Close
Close

Gdy akurat nie zachwycam się nową płytą Hey i nie udaję MasterChefa gotując danie w 10 minut, zdarza mi się chodzić do kina. Na filmy. Ostatnio byłem na “Kochankach z księżyca” (tłumaczenie głupie, ale świetny film na niedzielę, polecam) w Cinema City. Lubię to kino, bo oprócz niuansów ze świata podpasek i środków odchudzających, zawsze jest okazja, żeby zobaczyć zapowiedzi nowych filmów na dużym ekranie.

 

Django

Wśród trailerów poza “Hobbitem” moje szare komórki pobudził właśnie “Django”. Nie dlatego, że miał rozsadzający trzewioczaszkę montaż. Nie (bo nie miał). Nie dlatego, że miał zapierającą tetrahydrocannabinol w piersiach ścieżkę dźwiękową. Nie (bo nie miał). Dlatego, że pojawiły się w nim dwa przyprawiające mnie o stan podgorączkowy i wzmożoną potliwość nazwiska. DiCaprio Tarantino. Bogowie (sorry Jezusek), po prostu bogowie.

Widziałem tyle razy “Incepcję”, że czasem zastanawiam się, czy to co się dzieje, to rzeczywistość czy sen (zwłaszcza gdy czytelniczki wysyłają mi nagie zdjęcia). Zresztą “Wyspa tajemnic” pomieszała w głowach moim kumplom jeszcze bardziej, nie mówiąc już o tym jaki wpływ na moje życie miała “Droga do szczęścia”. Po tych 3 tytułach mógłbym Leonardowi już do końca świata smażyć burgery i biegać po lemoniadę. Dodając do nich jeszcze bezapelacyjnie urywający kończyny “Złap mnie, jeśli potrafisz” mogę powiedzieć “Leo, you are the king, mothelover”.

DiCaprio został już ozłocony, to teraz czas na psalm dla Tarantino. Oszalałem na “Pulp fiction”, płakałem ze śmiechu na “Kill BIllu”, straciłem kontakt z bazą na 3 dni po “Sin City”. Starczy Quentin. Kapliczkę na moim biurku masz już od dawna.

 

I tak z waszych połączonych mocy powstał Kapitan Planeta?

Właśnie co? Co powstało? Co z takich dwóch geniuszy filmu może powstać? Pierwsze co ciśnie mi się na myśl, to “klasyk”, “hit”, “epickie kino wszechrzeczy”. Ale, ale… Ten trailer, to wcale nie jest taki super. Wcale nie jest powalający. Wcale. Powiedziałbym nawet (tylko mnie nie zlinczujcie), że jest nudny. Że średniak. Że nic specjalnego. Że lekko okrąglutki DiCaprio z bródką, to to chyba nie jest to. Że jedno “I like the way you die, boy” na zwiastun, to za mało. Że nie przekarykaturyzowane zabójstwa i wybuchy budzą moją niepewność. Dużą niepewność. Że to połączenie może być jak Pezet i Sidney Polak. Wszyscy na to czekali, nikt (oprócz mnie) nie chce słuchać.

Może tak być?

(niżej jest kolejny tekst)

Niestety ze względu na fakt, że artykuł spotkał się z olbrzymim zainteresowaniem i dotarł do szefowej Pauliny (siła Wykopu), musiałem go usunąć. Sprawa jest na ostrzu noża. Mimo, że tak jak sami stwierdziliście, praca jest ciężka i często mało sympatyczna, to Paulina jej potrzebuje. Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które piszą do mnie maile i wiadomości na Fejsie zrozumieją to.

Przyszedł do mnie Mikołaj. Spóźnił się, ale przyszedł

Skip to entry content

Pocisnąłem brodaczowi na Fejsie, to się zreflektował nad sobą i w końcu przyszedł. Wkręcał, że niby nie mógł trafić, bo się przeprowadziłem, a normalnie byłby na czas. Wiedziałem, że ciśnie ściemę, ale przyjąłem gościa, bo miał dobry prezent…

 

Panettone

To co widzicie powyżej, to smak mojego dzieciństwa. Babka Panettone. Najlepsza babka jaką dzieciak bawiący się transformersami może sobie wyobrazić. Jak byłem w podstawówce, to takich babek nawet na filmach science-fiction się nie oglądało, bo ich po prostu nie było. To znaczy nie było w Polsce, ale wtedy to było równoważne z tym, że nie istnieją. A istniały. Mama przynosiła mi je z pracy, bo pracowała we włoskiej firmie i jakimś cudem zawsze udawało jej się jedną dla mnie zdobyć na Mikołaja. Mimo, że reszta pracowników ich nie dostawała.

Dziś Panettone można dostać w każdym Carefourze i jest na wyciągnięcie ręki. Nie jest niczym niezwykłym. Pewnie nie raz przechodziliście obok niej robiąc zakupy i nawet przez chwilę nie zatrzymaliście się przy tym delikatesie z Włoch. Dla mnie jednak ta babka zawsze będzie symbolem świąt. Tych jednych, jedynych, słusznych – Świąt Boże Narodzenia. Ten smak bakalii, rodzynek i ciasta drożdżowego. Ma w sobie słodycz luksus i gorycz poświęceń. Poświęceń koniecznych do zdobycia go. Dziękuję Ci Mikołaju za ten prezent. Równy z Ciebie gość.