Close
Close

World Press Photo 2012 – wrażenia

Skip to entry content

Rok temu pisałem, że na World Press Photo ’11 było wtórnie i tendencyjnie. W tym roku mógłbym zasadniczo przepisać cały tekst z zeszłego, tylko przed każdym epitetem dopisać słowo „bardzo”. Tegoroczna edycja była jeszcze bardziej nieciekawa niż seans „Fuck For Forest”. Miałem wrażenie, że już nawet autorzy zdjęć cykają je bardziej z obowiązku i musu, niż szczerych chęci.

Martwi, okaleczeni i zdeformowani ludzie już totalnie przestali wywoływać jakieś silniejsze emocje. Szok na widok pourywanych kończyn zamienił się miejscem z przyzwyczajeniem. I bez sensu twierdzić, że to wina odbiorców, bo to tak jakby obrażać się, że reklama proszku do prania sprzed 10 lat dziś nie zachęca nikogo do kupna.

Po cichu liczyłem na zdjęcia foczek, ptaszków i innych słodkich zwierzątek na tle natury, ale tu też bez szału. Dużo słabsze prace niż w zeszłym roku. Kompletnie nie ma się nad czym rozwodzić. To samo tyczy się kategorii „sport”. Tylko jedno zdjęcie (z pływakami) przykuło moją uwagę, a i tak nie na długo. Napisałbym coś więcej, ale mi się nie chce, a Wam tym bardziej nie będzie się chciało tego czytać.

Poniżej kilka zdjęć zdjęć (taka mała incepcja), które dadzą Wam pogląd na całą wystawę.

I co, natchnęło Was żeby się wybrać?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Prezent mikołajkowy do 20zł: wersja męska

Skip to entry content

Było to trochę temu, ale pamiętam wszystkie mikołajki klasowe, grupowe i nawet pracownicze. Miała być szalona zabawa, że niby losuje Cię przypadkowa osoba i kupi Ci nie wiadomo jaką niespodziankę i ogłupiejesz ze szczęścia. Zdarzyło mi się ogłupieć parę razy, ale niestety nigdy ze szczęścia. Czasem dostawałem taki badziew, że nawet głupio było mi to wrzucać do kosza PCK. Dziękowałem bogu, karmie i wszystkim mocom nieczystym, gdy w paczce były czekoladki albo cokolwiek słodkiego. Zawsze można to było dać komuś innemu za rok i mieć już prezent z głowy.

Ale, ale, nie o to chodzi żeby puszczać w świat złą energię, bo później do Ciebie wróci. Może nie zawsze to widać, ale wychodzę z założenia, że lepiej uszczęśliwiać ludzi, niż irytować (no chyba, że bardzo sobie zasłużą na to drugie, to wtedy nie ma wyboru). Kierowany tymi szlachetnymi przesłankami, stworzyłem dla Was listę 5 sensownych prezentów z okazji Dnia Świętego Mikołaja, do 20 złotych. Dzisiaj pomysły jak uszczęśliwić facetów, w przyszłym tygodniu będziemy robić dobrze kobietom.

#1 Film „Showgirls”

Nie znam faceta, któremu nie podobałby się ten film, a mimo to wielu wciąż go nie widziało. Taki klasyk warto mieć w oryginale, na półce. Głownie po to, żeby pochwalić się kolegom, ale również by móc sięgnąć po niego w chwili zwątpienia (związkowego, zawodowego, ogólno-życiowego).

#2 Kask piwny

Marzę o tym odkąd zobaczyłem czołówkę „Maski” jako dzieciak. Co prawda, wtedy jeszcze nie wiedziałem do czego to służy. Ba, gdy kilka lat później poznałem smak piwa, zastanawiałem się jak ludzie mogą pić to ohydztwo. Mimo wszystko, czułem, że muszę to mieć. Że w takim kasku to byłbym gość i mógłbym z powodzeniem udawać futbolowego speca, mimo, że nie mam bladego pojęcia o piłce nożnej.

#3 Paczka dobrych prezerwatyw

Czy jesteście w związku, czy jest singlem, czy eunuchem, to taka paczka mu się przyda. Choćby po to, żeby poratować kumpla w potrzebie lub zrobić z prezerwatyw balony i rozkręcić imprezę.

#4 Bilet do Londynu

Każdy z moich kumpli chciałby się napić piwka w typowym, zatłoczonym londyńskim pubie. Nawet ci, którzy mają wszyty esperal. Jeśli myślisz, że ufundowanie takiej wycieczki jest ponad Twoje możliwości finansowe, to sprawdź Fly4Free. Obdarowywanego spokojnie można wysłać do Anglii za 19 złotych, także mieścimy się w budżecie.

#5 Złoty spray

Nie spodziewałem się, że tak mocno jeszcze tkwi we mnie dziecko, dopóki nie dostałem do rąk farby w sprayu. Gdy podczas pierwszego „reCYCLINGu” pod MOCAKiem dorwałem się do złotej puszki, cały świat przestał się liczyć. Miałem tylko troszkę popsikać na ramę swojego roweru, a malowałem dopóki farba zupełnie się nie skończyła. Później poszedłem do sklepu, kupiłem sobie 2 puchy i wymalowałem wszystkie metalowe elementy w zasięgu wzroku. Tyle radości z tak banalnej rzeczy. Polecam całym sercem, to chyba najfajniejszy prezent jaki mógłby dostać z całego zestawienia.

I to tyle jeśli chodzi o męską wersję prezentów do 20zł (damska we wtorek). Korzystajcie, komentujcie, inspirujcie się i dajcie znać, co Waszym zdaniem powinno koniecznie się znaleźć w tym zestawieniu, a tego nie ma.

autorem zdjęcia jest gekimo

Amatorskie porno w środku dżungli to nuda

Skip to entry content

Wczoraj byłem na „Fuck For Forest” i idąc do kina było mi przykro, że nie zdążyłem na premierę. Bo przecież czekałem na ten film! Widziałem trailer, czytałem o nim w K Magu i Aktiviście i liczyłem na mocny obraz. Na dokument, który mną wstrząśnie! Na coś, co dam mi po mordzie i przez najbliższy miesiąc będę rozkminiał jego przesłanie, nie mogąc spać. Cóż… wróciłem z sensu i zasnąłem jak dziecko po nawdychaniu się chloroformu.

Mimo, że nigdy nie ciągnąłem flaków z olejem, to „Fuck For Forest” właśnie tak się ciągnie. Mój współlokator Maciek (ten z którym testowałem kanapki z Subwaya) usnął mniej więcej w połowie. Ja drugi raz w życiu podczas oglądania filmu w kinie, spojrzałem na zegarek, żeby zobaczyć czy długo jeszcze. Okazało się, że długo, ale jakoś wysiedziałem. Pierwszy raz zdarzyło mi się patrzeć na zegarek w kinie na „Wiedźminie”, który był naprawdę słaby. Mam nadzieję, że ta sytuacja po raz trzeci nie powtórzy się szybciej, niż za kolejne 11 lat.

 

Są gołe cycki, a Ja mimo to narzekam?

Bohaterowie „Pieprzenia się dla lasu”, to takie hipiso-punki naszych czasów. Nie chcą realizować ról narzuconych im przez społeczeństwo, więc radośnie ćpają (tak, tak moi drodzy, marihuana to też narkotyk), ruchają się z kim popadnie i wrzucają to do sieci. Zezwierzęcenie i wyzbycie się norm moralnych oczywiście w imię wyższych celów, świętych idei – ratowania lasów tropikalnych. Jeśli masz teraz przed oczami nieustającą imprezę we włościach Hugh Hefnera, to zmień kanał. Ich amatorskie pornosy, to raczej utrwalone w ruchu pijackie dymanie się w błocie na Woodstocku, niż film, który mógłby kogokolwiek podniecić. Aktorzy to ohydne brudasy, więc trudno, żeby z ich nagrań nie emanował syf i malaria.

 

Po co to wszystko?

Zdradzę ci zakończenie, bo nie ma absolutnie żadnego powodu, żebyś oglądał ten film. Czwórka biseksualistów kręci sobie to wideo z gołymi narządami, żeby uratować amazońską dżunglę, a w konsekwencji cały świat (przypominam, że film oparty jest na faktach). Brzmi dokładnie tak abstrakcyjnie i niedorzecznie jak Ci się wydaje. Mimo ich permanentnego nieogarnięcia życiowego, udaje im się zebrać 420 000 euro (serio!). Lecą do tego kraju trzeciego świata przez pół globu, płyną łódką 7 dni i palą z Indianami jakiś syf, po to żeby się dowiedzieć, że nikt ich tam nie chce, a tym bardziej ich pieniędzy. Beka. Po prostu beka. Wielcy działacze, oświeceni wyzwoliciele świata mają miny jak emo, które chciało się pociąć plastikową łyżką, ale rodzice powiedzieli mu, że się nie da.

 

Jaki z tego morał?

Po pierwsze: nie siedź za długo przed komputerem i nie bierz narkotyków. A już na pewno nie łącz tych dwóch rzeczy, bo skończysz jako porzucone, kolorowe dziwadło z chorobą weneryczną na jednej z berlińskich ulic.

Po drugie: zanim zniszczysz całe swoje życie i perspektywy na przyszłość, by pomagać komuś (lub czemuś) o kim czytałeś tylko w internecie, spytaj go, czy on w ogóle tego chce. Bo może się okazać, że to ostatnia rzecz, której by sobie życzył.