Close
Close

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że dzieli ich wszystko.

 

Hank Moody jest wiecznym chłopcem.

To duże dziecko prowadzące hulaszczy tryb życia, bez stałego, poważanego przez społeczeństwo zajęcia, które zapewniałoby mu elementarną stabilizację. Zasadniczo nigdzie nie przynależy i nie obowiązują go żadne zasady ani normy poza tymi, które sam sobie wyznaczy. A i tych nie zawsze się trzyma – sypia gdzie popadnie i z kim popadnie. Mieszka w Los Angeles – mieście, gdzie pół nagie laski na rolkach jeżdżą cały rok, a temperatura nawet w zimie nie spada poniżej 15 stopni (to jest to!).

 

Don Draper jest filarem jednej z najpopularniejszych nowojorskich agencji reklamowych.

Cały dzień w biegu – spotyka się z rekinami biznesu, dopina kontrakty za grubą kasę, tworzy kampanie, które ogląda cały kraj. Jest poważnym i poważanym człowiekiem, który trampki widział tylko w reklamie konkurencji. Głowa rodziny utrzymująca willę, żonę i dwójkę dzieci (w tej kolejności). Dba o wizerunek bardziej, niż prezydent. Jak bardzo melanż by go nie poniósł, i z iloma kochankami by nie spółkował, zawsze wraca na noc do domu.

Mimo tylu różnic, mają jednak parę wspólnych wad.

 

Kto jest gorszym partnerem?

O tym, że Hank jest tragicznym chłopakiem/facetem/partnerem dowiadujemy się już w pierwszym odcinku.

Wierność zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. Jeśli ma okazję zaliczyć coś na boku i nie jest zbyt pijany by utrzymać erekcję, to z pewnością to zrobi. Młode, stare, brzydkie, ładne – nie ma różnicy. Ważne, żeby były chętne i nie narzekały na to, że ciągle chodzi w jednym t-shircie. Mimo, że nie umie utrzymać genitaliów za rozporkiem, to Karen – jego prawdziwa miłość – wszystko mu wybacza, godząc się z tym, że to po prostu taki typ człowieka.

 

Don zgrywa przyzwoitego męża, odpowiedzialną głowę rodziny, ale jest taki sam jak Moody. Może nawet gorszy.

W niektórych odcinkach zalicza więcej babeczek, niż główny bohater Californication przez pół sezon. Gustuje w wysoko postawionych kobietach biznesu, które zarabiają więcej od niego. Aczkolwiek jak trafi się jakaś biedniejsza Żydóweczka, to też sobie dziabnie. Rzadko flirtuje i rwie inne panny otwarcie. Najczęściej migdali się z nimi pod płaszczykiem spotkań biznesowych. Mimo, że zdradza jak nimfomanka na rauszu, (w miarę) skutecznie dba o to, by żona nie dowiedziała się o żadnym skoku w bok.

 

Wynik: wygrywa Draper!

Oboje cudzołożą bez opamiętania, jednak w przypadku Hanka to zdecydowanie wina Karen. Zamiast go zostawić na lodzie z przepitym pyskiem, wraca do niego jak dobrze rzucony bumerang. Widać lubi to. Gorszym partnerem zdecydowanie jest Don, ponieważ wielokrotnie, bezczelnie i bez cienia skruchy okłamuje żonę. Gdy Betty dowiaduje się, że ojciec jej dwójki dzieci złamał 6-te przykazanie, dość skutecznie wykrzykuje mu tytuł drugiego singla Sistars. Co ewidentnie świadczy o tym, że jej taka sytuacja nie odpowiada.

 

Kto jest gorszym ojcem?

Hank przegrał w kategorii “beznadziejny facet”, więc może uda mu się zrehabilitować w kwestii nieodpowiedzialnego ojcostwa?

Sypiał zarówno z koleżankami jak i nauczycielkami Becki, zdradzając przy tym jej matkę. Barwnie urozmaicił jej dzieciństwo, pokazując, że popęd jest najważniejszy bez względu na konsekwencje. Niejednokrotnie spotykał się z córką pod wpływem alkoholu bądź narkotyków (lub na zjeździe), udowadniając jej do jakiej ruiny mogą doprowadzić człowieka używki.

 

Teraz kolej na Dona, czy będzie podwójnym wygranym?

Sytuacja fok na Alasce bardziej go absorbuje, niż własne dzieci (a nie jest na szycie jego listy zainteresowań). Gdyby żył w dzisiejszych czasach widywałby je tylko na Facebooku. W domu jest gościem i to najczęściej nietrzeźwym. Jedyne frazy jakie wypowiada do swoich potomków to “do spania!” lub “zrób mi drinka”. Gdyby nie barmańska funkcja jego dzieciaków i fakt, że Betty czasem się na nie poskarży, chyba nie wiedziałby o ich istnieniu.

 

Wynik: znów Don Draper!

Moody jest książkowym przykładem patologii. Chodzącą puszką pandory. To fakt i nie ma za bardzo miejsca na polemikę w tym temacie. Jednak nie można mu odmówić troski o córkę. Co by się nie działo skacze za nią w ogień. Stoi za nią sztywno jak mur (berliński). Zawsze służy jej radą i pomaga w każdej sytuacji (nawet gdy jest w trakcie stosunku lub nietrzeźwy). Draper natomiast ma wywalone po całości. W jego świecie najważniejsza jest kasa i kochanki, a dzieci są tylko skutkiem ubocznym wadliwych prezerwatyw. Nie dba o nie, nie interesuje się, kompletnie nie poświęca im uwagi. Woli przespać się z 15-tą córką właściciela linii lotniczych, niż spędzić czas z synem. Dno dna!

 

Mamy zwycięzcę!

Don Draper mimo pozowania na zapracowanego faceta, który wypruwa sobie flaki dla rodziny, okazał się gorszym partnerem i ojcem. Alkoholik, dwulicowiec, kłamca i oszust – dyrektor kreatywny agencji reklamowej. Zdeklasował Hanka Moody’ego, który wydawało się, że jest czarnym koniem w kwestii degrengolady. Wypruty z moralności zdewaluował do zera wartość rodziny usprawiedliwiając wszystko trudnym dzieciństwem. Tak, mamy zwycięzcę!

<brawa i gratulacje>

(niżej jest kolejny tekst)

Szustkosky – człowiek orkiestra (post z aukcji WOŚP)

Skip to entry content

Pamiętacie akcję z postem dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którego mogliście wylicytować na Allegro? Ostatecznie poszedł za 150 złotych. Biorąc pod uwagę, że licytowały same osoby prywatne, to całkiem przyzwoity wynik, a na pewno największa kwota jaką do tej pory udało mi się wesprzeć Jurka Owsiaka.  Bałem się, szczerze mówiąc, kto wylicytuje tego posta i czy przypadkiem nie przyjdzie mi opisywać jakichś absurdalnych absurdaliów. Na szczęście los był się łaskawy (jak zwykle zresztą) i zwycięzcą aukcji okazał się zrównoważony gość, który poprosił bym napisał o jego kumplu.

 

Zdjęcia, relacje, wideo,

Szustkosky – brzmi dziwnie i z niczym się nie kojarzy. No może z jakimś ukraińskim szewcem, ale oprócz tego, że gość (jak podejrzewam) chodzi w butach, to raczej nie ma z nimi nic więcej wspólnego. Zajmuje się za to sztukami audio-wizualnymi, mówiąc najogólniej. Zaangażowany jest w kilka projektów, w których robi zdjęcia okazjonalne, okolicznościowe i te zupełnie bez okazji. Realizuje również różnego rodzaju filmiki, zapowiedzi, zajawki, wideorelacje i teledyski. Człowiek orkiestra tylko bez puzonu, można by powiedzieć.

 

Zdjęcia

Fotorelacje z imprez muzycznych, wydarzeń sportowych i innych eventów kulturalnych robi pod szyldem “Made by mind”. Reportażem ślubnym i zdjęciami okolicznościowymi zajmuje się natomiast pod własną ksywą (jeśli to odwrócone “k’ można traktować jak logotyp “Szustkoskyego”). Zdjęcia z “interracial wedding” bardzo udane.

 

Wideo

Szustkowsky reżyserowaniem, kręceniem i montowaniem również zajmuje się pod dwoma egidami. Pierwsza, to wcześniej wymienione “Made by Mind”, a druga to “Don’t Eat Yellow Snow” (piękna nazwa, cudowny przekaz). “Made by Mind” bardziej skupia się na teledyskach, trailerach i zapowiedziach wydarzeń około-muzycznych. “DEYS” natomiast dedykowane jest stricte sportom zimowym, także znajdziecie tam wideorelacje z zawodów snowboardowych i podobnych czynności, gdzie ludzie łamią sobie kończyny na śniegu.

 

A Twoja cegiełka?

Ten wpis, to moja cegiełka w budowaniu lepszego świata.

Dzieciaki i seniorzy dostali 150zł na potrzebne sprzęty do godziwego bytu. I nawet jeśli 20% z tego wziął sobie Jureczek, to nie mam nic przeciwko, bo gość robi dobrą robotę dla nas wszystkich i siedzi nad tym cały rok. Szustkosky – fotograf, kamerzysta, montarzysta, realizator dostał wsparcie promocyjne i mam nadzieję, że wieść o nim pójdzie dalej. Czemu? Bo gość się dwoi i troi żeby żyć z tego co lubi robić, zamiast narzekać, że siedzi w durnej robicie, której nienawidzi i odlicza dni do piąteczku.

Teraz Twoja kolej! Możesz się pochwalić co wystawiłeś na aukcję WOŚP, albo przypucować z jakimkolwiek innym dobrym uczynkiem, który sprawił, że świat będzie lepszy. I serio, nie ma tu nawet fałszującej nutki ironii. Mocno wierzę, że to co dajesz wraca do Ciebie (łącznie z przeprowadzaniem staruszek przez ulicę).

Co czwarty mój znajomy jest wytatuowany. Przynajmniej w jednym miejscu. Jedni mają wydziarane symbole odwołujące się do nauki, bądź mitologii, a drudzy określające ich sentencje. Jeszcze inni umieścili na swoich ciałach imiona partnerów. Moja niedawno poznana koleżanka chce sobie zafundować dadaistyczny obraz na ramieniu, a kumpela z akademika różę na nadgarstku. Kilku muzyków, których słucham ma rękawy składające się z abstrakcyjnych kształtów na obu rękach, natomiast na koncertach zdarzyło mi się widzieć psychofanów z ich podobiznami na łydkach. Dołóżmy do tego jeszcze Zombie Boya, który jest jednym wielkim, chodzącym tatuażem i mamy zasadniczo pełne spektrum pomysłów na dziarę (jeśli o czymś zapomniałem, to nie omieszkaj przypomnieć mi o tym w komentarzach).

 

Co dla mnie?

Zawsze gdy rozmowa w towarzystwie schodzi na temat tatuaży lub poznaję kogoś z tak efektowną dziarą, że nie sposób oderwać od niej wzroku, zastanawiam się, czy może ja nie pokolorowałbym sobie skóry. Zazwyczaj taka myśl nie trwa w moim umyśle dłużej, niż chwilę (czyli 7,16 sekundy). Mimo mojego zachwytu na niektórymi tatuażami ocierającymi się o dzieło sztuki, to jednak w większości przypadków, uważam, że to szpecenie się. Ewentualnie znaczenie się jak bydło na pastwisku.

Są jednak takie momenty, kiedy myśl o udekorowaniu się trwa trochę dłużej. Na przykład kwadrans lub dwa. Wtedy zawsze zastanawiam się, czy jest coś tak uniwersalnego i ponadczasowego, co chciałbym trwale nanieść na swoje ciało? Czy jest jakaś sentencja, hasło bądź symbol, który po 6 miesiącach wciąż będzie aktualny?

W moim życiu oprócz kilku fundamentalnych spraw, raczej większości rzeczy jest zmiennych i swobodnie ewoluuje wraz z czasem. W związku z tym, jedyne 2 hasła, które nie byłyby totalnie banalne i których nie musiałbym się wstydzić, bądź usuwać po kwartale, to:

  • “nikt nie wierzy we mnie bardziej, niż ja”
  • i “forever young”

Oba definiują moje podejście do życia i odwołują się do wartości, które wyznaję. Mimo, że są ze mną już dłuższy czas (jakieś 5 lat), to nadal nie mam przekonania do tego, żeby je sobie wytatuować. Głównie zastanawiam się na tym gdzie takie hasła mogłyby się znaleźć, żeby byłby dobrze widoczne dla mnie, ale jednocześnie nie biły po oczach napotkanych ludzi. Nadgarstki są chyba zbyt oczywiste, a przedramiona, to jednak za duża powierzchnia.

Macie jakieś pomysły?