty, które są elementem akcji “Jedz ostrożnie”. I nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś kampania społeczna tak podzieliła ludzi. Chyba ta z 2013 roku twierdząca, że Zespół Downa jest jak plama na koszuli. Chociaż wtedy podział był wyłącznie miedzy twórcami hasła i odbiorcami. Teraz reakcje są skrajne również w tej drugiej grupie i sam wśród bliskich znajomych mam osoby, z którymi nie zgadzam się odnośnie tego, czy to dobra akcja.

Wyróżnienie – Anna Gawron, Dariusz Ogrodowczyk

Opublikowany przez Outdoor jest Cool! AMS Środa, 14 listopada 2018

Wyróżnienie – Karolina Lubaszko

Opublikowany przez Outdoor jest Cool! AMS Środa, 14 listopada 2018

Zwolennicy mówią, że hasło jest trafione, w punkt i że ludźmi trzeba potrząsnąć, bo inaczej się nie ockną.

Przeciwnicy, że to policzek dla wszystkich otyłych osób i plakaty bardziej piętnują, niż zachęcają do zmiany.

Jak odbieram przekaz plakatów “Ż(r)yj!” jako osoba, która mogłaby być ich adresatem? Z jednej strony lubię mocne komunikaty i uważam, że faktycznie do niektórych się nie dotrze bez wytoczenia ciężkich dział. Z drugiej, gdybym teraz ważył te prawie 100 kilo, sterczał na przystanku i czekał na tramwaj, czując się w swoim ciele i zimowych ciuchach jak wał przeciwpowodziowy, a plakat krzyczałby do mnie, że mam przestać żreć i zacząć żyć, to chyba bym się popłakał.

Rzadko kiedy jest tak, że grubi ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że są grubi i jakiś element przestrzeni publicznej musi ich o tym uświadomić. Oni to wiedzą, serio. Tak jak człowiek mający metr sześćdziesiąt wie, że nie jest Yao Mingiem. Nie trzeba mu o tym przypominać plakatami na mieście. Wystarczy, że wsiądzie do autobusu i spróbuje złapać się uchwytu nad jego głową. Jeśli ktoś dotarł w swoim życiu do momentu, gdy plaża jest dla niego bardziej powodem do zmartwień niż radości, to raczej potrzebuje pomocy ze wskazówkami jak schudnąć, niż uderzenia w policzek z okrzykiem “przestań żreć!”.

Obżarstwo, brak kontroli nad przyjmowanym pokarmem, uzależnienie od tłuszczu, trudności w zrzuceniu nadwagi, to problemy mające swoje podłoże w psychice. Zewnętrzny objaw wewnętrznych problemów. I oprócz wizyt u dietetyka często wymagają również psychoterapii. Czego główni zainteresowani równie często nie wiedzą i nie dowiedzą się. Przynajmniej nie z kampanii, która w teorii ma im pomóc. Bo ta mówi im, że po prostu mają przestać żreć. I tyle. To tak, jakby zrobić akcję skierowaną do osób z depresją z komunikatem “przestań mieć depresję i ciesz się życiem!”. Super, tylko jak to zrobić? Od czego zacząć? Do kogo się zwrócić? Jak? Jak? Jak? Cholera, jak?

Tu nie chodzi o to, żeby utwierdzać ludzi w przekonaniu, że jeśli łatwiej ich przeskoczyć niż obejść, to wszystko jest w porządku i nie ma się czym przejmować. Jest. Jak najbardziej powinno się coś z tym zrobić, przede wszystkim w trosce o własne zdrowie i powie to każdy lekarz. Dlatego trzeba tym ludziom pomóc, ale realnie – kierując do specjalistów, a nie tylko pozornie – przypominając im, że mają problem.

Plakaty “Ż(r)yj!” nie otworzą oczu ludziom z nadwagą, mogą za to być profilaktyką dla osób, które jeszcze nie mają, ale mogłyby mieć problem z otyłością. A w zasadzie nie profilaktyką, tylko groźbą: jeśli nie będziesz kontrolować tego, co jesz, zostaniesz grubasem wyśmiewanym na przystankach. O takie kampanie społeczne walczyłem.

Na koniec najcięższa broń zwolenników tej akcji: jak po Polsce były porozklejane plakaty “Papierosy są do dupy”, to nikt nie miał pretensji. Zgadza się, tyle, że przekaz mówił “papierosy są do dupy”, a nie “palacze są do dupy”. Analogicznie, tu powinno być “tłuszcz jest do dupy”, a nie “tłuściochy są do dupy”, widać różnicę? To raz. Dwa, nawet jeśli jesteś uzależniony od nikotyny, papierosa możesz schować, gdy kogoś spotkasz albo nie palić, kiedy jesteś poza domem, żeby nikt nie widział, że jesteś do dupy. Nadwagi nie schowasz przed ludźmi, możesz jedynie siebie. Możesz schować się w swoim mieszkaniu przed plakatem, który Cię policzkuje i zamówić jedzenie na dowóz, żeby poprawić sobie humor.

A chyba nie o to chodzi, co?

autorami plakatu w nagłówku są Anna Gawron i Dariusz Ogrodowczyk

O tym jak dobiłem do 99 kilogramów, a potem schudłem 13

Skip to entry content

Wychowałem się na muzyce promującej samostanowienie o sobie, nasiąkając przekazem motywacyjnym od 6 klasy podstawówki. Moim pierwszym idolem byłem Eminem, jednym z kolejnych Peja – osoby, których życiorysy są gotowym scenariuszem na film “od zera do bohatera”. Żywe przykłady, że od każdego dna można odbić się tak mocno, że doleci się do gwiazd. Nie jestem jakimś coachingowym świrem, po prostu od zawsze wierzyłem, że to ja jestem osobą, która ma największy wpływ na moje życie i ponosi za nie odpowiedzialność. Dlatego nie rozumiałem dlaczego ludzie otyli nie chudną, mimo że teoretycznie chcą. Przecież jeśli ktoś nie chce być gruby, wystarczy że po prostu się ogarnie i będzie mniej jeść. Co to za problem?

Zrozumiałem, kiedy dobiłem do 99 kilogramów żywej wagi.

Ale po kolei.

Młody Jan

Ani w dzieciństwie, ani w szeroko rozumianej młodości (która w moim mniemaniu wciąż trwa, ale umownie przyjmijmy, że to okres do rzucenia studiów), nigdy nie miałem problemów z nadwagą. Jako dzieciak byłem szczupły, jako nastolatek byłem szczupły, a na samym początku studiów byłem przeraźliwie chudy. Odkąd przestałem rosnąć ważyłem plus minus 80 kilogramów, co było adekwatne do moich 180 centymetrów wzrostu, jednak tuż po wyprowadzce z domu zjechałem 12 kilo w dół i wyglądałem jakby skóra miała się zaraz rozedrzeć na moich kościach.

Nagła niedowaga wynikała z beznadziejnych warunków bytowych. Pracując fizycznie po kilkanaście godzin na dobę spalałem od groma kalorii, a mając 10 złotych dziennie do wydania nie miałem jak ich uzupełnić. Po kilkukrotnej zmianie pracy na taką, w której pracodawcy udawało się wypłacać pracownikom zarobione pieniądze, wróciłem do swojej “normalnej wagi”, czyli do mniej więcej 80 kilogramów.

Przez kolejne lata nie działo się nic spektakularnego – ot, typowe życie młodego człowieka z szybkim metabolizmem, który bez problemu radził sobie ze śmieciowym żarciem i litrami alkoholu. Zmiany zaczęły się pojawiać dopiero w okolicach 25 roku życia. Kiedy rzuciłem studia i na spokojnie mogłem zająć się pracą. Z domu.

Okrągły Jan

autor zdjęcia: Fotoryka

Praca na własny rachunek we własnym domu, dla osób pracujących w biurze często wydaje się ziemią obiecaną. Zazwyczaj do momentu, aż szef nie wyśle ich na home office na dłużej niż tydzień. Odpisywanie na maile w piżamie jest super przez dwa dni w miesiącu. Później, jeśli nie masz wystarczająco dużo samodyscypliny, okazuje się, że brak odgórnej kontroli to Twoja największa zmora, a dni są piaskiem przelatującym przez palce. Wstajesz o 12, jesz śniadanie o 14, za pracę bierzesz się, kiedy większość ludzi już ją kończy i siedzisz przy kompie do północy. I jeśli nie masz wystarczająco dużo silnej woli, żeby się ogarnąć, to po kwartale marzysz o tym, by wrócić na etat. Dzisiaj jednak chcę zwrócić uwagę na inny negatywny aspekt “pracy z domu”. Na brak ruchu.

Kiedy zwolniłem się z pracy w start-upie, żeby zająć się wyłącznie blogowaniem, moja codzienna trasa skróciła się z kilku kilometrów do kilku metrów. Nawet jeśli do biura docierałem tramwajem, to i tak trzeba było dojść na przystanek, przesiąść się i często załatwić coś po drodze. Po zrezygnowaniu z etatu mój zakres ruchów zawężał się do zwleczenia się z łóżka, umycia zębów i zrobienia herbaty. Zawsze byłem dość towarzyski, więc jakaś tam aktywność pojawiała się wieczorami, kiedy po pracy wychodziłem z domu spotkać się ze znajomymi. Bilansował ją pogłębiający się nawyk jedzenia przed monitorem.

Nie wiem, czy też tak macie, ale jak intensywnie myślę, to robię się głodny. A w zasadzie nawet nie głodny, tylko mam potrzebę gryzienia. W jakiś sposób w mojej głowie proces kreatywny jest powiązany z potrzebą ruszania szczęką, w związku z czym, kiedy mam wymyślić jakąś strategię albo napisać scenariusz, włącza mi się potrzeba gryzienia. Jakbym niemal dosłownie wyciskał pomysły z tego, co mam między nimi. Siedząc i pisząc nauczyłem się pochłaniać czipsy, batony, lody, kabanosy, orzechy i w zasadzie wszystko, co było w lodówce. Jaki był tego efekt? Na początku prawie żaden. Przez 3 lata pracy w domu, przytyłem ledwo 6 kilo. Prawdziwy wjazd na masę zaczął się dopiero zeszłej zimy.

Rok 2017 był dla mnie wyjątkowo eksploatujący psychicznie i czułem się po nim totalnie wykończony. Pisanie i wydawanie “Lunatyków” zużyło całe paliwo, które w sobie miałem, a nie zapowiadało się na szybkie tankowanie. Krótkie dni, zimno i ciągła szarość za oknem też nie dodawały energii. Przez styczeń i luty czułem się jak wydmuszka, a wstanie z łóżka i ubranie się było jednym z większych sukcesów. Potrzebowałem poczuć się lepiej, więc jadłem. A w odróżnieniu od czasów studenckich, w końcu miałem na to pieniądze, więc jadłem sporo. Jedzenie było dla mnie sposobem na zniechęcenie i brak motywacji. Wiedziałem, że jak zjem coś dobrego, to brzusio będzie uśmiechnięty i świat mniej odpychający. Tym sposobem udało mi się jakoś przetrwać polską niekończącą się zimę.

A kiedy stanąłem na wadze w maju, wyświetlacz pokazał 99 kilogramów. Przekrój moich myśli w tamtej chwili można zawrzeć w wyrażeniu “o, kurwa!”.

Jan Król Fitnessu

Na co dzień nie czułem się źle. Kiedy zaczęło się robić cieplej zauważyłem, że mamy twardą wodę i część moich ubrań się skurczyła, ale nie myślałem o sobie w kategoriach “jestem gruby”. Patrząc w lustro przy myciu zębów nie widziałem drastycznej zmiany. Dopiero w momencie, gdy waga pokazała, to co pokazała, dotarło do mnie jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Że to już nie jest żadna “zimowa oponka” i pieszczotliwe nazywanie moich niemal stu kilo, to robienie dobrej miny do złej gry. To był zimny prysznic, wstrząs zapalający czerwoną lampkę wielkości przemysłowej chłodziarki, jednak ostateczny cios zadał Facebook. Wyświetlając wspomnienie z moim zdjęciem sprzed 4 lat, na którym – w porównaniu do stanu bieżącego – wyglądałem jakby ktoś wziął nóż do kebaba i ściął ze mnie zimowy kombinezon.

W swojej głowie cały czas byłem szczupłym człowiekiem i bardzo chciałem, żeby rzeczywistość dogoniła ten obraz. Wiedziałem, że trzeba działać natychmiast, bo jeśli przez tyle czasu nie zauważyłem, co się ze mną dzieje, to jeszcze chwila i uznam, że sylwetka beczki z piwem nie jest taka zła i zostanę uwięziony w tym kokonie z tłuszczu. Zapisałem się do dietetyka i zacząłem biegać.

Na pierwszej wizycie u Pani Dietetyk dostałem gumową pałką po głowie. Z pomiaru składu ciała wynikało, że ponad 1/4 mnie to tłuszcz, a mój wiek metaboliczny to 45 lat. Cooooo? Jak to możliwe? Przecież dopiero skończyłem 30!

Aż się zacząłem jąkać jak to usłyszałem. Nie chciałem w to uwierzyć. Było mi na maksa wstyd przed samym sobą, że do tego doprowadziłem. Po rozmowie i ustaleniu mojej motywacji, potrzeb i planu działania, dostałem solidną rozpiskę jedzeniową z jadłospisem na cały tydzień i tabelką, co ile ma białka, tłuszczu i węglowodanów. To było jak połknięcie czerwonej pigułki przez Neo. Zacząłem widzieć kod Matrixa.

Przestałem postrzegać jedzenie jako przekąski, słodycze, przystawki, dania główne, desery i napoje, a zacząłem widzieć tam kalorie i skład. I odkrywać, że połowa produktów z dopiskiem “fit” na etykiecie, wcale takie fit nie jest. “Light” podobnie. “Bio” też. Przy czym i tak największym zaskoczeniem dla mnie było to, że alkohol ma kalorie. Jak to, to kilka piwek nie przelatuje przez człowieka jak woda? Niemożliwe.

Kupiłem mini-wagę w Rossmannie, odinstalowałem UberEatsa w telefonie i wróciłem do biegania. Miałem już kilka podejść do tej formy aktywności fizycznej, ale najpierw przeszkodził mi smog i zima, a potem “Dom z papieru” na Netflixie. Tym razem wjechałem w temat na pełnej: miałem dobrze dobrane do mojego typu stopy buty, seksualnie niebezpieczne leginsy, szybkoschnącą koszulkę i turbo przekminioną playlistę. I od kopa przebiłem 10 kilometrów.

Nie wiem jak czuł się Aleksander Macedoński, kiedy młócił Persów, ale podejrzewam, że czuł się jak ja, tylko ze świadomością, że ma gorsze ciuchy. Bieganie i systematyczne przekraczanie własnych granic było nieanimowaną reklamą Red Bulla. Człowiek dostawał skrzydeł i leciał nad miastem.

Przynajmniej do momentu, aż nie wypadł mi dysk.

Jan Spacerowicz, Jan Matematyk

Po tym jak zniszczyłem sobie kręgosłup od biegania, czułem, że jestem na krawędzi. Nie dość, że już nie dostawałem 3 razy w tygodniu zastrzyku endorfin, po którym rosłem pół metra w górę, to przez pierwsze kilka dni chciało mi się płakać, gdy musiałem się schylić i zawiązać buta. To nie było użalanie się nad sobą, tylko ucisk przemieszczonego kręgu na nerw lewej nogi. Bolało. Bardzo.

Zostało mi przygotowywanie 4 posiłków dziennie po 500 kalorii każdy, odważanie każdego składnika z osobna i wyczekiwanie tego jednego dnia w tygodniu, kiedy mogę zjeść coś na mieście. Coś, co będzie tak obrzydliwie tłuste, że popłaczę się ze szczęścia jak wezmę to do ust. I chodzenie. Pani Dietetyk zaleciła minimum 6 000 kroków dziennie, a że już nie biegałem, to jakoś musiałem wyrobić tę normę – co przypominam, że nie było takie łatwe pracując w domu – więc chodziłem na siłę. W sensie, bez jakiegoś konkretnego powodu, byleby tylko wyrobić plan.

Chodzenie tak bardzo weszło mi w nawyk, że nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałem komunikacją miejską, a po pół roku nabijam średnio 10 000 kroków w ciągu dnia.

Tłuste jedzenie to cholerny nałóg. Uzależniłem się

Po 6 miesiącach diety – a w zasadzie, to po 6 miesiącach pilnowania tego co i ile jem – schudłem 13 kilogramów.

Pierwsze tygodnie były dość łatwe. Byłem nakręcony, żeby zrzucić z siebie te beczki smalcu, które zawisły mi na twarzy i brzuchu, więc zamiast pacierza rano i przed spaniem, czytałem maila z instrukcjami od Pani Dietetyk i konsekwentnie jechałem z tematem. Na kontroli po półtora miesiąca wyszło, że zrzuciłem 6,5 kilo, więc duma tak mnie rozpierała, że prawie przebiłem głową sufit. Problemy zaczęły się pojawiać, kiedy ten początkowy głos krzyczący “chcę być szczupły!” zaczął cichnąć, a coraz głośniejszy zaczął się stawać “ale bym zjadł trzypiętrowego burgera z bekonem i miskę frytek z majonezem! NATYCHMIAST!!!!!!!”.

Jedzenie, które dostałem w rozpisce było smaczne i – co równie ważne – nie byłem po nim głodny. Jedząc pierwsze śniadanie, drugie śniadanie, obiad i kolację według zaleceń, nie miałem potrzeby dojadać. Nie odczuwałem głodu. Fizycznego. Zacząłem za to odczuwać kurewski głód psychiczny.

Mimo że mój organizm nie potrzebował dodatkowych kalorii, to głowa mówiła mi, że muszę zjeść pizzę. Albo ramen. Albo kubełek classic z KFC. Albo schabowego zapiekanego z serem i pieczarkami. W zasadzie, to nawet mógłby być bez tego sera i pieczarek. BYLEBY BYŁ TŁUSTY! TŁUSTY I W CHOLERĘ SŁONY!!! I PRZEDE WSZYSTKIM TERAAAAAZ!!!!!!!

Czułem, że jestem uzależniony. Że tak jak ludzie uzależnieni od kokainy, wiedzą, że po wciągnięciu kreski grubości małego palca będą królami świata, tak ja wiedziałem, że po pochłonięciu małych frytek belgijskich z sosem miodowo-musztardowym będę czuł się lepiej. Nie, “lepiej” to złe słowo. BĘDĘ CZUŁ SIĘ JAK MŁODY BÓG! SZYBKO, DAJCIE MI COŚ OCIEKAJĄCEGO TŁUSZCZEM, BO ZARAZ ZWARIUJĘ!!! GDZIE JEST NAJBLIŻSZA BUDA Z KEBABAMI?????

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale to faszerowanie od małego mielonymi z ziemniakami musiało mieć jakieś konsekwencje. I najwyraźniej ma. Oczywiście nie jestem naukowcem i nie prowadziłem badań, które pokazałyby bezpośrednie powiązanie między ładowaniem w siebie pierogów ze skwarkami od dzieciństwa i silną potrzebą pochłaniania tłustego żarcia w dorosłym życiu, ale jeśli miałbym strzelać, co miało wpływ na tę sytuację, to wystarczyłby mi jeden pocisk.

Ta walka z samym sobą, żeby nie wejść na KFC Dostawa i nie zamówić wszystkiego co mają w ofercie była wykańczająca. Cały mój wysiłek związany z chudnięciem tak naprawdę nie dotyczył ciała, tylko psychiki. A konkretnie walki z głęboko zakorzenionymi gównianym nawykami. “Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” mówi stare góralskie przysłowie i siedząc w prawie stukilogramowym Janie zmieniłem spojrzenie na grubych ludzi. Dalej uważam, że pozbycie się kilogramów to kwestia chęci i determinacji, ale teraz już wiem, jak frustrujące to może być. Ile trudu trzeba w to włożyć i jakie przeszkody pokonać. A raczej pokonywać każdego dnia. W kółko i w kółko, i w kółko, i w kółko, i w kółko.

I że czasem po wizycie u dietetyka warto pójść na wizytę do psychoterapeuty.

Cliffhanger – czemu film się urywa, gdy akurat mają się całować?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem TNT

Co to jest cliffhanger i czemu w ogóle miałoby Was to interesować? Cliffhangery wzięły się z literatury, a obecnie są wykorzystywane w serialach i tasiemcowych filmach. Po co? Po to, by utrzymać uwagę odbiorców.

Cliffhanger (z angielskiego “zawieszenie na krawędzi klifu”) – nagłe urwanie wątku toczącej się historii. Zakończenie epizodu w momencie, kiedy główny bohater jest w środku konfliktu, dowiedział się szokujących rewelacji lub dosłownie wisi na klifie.

Zabiegu tego używa się, by mieć pewność, że czytelnik nie straci zainteresowania historią bohatera w trakcie przerwy. I kupi kolejny tom książki albo pójdzie na kolejną część filmu do kina.

Innymi słowy, cliffhanger, to ten moment, kiedy dwójka postaci, którym kibicujemy od samego początku w końcu ma się pocałować i… właśnie wtedy wjeżdżają końcowe napisy. Albo reklamy. Chamskie urwanie wątku potrafi podnieść ciśnienie lepiej niż list z Urzędu Skarbowego, a jeśli nie byłem zatopiony w historii po szyję, to zwyczajnie wychodzę z tego bagna i porzucam serial. Za to nieoczywiste zakończenie rozwiązujące główną intrygę i zgrabnie wprowadzające nową, sprawia, że jaram się nim jeszcze bardziej i czekam z hajsem w dłoni na kolejny sezon.

Według większości źródeł, pierwszym dziełem, w którym pojawił się cliffhanger był arabski zbiór “Baśni z tysiąca i jednej nocy”, który opowiada historię sułtana Szachrijara i jego żony Szeherezady. Sułtan, turbo mizogin, tuż po nocy poślubnej chce ściąć żonę, bo uroiło mu się, że wszystkie kobiety to latawice. Ta bierze go sposobem i mówi, że zanim ją zetnie, chce opowiedzieć mu historię. Która nigdy się nie kończy, bo za każdym razem, kiedy wstaje słońce i sułtan musi iść do roboty, żona urywa opowieść w najbardziej emocjonującym momencie, przedłużając swoje życie o kolejną noc.

Nikomu nie życzę wstąpienia w taki związek małżeński, ale na wszelki wypadek warto zapoznać się z najczęściej stosowanymi typami cliffhangerów.

Ratunku, człowiek wisi na klifie!

Typ cliffhangeru: zbliżająca się zagłada Przykład: “Na krawędzi”

Cliffhanger dosłowny, czyli sytuacja, kiedy ktoś jest na skraju skarpy, właśnie spada, spala się, topi albo zaraz zginie od wystrzelonego pocisku. Jest o włos od śmierci, jak to mawiają fryzjerzy po nieudanym balejażu.

Takim zabiegiem zaczyna się film “Na krawędzi”, który był inspiracją do powstania tego tekstu,  a jego oryginalny tytuł to… uwaga, uwaga, “Cliffhanger”! Dłonie pocą się już od pierwszej sceny, gdy Sylvester Stallone podciąga się na półce skalnej jakieś 7 000 metrów nad ziemią. A potem, w trakcie seansu, robi to jeszcze kilkukrotnie. I, cholera, to działa! Działa, bo fabuła w taki sposób pokazuje nam bohaterów, że nam na nich zależy, a sytuacja zagrożenia życia wynika z miejsca akcji (rzecz dzieje się górach), a nie z nadprzyrodzonych mocy antagonistów.

Powisieć w napięciu, patrząc jak Sylvester wisi nad przepaścią, możecie już w piątek 28 grudnia o 21:00 na kanale TNT. “Na krawędzi” wyemitowane zostanie w ramach cyklu “Piątki w akcji”.

Masz oklep!

Typ cliffhangeru: podjęcie decyzji / złożenie obietnicy Przykład: co drugi film o superbohaterach

Dotyczy to zwłaszcza pierwszych części, w których bohaterowie odkrywają swoje supermoce. Młody Peter Parker uczy się skakać po ścianach, po czym gdy już opanuje chodzenie w leginsach i sklepie facjatę jakiemuś hultajowi wyłudzającemu VAT, podejmuje decyzję strzeżenia dobra. Albo składa obietnicę hersztowi mafii paliwowej, że on jest następny w kolejce i lepiej, żeby już szykował wrotki, bo będzie dojazd. W kolejnej części oczywiście.

Powiedzieć swojej dziewczynie, że jestem jej ojcem, czy lepiej nie?

Typ cliffhangeru: mega dylemat Przykład: “Oldboy”

Mimo że “Oldboy” nie jest częścią żadnej większej całości, to kończy się cliffhangerem zmuszającym do myślenia o jego zakończeniu jeszcze przez wiele godzin, jeśli nie dni. Dojrzały mężczyzna zakochuje się na zabój w młodej dziewczynie, po to, by w scenie finałowej dowiedzieć się, że jest ona jego córką. Jeśli powie jej prawdę, to zrujnuje ich relację, jeśli zachowa ją dla siebie, kazirodcza tajemnica będzie zżerać go od środka przez resztę życia. Zobaczyłbyś kontynuację, żeby dowiedzieć się jaką decyzję podjął, co?

Oj, nie spodziewałem się tego schodząc do piwnicy

Typ cliffhangeru: wielkie odkrycie Przykład: “Planeta małp”

Wielkie odkrycie zupełnie zmieniające zasady gry lub postrzeganie świata przez głównego bohatera pojawia się zarówno w filmach science-fiction, jak i w powieściach obyczajowych. Kiedy Leo Davidson z “Planety małp” wraca na Ziemię i dowiaduje się, że rządzą nią małpy, minę ma nietęgą i chętnie by coś zrobił albo chociaż dowiedział się jak to się stało, ale historia się kończy. Przynajmniej dopóki nie powstanie sequel.

Znowu w życiu mi nie wyszło

Typ cliffhangeru: chwilowa porażka Przykład: “Avengers: Wojna bez granic”

Czy zło może pokonać dobro? No jasne, tak właśnie wygląda dorosłe życie. A czy zło może pokonać dobro w ekranizacji komiksu? Tak, ale góra na długość jednego epizodu. Jeśli Thanos obił maskę Kapitanowi Ameryce w ostatnim odcinku “Avengersów” i połowa ekipy poszła do piachu, to widz nie ma wątpliwości, że jego ulubione postacie zostaną wskrzeszone. I przebiera nogami, żeby dowiedzieć w jaki sposób wstaną z martwych.

Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Typ cliffhangeru: fundamentalne pytanie Przykład: “Incepcja”

“Incepcja” to totalny numer 1 w moim rankingu ulubionych filmów i kończy się takim zawieszeniem na klifie, że odruchowo wyciągam telefon i dzwonię po pomoc, bo mam wrażenie, że dyndam nad przepaścią razem z głównym bohaterem. W dużym skrócie, film pyta widza, czy aby na pewno jego życie jest rzeczywiste, czy przypadkiem nie jest tylko snem? Ostatnia scena bije nas tym pytaniem z pięści w twarz i wbrew oczekiwaniom nie przynosi odpowiedzi. Co akurat w tym przypadku jest rozwiązaniem najlepszym z możliwych, bo jednoznaczna odpowiedź byłaby zwyczajnie rozczarowująca.

Ufff, w końcu zdechł! A nie, jednak żyje…

Typ cliffhangeru: sygnał, że coś się stanie Przykład: 95% amerykańskich horrorów

Kiedy jesteśmy pewni, że Michael Myers siedzi w psychiatryku, Freddy Krueger dostał kosę pod żebra, a Laleczka Chucky kopci się w piecu krematoryjnym, nagle słyszymy kroki w oddali. Albo pukanie do drzwi. Albo cienie na ścianie. Albo któraś z ocalałych postaci mówi, że ma dziwne przeczucie. I już wiadomo, że chłop jakimś cudem przeżył i za niedługo znów zobaczymy wideo-tutorial z filetowania człowieka.

Mój chłopak zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką, więc prześpię się z jej chłopakiem, którego nienawidzę

Typ cliffhangeru: niespodziewany zwrot akcji Przykład: “Plotkara”

Żaden film sensacyjny nie ma tylu zwrotów akcji, co seriale obyczajowe, a już na pewno nie tyle, co te dla nastolatków. W “Plotkarze” kierunek wydarzeń zmienia się co przerwę reklamową, najlepsza przyjaciółka zostaje największym wrogiem, a potem znów wraca do łask w ciągu jednego odcinka, a w ciągle rozrastającej się sieci kontaktów seksualnych zagubiliby się nawet poliamoryści. Mimo że doskonale wiedziałem jak to działa, obejrzałem wszystkie 6 sezonów, a odkrycie, kto naprawdę jest Plotkarą przeżywałem przez resztę dnia.