Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #10 – Kurczak à la MasterChef

Skip to entry content

Gotując ostatnio najszybsze danie na świecie, pisałem Wam, że następnym razem chcę robić coś kozackiego. Coś czego nie powstydziliby uczestnicy MasterChefa. Coś co będzie wyzwaniem i zajmie więcej, niż 20 minut. W komentarzach padały propozycje wykwintnych makaronów i mimo, że kusiły, to chyba przestalibyście mnie czytać, gdybyście zobaczyli 4-ty pod rząd wpis z makaronem. Zgadza się? No! A, że ja nie lubię tracić czytelników, to wybrałem propozycję Marceli, czyli kurczak w cieście francuskim faszerowany pieczarkami i serem.

 

Pomoc kuchenna

Wiedziałem, że połączenie haseł “faszerowany” i “ciasto francuskie” nie będzie bułką z masłem (mówiąc dosłownie), więc wziałem koło ratunkowe – telefon do przyjaciela. Będąc w tej komfortowej sytuacji, że połowa moich znajomych to profesjonalni blogerzy kulinarni, po prosiłem Paszczaka i Panią Paszczakową o wsparcie techniczne. Oprócz dodatkowej pary rąk przy walce z obieraniem, krojeniem i szatkowaniem (choć nie wiem, czy to nie to samo co krojenie), dowiedziałem się kilku rzeczy, które zmieniły moje życie na zawsze. Ania i Michał sprzedali mi 3 bezcenne kuchenne lifehacki:

  1. Pieczarek nie trzeba obierać ze skórki. Wystarczy je dobrze umyć.
  2. Pieczarek nie trzeba kroić ani szatkować. Można je zetrzeć na tarce, wychodzi na to samo, a jest szybciej.
  3. Jedzenie fotografuje się dopiero gdy wystygnie. Gdy jest gorące to paruje – źle to wygląda i para siada na obiektywie.

Do punktu numer 3 nigdy w życiu sie nie przekonam, bo nie po to gotuję, żeby jeść letnie (nawet kosztem zdjęć). Jeśli jednak chcecie wiedzieć co jeszcze stoi za sekretem super-fot na blogach kulinarnych, to sprawdźcie bonus na końcu wpisu.

 

Co jest potrzebne?

Żeby zrobić kurczaka à la MasterChef dla 4 osób potrzebujemy:

  • 4 piersi kurczaka
  • pół kilo pieczarek
  • 400 gram zółtego sera
  • 4 cebule
  • 1 pora
  • 2 opakowania ciasta francuskiego (na zdjęciu jest jedno, bo myśleliśmy, że tyle wystarczy, ale w trakcie gotowania okazało się, że jednak ktoś musi pobiec po drugie do sklepu)
  • kilogram ziemniaków
  • 4 pomidory
  • 2 ogórki konserwowe (też o nich zapomnieliśmy, ale znalazły się w lodówce)
  • szczypiorek
  • kostkę masła

Dużo składników, dużo zabawy, ale też dużo jedzenia. Co do kosztów, to wyszło jakieś 15zł na głowe, także spokojnie zmieściliśmy sie w budżecie.

 

No to patroszymy to bydlę!

Zabawę zaczynamy standardowo, od pokrojenia wszystkich warzyw i starcia sera (tutaj pytanie dla speców – czy ziemniak to warzywo?).

 

Jak warzywka mamy już pocięte, to cebulę z pieczarkami wrzucamy na patelnię i dusimy (por dojdzie na końcu).

 

Gdy farsz (cebula + pieczarki) jest już podduszony, do ziemniaków sypiemy granulowany czosnek i podgotowujemy (ziemniaki później pójdą do pieca, więc nie muszą być całkiem ugotowane).

 

Teraz zabawa z mięsem. Odcinamy tłuszcz i inne brzydkie rzeczy i robimy “kieszenie” na farsz.

 

Mieszamy starty ser z porem i resztą farszu i od tego monentu zabawa wchodzi na wyższy level. Najpierw wypychamy “kieszeń” w kurczakowej piersi, tak żeby nie zostało żadne wolne miejsce, ale jednocześnie, żeby konstrukcja sie nie rozleciała. Potem pakujemy kurczaka w ciasto. Michał wybrał wersję “easy” (uuu, słabo, słabo), czyli zawinięcie mięsa w jednolity płat ciasta. Ja jak się domyślacie poszedłem ścieżką “hard” i owijałem kurczaczka paseczkami. Cóż, chciałem przykozaczyć i wyszedł mi mały Frankenstein, ale musiałem podjąc to wyzwanie (Breavehart jak nic).

 

W momencie gdy zawinęliśmy wszystkie piersi ciastem francuskim, ziemniaki powinny być gotowe. Posypujemy je przyprawą do grilla i wrzucamy na blaszkę (później trafią do pieczenia). Nasze zawijańce natomiast pakujemy do piekarnika (rozgrzanego uprzednio do 150 stopni) na 30-40 minut.

 

10 minut przed wyjęciem mięsa z piekarnika wrzucamy do niego ziemniaki, żeby się podpiekły.

 

Gdy kurczak dochodzi w piekarniku, kroimy pomidory, ogórki i szczypiorek, towrząc niespotykaną, wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju sałatkę (głównie chodzi o to, żeby były jakiekolwiek warzywa).

 

Mięso się upiekło, ciasto wyrosło, ziemniaki się spiekły…

 

Faszerowany kurczak w cieście francuskim jest gotowy!

Tak to wygląda. Moim zdaniem bardzo spoko, aczkolwiek po ugotowaniu okazały się dwie zaskakujące rzeczy:

  1. Ta niewinna porcja u góry, to za dużo jak na jednego człowiek. Serio! Ja jem całkiem sporo, a nie dałem rady zjeść całego i z bolącym sercem musiałem sobie zapakować połówkę “na potem”.
  2. Gdy wyjąłem na drugi dzień z lodówki tę zimną połówkę, okazało się, że kurczak faszerowany pieczarkami i serem w cieście francuskim jest lepszy na zimno, niż na ciepło! Dacie warię? No nie wpadłbym na to, że mięso może być lepsze zimne, niz gorące.

 

Bonus – jak oni robią te mega pro foty?

Te ultra zajebiste zdjęcia nie biorą się z nikąd. Raz, że dobry aparat, dwa, że statyw, trzy, że ekspozycja, cztery, że oświetlenie. Właśnie, oświetlenie. Jakich umiejętności związanych z ustawianiem ostrości byś nie miał, to jednak 1600 wat robi swoje. Gdyby nie parasole, to chyba byśmy tam oślepli od tej jasności. W chwili, gdy to zobaczyłem, przestałem mieć kompleksy, że moje zdjęcia nie są jak z książek kulinarnych. Ja po prostu nie mam parasoli…

(niżej jest kolejny tekst)

Olać czerstwe życzenia i równie nic niewnoszące podsumowania mijającego roku. Kogo dzisiaj obchodzi ile pieniędzy wydano na służbę zdrowia i z jakich obietnic przedwyborczych nie wywiązał się Tusk w 2012? Zapomnijmy na chwilę o rzeczach, na które nie mamy wpływu w tym momencie i wróćmy do problemów pierwszego świata (po raz kolejny zresztą). Skupmy się na dylemacie powracającym jak poniedziałek po niedzieli, i ustalmy co pijemy?

 

Orzechówka z mlekiem vs. wiśniówka z sokiem bananowym

Poza whisky z miodem i mlekiem, to moje 2 ulubione drinki. Nie dość, że umiem je samodzielnie wykonać, to jeszcze składniki są dostępne w każdym sklepie z zabawkami. Jeśli jeszcze nie piliście tych specjałów, to nadróbcie zaległości czym prędzej. Orzechówka z mlekiem smakuje jak Monte (dosłownie, pycha!), a wiśnia z bananem jak… coś po czym wiesz, że nie będziesz miał kaca. Lubię słodkie drinki, bo życie nie może być gorzkie. Kierując się tą zasadą, spróbowałbym czegoś nowego, słodkiego, prostego? Jakieś propozycje, co pijemy?

 

Perła Winter?

Gdyby ktoś wpadł na pomysł, że sylwester nie musi być z przytupem (bo nie musi) i można po prostu napić się piwka, to omijajcie Perłę Winter. Jest słodka, to fakt, ale na tym kończą się jej atuty. Tak jak Perła Summer, wali chemią na kilometr. Bierzesz pierwszego łyka i myślisz, że ktoś przy produkcji pomylił tanią oranżadę z piwem i nieumyślnie dolał do niej alkoholu. Bierzesz drugiego i zastanawiasz się czy napoje z Leader Price’a nie mają w sobie mniej emulgatorów, zagęszczaczy i sztucznych aromatów. Bierzesz trzeciego i wiesz, że nie uda Ci się dopić piwa do końca. Jeśli pijecie, to na własną odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Ps. Dzięki za wszystkie propozycje sylwestrowe, nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Strasznie miło, że można na Was liczyć :*

Kawałki, którymi jarałem się w 2012 roku

Skip to entry content

Sylwester już pojutrze (wiem, wiem, macie kalendarze). Myślałem, że moje poszukiwania epickiej domówki skończą się na tym, że sam będę musiał zrobić imprezę, ale odzew na mój apel zadziałał. I to lepiej, niż się spodziewałem! Dzięki, naprawdę nie spodziewałem się, że dostanę tyle zaproszeń. To bardzo, bardzo miłe. Przechodząc do konkretów, żeby sylwester był udany nie wystarczy kontener przyjaciół i zgrzewka środków odurzających. Musi być muzyka. Dobra muzyka!

Przed Wami 10 najlepszych kawałków, którymi jarałem się w mijającym roku. Absolutne kozaki, które zostają w głowie na długo po wyłączeniu. Playlista ułożona tak, żeby weszła łagodnie i przepaliła styki dopiero pod jej koniec. No to jedziemy!

 

#1 Hey – Wieliczka

Pierwszy singiel z nowej płyty rozkminiliśmy i z pozostałymi numerami już nie poszło tak gładko. Dalej nie mam pojęcia o czym jest ten kawałek, ale puśćcie go sobie o 8 rano wychodząc, do pracy/szkoły… Jest tak kojący, tak łagodnie wprowadza rytm dnia. Wychodzę na śnieg, zakładam słuchawki, puszczam “Wieliczkę” i czuję powiew lata. Co za lekkość!

 

#2 The XX – Chained

Ktoś jest w stanie odróżnić ich poszczególne numery od siebie, bez patrzenia w tracklistę? Równie dobrze mógłby tu się znaleźć każdy inny kawałek z płyty “Coexist” i nikt by raczej nie zauważył różnicy. Nie zmienia to faktu, że wszystkie płyną, delikatnie się sączą pozwalając słuchaczowi się porwać. Zabierają mnie ze sobą gdzieś daleko od bieżących zmartwień i w zasadzie nawet nie wiem kiedy. Tak, to właśnie świadczy o tym, że muzyka jest dobra.

 

#3 Lykke Li – Little Bit (AutoErotique Bootleg remix)

Tu dalej płyniemy, ale wpadamy już w rwący strumień. Utwór co prawda z maja 2011, ale odkryłem go dopiero miesiąc temu, więc jest w tym zestawieniu. Dobry na pierwsze, nieśmiałe zerwanie się z kanapy i sprawdzenie co się dzieje na parkiecie. To raz. A dwa, że mam do niego szczególny sentyment, bo przy oryginale wciąż wspominam swoją nieszczęśliwą miłość.

 

#4 Lana Del Rey – Summertime Sadness (Reich & Bleich remix)

W muzyce pop to jest rok Lany i nie powiesz, że nie. A to jest drugi dobry przykład, jak z kawałka do wczuty zrobić klubowy benger (pierwszy masz wyżej).

 

#5 Jamal – DEFTO

Soundtrack do tegorocznej majówki. Jedyny utwór, który wrzuciłem z klipem, bo w tym przypadku muzyka bez obrazu nie istnieje. Najlepszy polski teledysk 2012, jeśli nie w ogóle! Odbierając “DEFTO” słuchem i wzrokiem nie da się tego nie poczuć. Jest ktoś, kto się nie zgodzi?

 

#6 Starszy – Dzisiaj żyję

Po prostu pierwsze polskie dobre dicho! Rozpisywałem się na ten temat obszernie już tutaj, więc nie będę się powtarzał.

 

#7 DonGuralEsko – Trochę czasu (Robo3kz remix)

Nowa płyta Gurala jest co najmniej poniżej oczekiwań, żeby nie powiedzieć słaba, ale ten remix to kozak!

 

#8 Mixtura – Piętno + Grizzlee&Pezet

Jak to usłyszałem, to przestałem wciskać “repeat” dopiero jak nauczyłem się całego tekstu na pamięć. To pierwszy przypadek tak udanego rapowania pod drum’n’bass. Kto mógł to zrobić jak nie Pezet? A ten refren? Na rany Chrystusa, miód, miód, miód (miłość w zasadzie)! Nie byłem fanem Grizzleego ani EastWest Rockers, ale chyba zacznę.

 

#9 Borixon – Papierosy (Erionite remix)

To leciało w tym roku tyle razy, że musiało się pojawić. Nie policzę na placach rąk wszystkich moich znajomych ile melanży to nakręciło. Papierosy, które jaram!

 

#10 Pezet – Brutto czy netto

Paweł z Ursynowa po raz drugi. “Radio Pezet” to niekwestionowany hit i prekursor nowych trendów w rapie. Koniec i kropka (poczekajcie 2 lata, a zobaczycie, że reszta sceny też pójdzie tą drogą). Oprócz utworu z Bednarkiem, w zasadzie nie ma na tej płycie słabego momentu. I mimo, że szaleńczo jarałem się “Miejskim soundem” i “Supergirl”, gdy wyszły, to “Brutto czy netto” jest największym niszczycielem. Właśnie tak się rapuje pod dubstepy!

Podsumowując moje hity 2012, to jak łatwo można zauważyć, dominuje elektronika. I czy lubicie Skrillexa i Borgore’a, czy nie, to mają oni olbrzymi wpływ na współczesną muzykę i wątpię, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Oczywiście wszelkie indie-alternatywne brzmienia będą cieszyć się coraz większą popularnością, ale różnego typu “wiertarki” będą młócić jeszcze kilka dobrych. Idźcie i bawcie się przy tym wszyscy! Amen.

zdjęcie w nagłówku autorstwa Son Of Fugazi