Close
Close

Restauracja “Smakołyki” na Straszewskiego

Skip to entry content

“Smakołyki” poleciła mi jedna z czytelniczek (tak jak poprzednią knajpę, gdzie podają jedzenie w kształcie penisa). Lubię jak mi podrzucacie nowe rzeczy, bo czasem odkryję coś naprawdę spoko, na co sam bym nie wpadł. No przynajmniej nie tak szybko. Można powiedzieć, że tak było i tym razem.

 

Okna od podłogi po sufit

“Smakołyki” są na Straszewskiego, na przeciwko wydziału prawa UJ. Przechodzę tamtędy średnio 600 razy dziennie i pierwszy raz tam byłem dopiero w zeszłym miesiącu (dzięki Wam rzecz jasna). Gdybym wiedział co to wstyd, to bym się wstydził, ale, że nie wiem, to powiem tylko “masz ci los, niewiarygodne”. Mimo, że nie jest to knajpa z górnej półki (powiedziałbym, że ze środkowej), a hasło “restauracja” w jej nazwie pojawia się na duży wyrost, to ma fajny dizajn/wystrój/klimat. Oczywiście owa fajność w granicach swojej kategorii.

Jak widać (coś chyba widzicie na tych zdjęciach, no nie?) mają wieeelkie okna, przy których są stoliki i poduchy i to jest właśnie miejscówa, w której najlepiej się siedzi. Oprócz tego jest jeszcze kilka stolików na antresoli i cała druga sala w piwnicy, ale z poduchową miejscówką nie mają się co równać.

 

Jak z jedzeniem? – podejście #1

W każdym miejscu, które testuję jem przynajmniej 2 razy, żeby nie skreślać knajpy po jednej kulinarnej wpadce (och, jaka ze mnie Magda Gessler). Tutaj za pierwszym razem byłem z Moniką, którą poznałem na Blog Forum Gdańsk. Wzięliśmy aktualny zestaw dnia, czyli zupa fasolowa + szaszłyk drobiowy + kompot.

Jedzenie było bardzo w porządku. Zupa nieprzepierzona i ciepła, szaszłyk niespalony i miło, że z sosem czosnkowym. Nie trawię buraków od przedszkola, w związku  czym zjadłem tylko marchewkę, a tę raczej trudno zepsuć. Wypowiadam się tak lakonicznie o jedzeniu, bo szczerze trudno było się na nim skupić. Obsługiwała nas taka kelnerka, że ani Ja, ani Monika, nie mogliśmy od niej oderwać oczu. Hipnotajzin, jak mówią w TVN. I proszę bez posądzania o szowinizm, po prostu jestem wzrokowcem, okej?

 

Jak z jedzeniem? – podejście #2

Drugie podejście zaliczyłem z Patrykiem – kolegą co to maluje i buja się po wernisażach. Tym razem obsługa nie rozpraszała mnie podczas jedzenia, była po prostu słaba. Czekaliśmy na zamówienie dłużej, niż na uznanie reklamacji w Pull&Bear, a jedzenie i tak przyszło letnie. Wzięliśmy oczywiście po zestawie dnia. Tym razem była to włoska zupa jarzynowa + miruna (ryba) w panierce + kompot.

Zupa jakby była gorąca to na pewno byłaby lepsza, ale ogólnie w porządku. Dobrze doprawiona. Co do drugiego dania, to rzadko, ale to bardzo rzadko jadam ryby (w zasadzie to chyba tylko na Wigilię), w związku z czym nie jestem znawcą. Nie żebym nie lubił, po prostu jakoś tak wychodzi. Ta rybka trochę mnie zwiodła, bo miała panierkę jak mielony i do tego polali ją keczapem. Nie wiem za bardzo po co, ale nawet mi to nie przeszkadzało. Przyzwoita, smaczna. Do tego frytki i surówki tym razem bez buraków, także bardzo po bożemu.

Na szczególną uwagę zasługuje kompot. O ile jedzenie jest po prostu zwykłe (dobre, ale zwykłe), to kompot jest bardzo dobry. Nie tak zajebisty jak u Gesslera, ale zdecydowanie się wybija. Zatwierdzam go.

 

Ile takie rzeczy kosztują?

Zestaw dnia, czyli zupa + drugie danie z dodatkami + kompot, kosztuje 16zł. Jak na lokalizację, pierwszą kelnerkę i klimatyczną miejscówkę pod oknem, to całkiem adekwatna cena. W każdym razie na pewno lepsza, niż 15zł za zestaw w Pergaminie

Na koniec pytanie powracając jak bumerang: jakie znacie jeszcze miejsca w okolicach rynku, warte polecenia, w których można zjeść obiad do 20zł?

(niżej jest kolejny tekst)

Gdy akurat nie zachwycam się nową płytą Hey i nie udaję MasterChefa gotując danie w 10 minut, zdarza mi się chodzić do kina. Na filmy. Ostatnio byłem na “Kochankach z księżyca” (tłumaczenie głupie, ale świetny film na niedzielę, polecam) w Cinema City. Lubię to kino, bo oprócz niuansów ze świata podpasek i środków odchudzających, zawsze jest okazja, żeby zobaczyć zapowiedzi nowych filmów na dużym ekranie.

 

Django

Wśród trailerów poza “Hobbitem” moje szare komórki pobudził właśnie “Django”. Nie dlatego, że miał rozsadzający trzewioczaszkę montaż. Nie (bo nie miał). Nie dlatego, że miał zapierającą tetrahydrocannabinol w piersiach ścieżkę dźwiękową. Nie (bo nie miał). Dlatego, że pojawiły się w nim dwa przyprawiające mnie o stan podgorączkowy i wzmożoną potliwość nazwiska. DiCaprio Tarantino. Bogowie (sorry Jezusek), po prostu bogowie.

Widziałem tyle razy “Incepcję”, że czasem zastanawiam się, czy to co się dzieje, to rzeczywistość czy sen (zwłaszcza gdy czytelniczki wysyłają mi nagie zdjęcia). Zresztą “Wyspa tajemnic” pomieszała w głowach moim kumplom jeszcze bardziej, nie mówiąc już o tym jaki wpływ na moje życie miała “Droga do szczęścia”. Po tych 3 tytułach mógłbym Leonardowi już do końca świata smażyć burgery i biegać po lemoniadę. Dodając do nich jeszcze bezapelacyjnie urywający kończyny “Złap mnie, jeśli potrafisz” mogę powiedzieć “Leo, you are the king, mothelover”.

DiCaprio został już ozłocony, to teraz czas na psalm dla Tarantino. Oszalałem na “Pulp fiction”, płakałem ze śmiechu na “Kill BIllu”, straciłem kontakt z bazą na 3 dni po “Sin City”. Starczy Quentin. Kapliczkę na moim biurku masz już od dawna.

 

I tak z waszych połączonych mocy powstał Kapitan Planeta?

Właśnie co? Co powstało? Co z takich dwóch geniuszy filmu może powstać? Pierwsze co ciśnie mi się na myśl, to “klasyk”, “hit”, “epickie kino wszechrzeczy”. Ale, ale… Ten trailer, to wcale nie jest taki super. Wcale nie jest powalający. Wcale. Powiedziałbym nawet (tylko mnie nie zlinczujcie), że jest nudny. Że średniak. Że nic specjalnego. Że lekko okrąglutki DiCaprio z bródką, to to chyba nie jest to. Że jedno “I like the way you die, boy” na zwiastun, to za mało. Że nie przekarykaturyzowane zabójstwa i wybuchy budzą moją niepewność. Dużą niepewność. Że to połączenie może być jak Pezet i Sidney Polak. Wszyscy na to czekali, nikt (oprócz mnie) nie chce słuchać.

Może tak być?

Niestety ze względu na fakt, że artykuł spotkał się z olbrzymim zainteresowaniem i dotarł do szefowej Pauliny (siła Wykopu), musiałem go usunąć. Sprawa jest na ostrzu noża. Mimo, że tak jak sami stwierdziliście, praca jest ciężka i często mało sympatyczna, to Paulina jej potrzebuje. Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które piszą do mnie maile i wiadomości na Fejsie zrozumieją to.