Close
Close

Testujemy aplikację Zonar i bujamy się po Krakowie za półdarmo

Skip to entry content

Przedwczoraj pomimo wybitnie londyńskiej pogody, wybrałem się z Andrzejem na miasto, żeby potestować nową aplikację na Androida (na iPhone’a zresztą też). O Andrzeju już Wam kiedyś pisałem, to jeden z tych kumpli, który póki co nie sprzedał marzeń i wierzy, że zostanie gwiazdą rocka. Wracając do tematu, ustawiliśmy się pod Bagatelą, żeby sprawdzić jak w terenie działa Zonar – aplikacja wykorzystująca geotargetowanie, która na bieżąco mówi Wam, gdzie jest jakąś zniżka/promocja/bonusik.

 

O co kaman?

Zonar to taki trochę Groupon bezpośrednio na telefon. Pokazuje Ci informacje o okazjach w Twoim otoczeniu, przy czym, żeby skorzystać z jakiejś nie musisz dokonywać przedpłaty. To jeden z większych większych plusów. Kolejny to to, że mówiąc “w Twoim otoczeniu” nie mam na myśli całej Polski, województwa, czy choćby miasta, ale najbliższe 3 ulice. Możesz ustawić, czy chcesz widzieć promocje w zasięgu 1, 2, czy 5 kilometrów. Minus jest taki, że tyczy się to póki co tylko Krakowa (Kraków na stolicę, Kraków na prezydenta!), ale twórcy z czasem z pewnością powiększą bazę zniżek o kolejne miasta.

Co do samych promocji, to obejmują one zarówno restauracje/knajpy z jedzeniem, kawiarnie, bary, jak i puby. Jest tez trochę rabatów na usługi związane ze sportem, zdrowiem i urodą oraz stricte zakupy. Czyli standardzik. Oczywiście, żeby skorzystać z jakiegokolwiek bonusa trzeba być użytkownikiem aplikacji, na szczęście jest ona bezpłatna. Dobra, to sucha teoria, która pewnie nic Wam nie mówi, więc…

 

Jak to wygląda w praktyce?

Wychodzimy na miasto (albo po prostu przed klatkę), włączamy aplikację i klikamy “Zobacz promocje w pobliżu”. Wyskakuje nam lista okazji ze wszystkich kategorii w najbliższym otoczeniu wraz z odległością od miejsca, w którym obowiązują. Z tym dystansem do konkretnej miejscówki, to spoko sprawa, bo szybko można dokonać selekcji.

Aplikacja jest w miarę inteligentna i można ją szybko spersonalizować. Zaznaczając czy bardziej nam zależy na tanim jedzeniu, zniżkach do klubu, czy fitnessie, pokaże nam dostosowaną konkretnie pod nas listę promocji. Dla leni (dla mnie i dla Andrzeja) są gotowe tryby: “jestem głodny”, “na zakupy”, “na imprezę”, które od razu nam pokażą to co trzeba. Dobry bajer.

 

Pizza w “Dominium” za pół ceny

Pierwszą promocją jaką stestowaliśmy była zniżka 50% na pizzę w “Dominium”. Sorry za ciemną fotę, ale jak widać robiona była przed jedzeniem, a jak bloger głodny to i zdjęcia źle wychodzą. Na temat samego placka nie będę się specjalnie rozpisywał, bo kto był w “Dominium” ten wie, że pizzkę mają dobrą. Taniej o połowę płacą tylko studenci, także oprócz telefonu z aplikacją trzeba pokazać jeszcze legitymację. Na szczęście miałem podbitą, także hajs na rachunku się zgadzał.

 

Bania od Zonara

Po jedzeniu chcieliśmy walnąć darmową banieczkę w “Krakowskich Zakąskach”, ale pech chciał, że było przed 14:00 i lokal był jeszcze zamknięty. Trudno, skoczyliśmy uzupełnić płyny gdzie indziej. W końcu do następnego miejsca z tanim alko dzieliło nas tylko 160 metrów.

 

Browar w “Banialuce” za złotówkę

W “Banialuce” czekały na nas pierogi lub tatar za 5zł, albo piwko za symbolicznego jednego złotego. Kusił mnie tatar, bo robią całkiem znośnego, ale po tej pizzy już bym nie dał rady tego zmieścić, więc wzięliśmy tylko po piwku. Muszę Wam powiedzieć, że tak tanio to jeszcze nie piłem piwa w centrum Krakowa i szczerze mówiąc trudno będzie to przebić.

 

Multikino też taniej

Na koniec, chcieliśmy zobaczyć co ciekawego z opcji niejedzeniowo-alkoholowych jest taniej i trafiło się Multikino. Tym razem ukłon w stronę osób niestudiujących – bilet na “Noc reklamożerców” 10 złotych taniej, a dla par bonusowo popcorn i cola. Extra. Dobry event i promocja dobrze dostosowana do grupy docelowej. Podejrzewam, że na ENEMEFy też coś będzie.

 

Korzystajcie w pokoju Chrystusa

Słowem końca: Zonar jest dobrą aplikacją, a jak zostanie rozbudowany o kolejne miasta, to będzie aplikacją świetną. Tanio, blisko, z głową i bez przedpłat – Stay Fly approved!

(niżej jest kolejny tekst)

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.

Przyznaję się, w weekend piłem alkohol. Choć zazwyczaj tego nie robię, to wypiłem jednego Lecha Shandy i aż dwie Warki Radler. Tak mnie sponiewierało, że znów zgubiłem telefon, zapomniałem jak się nazywam, gdzie mieszkam i jaki mam pin do karty. A w niedzielę (co zadziwiające), tak samo jak w inne dni tygodnia zachciało mi się jeść.

Kierowany jednym z pierwotnych instynktów, zwlokłem się z łóżka i w pół-śnie dotarłem do piekarni na rogu. Pierwszy szok przeżyłem, gdy okazało się, że Pan Jagiełło oraz Pan Kazimierz III Wielki gdzieś się ulotnili i w portfelu zostało mi pół złotego. Zanuciłem więc pięknej pani ekspedientce jeden z większych hitów Perfectu i położyłem pieniążek na ladzie. Spojrzała na mnie z tym samym żalem do całego świata co zwykle i dała mi bułkę. Szczerze mówiąc, gdybym nie wziął paragonu, na którym jednak było napisane za co zapłaciłem, to nie wiedziałbym, że to była bułka.

 

Bułka za pół złotego

Właśnie tak moi drodzy czytelnicy wygląda bułka za 50 groszy. To był drugi szok w ciągu 10 minut, jakiego doznałem i byłem w nim dużo bardziej, niż Marysia.

Jak byłem dzieckiem (1,5 roku temu), to za 20 groszy była mega wypasiona wielka buła. Zazwyczaj pierwszą zjadałem na sucho, w drodze z piekarni do domu, a drugą dojadałem tylko do połowy, bo już nie mogłem. Jak w zeszłą niedzielę wyciągnąłem z reklamówki tego bobka i położyłem na talerzu, to zacząłem się zastanawiać, czy królik mojej współlokatorki przypadkiem nie zrobił większej kupy. Dźgnąłem to widelcem, nie złamał się ale było blisko. Wbiłem w to nóż, przeciąłem na pół i zacząłem się zastanawiać z czym niby miałbym zjeść tę miniaturkę pieczywa? Z połową plastra salami? Przecież tu żadna sensowna wędlina się nie zmieści?

Jak mogą sprzedawać taki syf? Jak ja głupi mogłem to kupić? Rzuciłem ten badziew gołębiom na pożarcie w nadziei, że się potrują i przestaną oddawać fekalia na mój parapet. Jak do tej pory to mój największy zawód z cyklu “zakupy na kacu”. Złota myśli od Wujka Dobra Rada: albo nie pijcie, albo róbcie zakupy dopiero jak uzupełnicie poziom elektrolitów w organizmie!