Close
Close

Fly Style #1 – Futro, skóra i śnieżna kula

Skip to entry content

Pozazdrościłem ostatnio bardzo mojej nowej koleżance Plamce (warto zajrzeć na jej bloga nie tylko ze względu na świetne nogi). Głównie tego, że pod każdym postem na blogu ma dużo komentarzy. Bardzo dużo. Gdzieś z 5 razy więcej, niż ja. Co mi pozostało zrobić, żeby zazdrość nie zamieniła się w zawiść? Zostać szafiarzem!

W zdjęciach pomagał mi mój przyjaciel malarz i oprócz tego, że drugi raz w ciągu jednego miesiąca wyszedłem z domu (obalając przy tym mit blogera), doznałem też pewnego odkrycia. Bandaż na twarzy w zimie to świetna sprawa! Serio! Od początku listopada nie było mi tak ciepło, a przy okazji bezdomni bali się mnie zaczepiać. Polecam, to większy “must have” tego sezonu, niż czapka z futerkiem.

 

Śnieżki

Przy okazji tematów około-zimowych – wiem, że jest zimno, ciemno i strasznie. Wiem to najbardziej jak się da, bo mieszkam w kamienicy i przed zaśnięciem modle się o choćby 2 stopnie więcej. Ale, ale… Zimę można sobie osłodzić i to jak! Nieważne, czy masz 18 lat, czy 35, przypomnijc sobie jak miałeś 7 i największą frajdą w ciągu całego dnia była bitwa na śnieżki. Ile radości sprawiało rzucenie w sąsiada kulą śniegu (albo chociaż w jego okno).

Dzisiaj w Krakowie był dzień lodowiska. Do południa padał deszcz, a popołudniu zamarzł tworząc ze wszystkich chodników i ulic ślizgawkę. Ludzie marudzili pod nosem albo donośnie przeklinali dając wyraz swojej dezaprobacie wobec zaistniałej sytuacji. Ja się jarałem! W podstawówce trzeba było się nie lada nastarać, żeby zrobić choć 3 metrową ślizgawkę, a tu lodowisko na powierzchni całego Krakowa, ot tak! Ekstra!

(niżej jest kolejny tekst)

Tarantino + DiCaprio = “Django”

Skip to entry content

Na “Django” napalałem się od dawna, i tak jak pisałem Wam na fapejdżu, kilkadziesiąt innych osób też. Nie jestem fanem westernów, trailer raczej ostudził mój zapał, niż wzniecił, a jedyny dobry film jaki widziałem z Jamiem Foxxem (główny bohater), to “Ray” sprzed 8 lat. Mimo to, nie wyobrażałem sobie jak mógłbym nie pójść na tę premierę do kina. Poszedłem pełen obaw i pierwsze co mi się nasunęło, to to, że…

 

Nikt nie zabija jak Tarantino!

Barwne eksterminacje, to zawsze jeden z największych walorów jego filmów. To pieczołowite odcinanie kończyn, wyniosłe miażdżenie czaszek, niemal poetyckie rozrywanie ciała na strzępy. W filmach innych reżyserów ludzie po prostu umierają. U Quentina zabójstwo podniesione jest do rangi sztuki i nie brak tego też w “Django”. Cudownie rozbryzgująca się krew z konających zwłok, jest obecna w większości kluczowych scen. Jak wspomniałem, to western, więc zabijanie ludzi bronią palną pewnie Was jakoś specjalnie nie zaskoczy. Żebyście nie wyszli z kina uczuciem niedosytu, Tarantino przygotował dla Was takie smaczki jak rozszarpywanie okaleczonego człowieka przez psy. Od razu lepiej, prawda?

 

Nie bierz DiCaprio do filmu. Ukradnie Ci film

Leonardo rolą w tym filmie, utwierdził mnie po raz kolejny w przekonaniu, że tak jak Eminem jest najlepszym raperem, tak on jest najlepszym aktorem. Bezapelacyjnie i bezterminowo. Ten gość potrafi zagrać wszystko! Gdyby kazali mu zagrać miękki kamień, to podejrzewam, że też nie miałby z tym większych problemów. To jaką ekspresją operuje w tym filmie, przerasta Ryana Goslinga, czy Johnnego Deppa o 3 życia. I żeby nie było nie porozumień – nic do nich nie mam. Ba, uważam, że są świetni i bardzo ich lubię, ale DiCaprio to zupełnie inna kategoria.

Z jednej strony to plus, z drugiej minus. Minus, bo zupełnie deklasuje pozostałych aktorów. O ile jeszcze Christoph Waltz jest zauważalny i dopóki nie pojawia się Leo, gra pierwsze skrzypce, o tyle Jamie Foxx zupełnie blednie w jego świetle świetle. Gdyby nie fakt, że Jamie gra głównego bohatera, to od momentu, w którym na ekranie pojawia się blondas z Kalifornii, nie wiem czy pamiętałbym o jego istnieniu.

Pozostali aktorzy grają bardzo poprawnie. Niestety nie dają większych powodów do “ochów i achów” i nie pomagają im w tym też czerstwe dialogi. Nie uświadczysz tu kanonady ciętych ripost i rezolutnych point. Przez pierwszą połowę miałem momentami wrażenie, że film się ciągnie jakby złapał gumę (a przez drugą jakby jechał na kole zapasowym). Na szczęście, przeciętny scenariusz nie dostarczał męczarni podczas seansu, jak w przypadku “Bejbi blues”.

 

Beztroska rozrywka czy głęboka refleksja?

Wielu postrzega filmy Tarantino jako rozkoszną rozpierdziuchę z latającymi flakami. Tak jest (i za to go kocham!), ale nie do końca. Może się to wydawać niewiarygodne, ale te filmy mają drugie dno. Tak jak w “Bękartach wojny” ukrytym przesłaniem była zemsta uciemiężonych żydów na Niemcach, tak w “Django” czarnoskórzy niewolnicy odgrywają się na białych panach. W naszej szerokości geograficznej po emisji tego filmu nie spodziewałbym się jakiejś ożywionej dyskusji na temat dyskryminacji rasowej, ale w Stanach podejrzewam, że takie sytuacje miały miejsce. Bo mimo, iż od czasów niewolnictwa minęło kilka stuleci, to wciąż zbyt mało by o tym zapomnieć.

 

Tarantino się starzeje?

Takie pytanie zacząłem sobie zadawać po obejrzeniu “Djnago”. Oczekiwałem, że film zmiecie mnie z powierzchni ziemi, a ledwie mnie rozkołysał, bo o poruszeniu nie ma mowy. Dialogi słabe, scenariusz niepotrzebnie rozciągnięty na prawie 3 godziny i jeszcze wyrzuty moralne. Pierwszy raz spotykam się z tym (aczkolwiek możliwe, że pierwszy raz zwróciłem na to uwagę), żeby jakiś zabójca u Quentina w filmie miał sumienie. Przecież to nie przystoi! Jak uśmiechnięty łowca głów, w jednej z końcowych scen, może się wzdrygać na myśl o bestialsko rozszarpanym afro-amerykaninie? Przecież to zbyt ludzkie jak na tego reżysera, nieprawdaż?

Wchodzę sobie ostatnio na Pudelka, żeby sprawdzić czy Weronika Grycan dalej lansowana jest na symbol seksu, a tu Monika Brodka wygłasza takie mądrości o Lanie Del Rey:

Śmieszne. Żałosne. Obłudne.

 

Po pierwsze: przyganiał kocioł garnkowi

Brodka jeszcze do niedawna była w 100% produktem marketingowym, bez krzty własnej inwencji twórczej. Po wygraniu “Idola” nie mogła nawet pierdnąć bez zgody BMG, a co dopiero fantazjować o byciu niezależnym wykonawcą. Wytwórnia wydała jej 2 miałkie płyty, których grupą docelową byli emeryci i użytkownicy Epulsa. Wykonywała z góry narzucony repertuar, pod z góry narzucone podkłady muzyczne i grała ze z góry narzuconym zespołem. Jak takiej dziewczynie z plasteliny, może przejść przez myśl zarzucanie komukolwiek, że za jego sukcesem stoi agencja reklamowa? Wy mi powiedzcie, bo ja nie wiem.

 

Po drugie: impotenci nie powinni wypowiadać się o charyzmie

Brodka lubi o sobie mówić, że jest artystką, ale w istocie jest tylko zwykłym wykonawcą. Bardzo dobrym, ale mimo wszystko wykonawcą, którego z grzeczności umieszcza się we wkładce płyty. W życiu sama nie skomponowała sama muzyki, ani nie napisała tekstu, mimo, że niektóre z jej utworów mają zaledwie 10 wersów.

Jest twórczym impotentem. Potrafi tylko odtwarzać stworzone przez osoby trzecie utwory. Jedyną dobrą płytę w swoim dorobku – Grandę – nagrywała 4 lata. Biorąc pod uwagę, że bez zapychającego skitu, ma ona niecałe 34 minuty, to słabo. Bardzo słabo. Niedawno wydany, podwójny singiel “LAX”, który niesłusznie nazwano epką, nagrywała 2 lata. Tak, przez 730 dni udało jej się nagrać 2 utwory. Prawdziwa potrzeba tworzenia, co?

Jak w obliczu tych faktów można Lanie Del Rey zarzucać brak charyzmy?