Close
Close

Olać czerstwe życzenia i równie nic niewnoszące podsumowania mijającego roku. Kogo dzisiaj obchodzi ile pieniędzy wydano na służbę zdrowia i z jakich obietnic przedwyborczych nie wywiązał się Tusk w 2012? Zapomnijmy na chwilę o rzeczach, na które nie mamy wpływu w tym momencie i wróćmy do problemów pierwszego świata (po raz kolejny zresztą). Skupmy się na dylemacie powracającym jak poniedziałek po niedzieli, i ustalmy co pijemy?

 

Orzechówka z mlekiem vs. wiśniówka z sokiem bananowym

Poza whisky z miodem i mlekiem, to moje 2 ulubione drinki. Nie dość, że umiem je samodzielnie wykonać, to jeszcze składniki są dostępne w każdym sklepie z zabawkami. Jeśli jeszcze nie piliście tych specjałów, to nadróbcie zaległości czym prędzej. Orzechówka z mlekiem smakuje jak Monte (dosłownie, pycha!), a wiśnia z bananem jak… coś po czym wiesz, że nie będziesz miał kaca. Lubię słodkie drinki, bo życie nie może być gorzkie. Kierując się tą zasadą, spróbowałbym czegoś nowego, słodkiego, prostego? Jakieś propozycje, co pijemy?

 

Perła Winter?

Gdyby ktoś wpadł na pomysł, że sylwester nie musi być z przytupem (bo nie musi) i można po prostu napić się piwka, to omijajcie Perłę Winter. Jest słodka, to fakt, ale na tym kończą się jej atuty. Tak jak Perła Summer, wali chemią na kilometr. Bierzesz pierwszego łyka i myślisz, że ktoś przy produkcji pomylił tanią oranżadę z piwem i nieumyślnie dolał do niej alkoholu. Bierzesz drugiego i zastanawiasz się czy napoje z Leader Price’a nie mają w sobie mniej emulgatorów, zagęszczaczy i sztucznych aromatów. Bierzesz trzeciego i wiesz, że nie uda Ci się dopić piwa do końca. Jeśli pijecie, to na własną odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Ps. Dzięki za wszystkie propozycje sylwestrowe, nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Strasznie miło, że można na Was liczyć :*

(niżej jest kolejny tekst)

Kawałki, którymi jarałem się w 2012 roku

Skip to entry content

Sylwester już pojutrze (wiem, wiem, macie kalendarze). Myślałem, że moje poszukiwania epickiej domówki skończą się na tym, że sam będę musiał zrobić imprezę, ale odzew na mój apel zadziałał. I to lepiej, niż się spodziewałem! Dzięki, naprawdę nie spodziewałem się, że dostanę tyle zaproszeń. To bardzo, bardzo miłe. Przechodząc do konkretów, żeby sylwester był udany nie wystarczy kontener przyjaciół i zgrzewka środków odurzających. Musi być muzyka. Dobra muzyka!

Przed Wami 10 najlepszych kawałków, którymi jarałem się w mijającym roku. Absolutne kozaki, które zostają w głowie na długo po wyłączeniu. Playlista ułożona tak, żeby weszła łagodnie i przepaliła styki dopiero pod jej koniec. No to jedziemy!

 

#1 Hey – Wieliczka

Pierwszy singiel z nowej płyty rozkminiliśmy i z pozostałymi numerami już nie poszło tak gładko. Dalej nie mam pojęcia o czym jest ten kawałek, ale puśćcie go sobie o 8 rano wychodząc, do pracy/szkoły… Jest tak kojący, tak łagodnie wprowadza rytm dnia. Wychodzę na śnieg, zakładam słuchawki, puszczam “Wieliczkę” i czuję powiew lata. Co za lekkość!

 

#2 The XX – Chained

Ktoś jest w stanie odróżnić ich poszczególne numery od siebie, bez patrzenia w tracklistę? Równie dobrze mógłby tu się znaleźć każdy inny kawałek z płyty “Coexist” i nikt by raczej nie zauważył różnicy. Nie zmienia to faktu, że wszystkie płyną, delikatnie się sączą pozwalając słuchaczowi się porwać. Zabierają mnie ze sobą gdzieś daleko od bieżących zmartwień i w zasadzie nawet nie wiem kiedy. Tak, to właśnie świadczy o tym, że muzyka jest dobra.

 

#3 Lykke Li – Little Bit (AutoErotique Bootleg remix)

Tu dalej płyniemy, ale wpadamy już w rwący strumień. Utwór co prawda z maja 2011, ale odkryłem go dopiero miesiąc temu, więc jest w tym zestawieniu. Dobry na pierwsze, nieśmiałe zerwanie się z kanapy i sprawdzenie co się dzieje na parkiecie. To raz. A dwa, że mam do niego szczególny sentyment, bo przy oryginale wciąż wspominam swoją nieszczęśliwą miłość.

 

#4 Lana Del Rey – Summertime Sadness (Reich & Bleich remix)

W muzyce pop to jest rok Lany i nie powiesz, że nie. A to jest drugi dobry przykład, jak z kawałka do wczuty zrobić klubowy benger (pierwszy masz wyżej).

 

#5 Jamal – DEFTO

Soundtrack do tegorocznej majówki. Jedyny utwór, który wrzuciłem z klipem, bo w tym przypadku muzyka bez obrazu nie istnieje. Najlepszy polski teledysk 2012, jeśli nie w ogóle! Odbierając “DEFTO” słuchem i wzrokiem nie da się tego nie poczuć. Jest ktoś, kto się nie zgodzi?

 

#6 Starszy – Dzisiaj żyję

Po prostu pierwsze polskie dobre dicho! Rozpisywałem się na ten temat obszernie już tutaj, więc nie będę się powtarzał.

 

#7 DonGuralEsko – Trochę czasu (Robo3kz remix)

Nowa płyta Gurala jest co najmniej poniżej oczekiwań, żeby nie powiedzieć słaba, ale ten remix to kozak!

 

#8 Mixtura – Piętno + Grizzlee&Pezet

Jak to usłyszałem, to przestałem wciskać “repeat” dopiero jak nauczyłem się całego tekstu na pamięć. To pierwszy przypadek tak udanego rapowania pod drum’n’bass. Kto mógł to zrobić jak nie Pezet? A ten refren? Na rany Chrystusa, miód, miód, miód (miłość w zasadzie)! Nie byłem fanem Grizzleego ani EastWest Rockers, ale chyba zacznę.

 

#9 Borixon – Papierosy (Erionite remix)

To leciało w tym roku tyle razy, że musiało się pojawić. Nie policzę na placach rąk wszystkich moich znajomych ile melanży to nakręciło. Papierosy, które jaram!

 

#10 Pezet – Brutto czy netto

Paweł z Ursynowa po raz drugi. “Radio Pezet” to niekwestionowany hit i prekursor nowych trendów w rapie. Koniec i kropka (poczekajcie 2 lata, a zobaczycie, że reszta sceny też pójdzie tą drogą). Oprócz utworu z Bednarkiem, w zasadzie nie ma na tej płycie słabego momentu. I mimo, że szaleńczo jarałem się “Miejskim soundem” i “Supergirl”, gdy wyszły, to “Brutto czy netto” jest największym niszczycielem. Właśnie tak się rapuje pod dubstepy!

Podsumowując moje hity 2012, to jak łatwo można zauważyć, dominuje elektronika. I czy lubicie Skrillexa i Borgore’a, czy nie, to mają oni olbrzymi wpływ na współczesną muzykę i wątpię, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Oczywiście wszelkie indie-alternatywne brzmienia będą cieszyć się coraz większą popularnością, ale różnego typu “wiertarki” będą młócić jeszcze kilka dobrych. Idźcie i bawcie się przy tym wszyscy! Amen.

zdjęcie w nagłówku autorstwa Son Of Fugazi

Lubicie eksperymenty? Ja bardzo! Zróbmy jeden i sprawdźmy, czy te 28 tysięcy osób, które mnie czyta ma jakieś realne przełożenie na rzeczywistość.

Za 4 dni jest sylwester, a ja nie mam żadnych planów (to znaczy mam, ale to taka deska ostatniego ratunku). Na spokojnym wyjeździe w górach byłem w zeszłym roku. Było bardzo spoko, ale co za dużo to nie zdrowo. Nie chcę iść do żadnego klubu, bo takie imprezy nie mają klimatu. Poza tym zazwyczaj obowiązuje tam strój studniówkowy, a ja już dawno skończyłem liceum. Na sylwestra z jedynką jestem za młody, a na nudne posiadówy zbyt piękny.

Marzy mi się epicka domówka! Podobna do tych z pierwszych serii “Skinsów”, spokojniejsza, niż ta z “Project X”, dorównująca imprezom na Dietla 44. Taka, gdzie nikt nie martwi się, że wódka rozlała się na panele. Taka, gdzie gospodarz cieszy się, że goście przyszli ze znajomymi. Taka, gdzie ludzie przyszli się bawić, a nie licytować ile chcieliby złamać przykazań. Jeśli robisz taką imprezę i chcesz się przekonać, czy bez bandaży na twarzy wyglądam równie dobrze co z nimi, to dawaj znać! Wpadnę z trójką przyjaciół i wspólnie powtórzymy zagadnienia matematyczne związane z procentem składanym.

 

kontakt@stayfly.pl

 

Bardzo jestem ciekaw ilu z Was – czytających mnie osób – będzie na tyle otwartych i wyluzowanych by zaprosić mnie – gościa z internetu – do siebie na melanż. Przekonajmy się! Sprawdźmy, czy bloger może faktycznie liczyć na swoich czytelników, czy to tylko pic na wodę, fotomontaż.

Ps. Jako, że rzucam na szalę całą swoją reputację, miło jakby ktoś jednak napisał.