Close
Close

Masz kota, paprotkę i 20 giga odcinków “Dr House’a”, ale czujesz, że w życiu może chodzić o coś więcej? Twój chłopak był całym Twoim światem, ale zostawił Cię dla innej (hultaj jeden) i egzystencja na tej planecie nie ma za bardzo sensu? Chciałbyś mieć tak zajebiste życie jak Justin Timberlake (możesz wstawić nazwisko kogokolwiek innego kim się jarasz), ale 8-godzinne przeglądanie Kwejka jakoś Ci w tym nie pomaga? Ciągle nie możesz sobie znaleźć dziewczyny, bo nie ma jej ani pod łóżkiem, ani w lodówce, ani za kubłem ze śmieciami?

 

Rusz tyłek!

W domu umierają ludzie. To stwierdzone, zbadane i udowodnione. Nie umieraj, wyjdź z domu! Wyjdź przejść się wokół bloku, wyjdź przejechać się na rowerze, wyjdź pobiegać z psem po parku. Wyjdź nawet na kółko różańcowe, ale zrób coś ze sobą i rusz w końcu cztery lity (żeby nie powiedzieć dupę)!

Tak, ja wiem, że nie masz przyjaciół ani znajomych, pies Ci zdechł, a Twoja miejscowość to zabita dechami dziura, w której nawet Boysi nie chcą grać i nie masz gdzie wyjść. Spoko. Możesz szukać wymówek i usprawiedliwiać swój marazm siłą wyższą – to wygodne i niewymagające. Możesz też wziąć sprawy w swoje ręce i zainteresować się tym, co dzieje się w Twoim mieście.

W każdym, ale to w każdym mieście są takie akcje jak:

  • kursy językowe
  • kursy tańca
  • kursy sztuk walki
  • kursy szycia/gotowania/projektowania/i-tysiąca-pięciu-set-innych-rzeczy
  • wieczorki literackie
  • parki/place zabaw/skwerki
  • spotkania z aktorami/pisarzami/politykami/i wszystkimi innymi “ami”
  • dyskusyjne kluby filmowe
  • wernisaże
  • kółka różańcowe (i bynajmniej nie jest to kpina)
  • spotkania blogerów

To co, dotarło, że już masz gdzie się podziać?

 

Ale po co?

Żeby poznać ludzi! Z kim przestajesz, takim się stajesz – to nie pusty slogan, to prawda. Jeśli otaczasz się nudziarzami bez pomysłów i ambicji nie dziw się, że Twoje życie to syf bez perspektyw. Im więcej osób poznajesz, tym większa szansa, że z jedną z nich coś zrobisz. Wpadniecie na genialny pomysł, założycie firmę i zarobicie kupę siana.

Nawet król gburów – Mark Zuckerberg – wychodził z domu w trakcie pracy nawet Facebookiem i spotykał się z ludźmi. Widziałeś “The social network”, wiesz, że na pomysł “statusu związku” nie wpadł sam. Gdy poznajesz nowych ludzi, wymieniacie się podglądami, doświadczeniami i pomysłami. Im częściej słuchasz historii osób, które są całkowicie inne od Ciebie, tym szersze masz spojrzenie na świat i tym łatwiej możesz znaleźć inspirację do zrobienia czegoś. Czegoś wielkiego!

Jeśli oczywiście nie zależy Ci na zostawieniu po sobie jakiejś monumentalnej spuścizny, to w porządku. Tacy ludzie też są potrzebni i nie mniej wartościowi, ale pamiętaj o tym, że we własny pokoju trudno poznać drugą połówkę (lub trzecią, czy czwartą – zależy kto ma jakie preferencje seksualne). Żeby ją znaleźć musisz zacząć szukać, a to wiąże się z tym, że Twoje pośladki będą musiał na dłuższą chwilę oderwać się od fotela. Dasz radę?

 

Testowane na ludziach

Gdy byłeś dzieciakiem wychodziłeś na podwórko i grałeś w piłkę, gumę, puszkę, rozciągańca albo stawiałeś zamki z piasku. Cokolwiek to nie było, to poznawałeś inne dzieciaki. Po prostu. Bez większej filozofii. Wymienialiście się foremkami, łopatkami, piłkami, karteczkami i milionem innych zabawek, poznając się przy tym i zawiązując relacje. Mocniejsze lub luźniejsze, ale ciągle tworzyłeś jakieś nowe relacje. Co zmieniło się od tamtego czasu?

Zapomniałeś już jakie to proste?

Jeśli tak, to spróbuj starej, dobrej sztuczki – wyjdź z domu!

To działa. Serio.

(niżej jest kolejny tekst)

Fly Style #1 – Futro, skóra i śnieżna kula

Skip to entry content

Pozazdrościłem ostatnio bardzo mojej nowej koleżance Plamce (warto zajrzeć na jej bloga nie tylko ze względu na świetne nogi). Głównie tego, że pod każdym postem na blogu ma dużo komentarzy. Bardzo dużo. Gdzieś z 5 razy więcej, niż ja. Co mi pozostało zrobić, żeby zazdrość nie zamieniła się w zawiść? Zostać szafiarzem!

W zdjęciach pomagał mi mój przyjaciel malarz i oprócz tego, że drugi raz w ciągu jednego miesiąca wyszedłem z domu (obalając przy tym mit blogera), doznałem też pewnego odkrycia. Bandaż na twarzy w zimie to świetna sprawa! Serio! Od początku listopada nie było mi tak ciepło, a przy okazji bezdomni bali się mnie zaczepiać. Polecam, to większy “must have” tego sezonu, niż czapka z futerkiem.

 

Śnieżki

Przy okazji tematów około-zimowych – wiem, że jest zimno, ciemno i strasznie. Wiem to najbardziej jak się da, bo mieszkam w kamienicy i przed zaśnięciem modle się o choćby 2 stopnie więcej. Ale, ale… Zimę można sobie osłodzić i to jak! Nieważne, czy masz 18 lat, czy 35, przypomnijc sobie jak miałeś 7 i największą frajdą w ciągu całego dnia była bitwa na śnieżki. Ile radości sprawiało rzucenie w sąsiada kulą śniegu (albo chociaż w jego okno).

Dzisiaj w Krakowie był dzień lodowiska. Do południa padał deszcz, a popołudniu zamarzł tworząc ze wszystkich chodników i ulic ślizgawkę. Ludzie marudzili pod nosem albo donośnie przeklinali dając wyraz swojej dezaprobacie wobec zaistniałej sytuacji. Ja się jarałem! W podstawówce trzeba było się nie lada nastarać, żeby zrobić choć 3 metrową ślizgawkę, a tu lodowisko na powierzchni całego Krakowa, ot tak! Ekstra!

Tarantino + DiCaprio = “Django”

Skip to entry content

Na “Django” napalałem się od dawna, i tak jak pisałem Wam na fapejdżu, kilkadziesiąt innych osób też. Nie jestem fanem westernów, trailer raczej ostudził mój zapał, niż wzniecił, a jedyny dobry film jaki widziałem z Jamiem Foxxem (główny bohater), to “Ray” sprzed 8 lat. Mimo to, nie wyobrażałem sobie jak mógłbym nie pójść na tę premierę do kina. Poszedłem pełen obaw i pierwsze co mi się nasunęło, to to, że…

 

Nikt nie zabija jak Tarantino!

Barwne eksterminacje, to zawsze jeden z największych walorów jego filmów. To pieczołowite odcinanie kończyn, wyniosłe miażdżenie czaszek, niemal poetyckie rozrywanie ciała na strzępy. W filmach innych reżyserów ludzie po prostu umierają. U Quentina zabójstwo podniesione jest do rangi sztuki i nie brak tego też w “Django”. Cudownie rozbryzgująca się krew z konających zwłok, jest obecna w większości kluczowych scen. Jak wspomniałem, to western, więc zabijanie ludzi bronią palną pewnie Was jakoś specjalnie nie zaskoczy. Żebyście nie wyszli z kina uczuciem niedosytu, Tarantino przygotował dla Was takie smaczki jak rozszarpywanie okaleczonego człowieka przez psy. Od razu lepiej, prawda?

 

Nie bierz DiCaprio do filmu. Ukradnie Ci film

Leonardo rolą w tym filmie, utwierdził mnie po raz kolejny w przekonaniu, że tak jak Eminem jest najlepszym raperem, tak on jest najlepszym aktorem. Bezapelacyjnie i bezterminowo. Ten gość potrafi zagrać wszystko! Gdyby kazali mu zagrać miękki kamień, to podejrzewam, że też nie miałby z tym większych problemów. To jaką ekspresją operuje w tym filmie, przerasta Ryana Goslinga, czy Johnnego Deppa o 3 życia. I żeby nie było nie porozumień – nic do nich nie mam. Ba, uważam, że są świetni i bardzo ich lubię, ale DiCaprio to zupełnie inna kategoria.

Z jednej strony to plus, z drugiej minus. Minus, bo zupełnie deklasuje pozostałych aktorów. O ile jeszcze Christoph Waltz jest zauważalny i dopóki nie pojawia się Leo, gra pierwsze skrzypce, o tyle Jamie Foxx zupełnie blednie w jego świetle świetle. Gdyby nie fakt, że Jamie gra głównego bohatera, to od momentu, w którym na ekranie pojawia się blondas z Kalifornii, nie wiem czy pamiętałbym o jego istnieniu.

Pozostali aktorzy grają bardzo poprawnie. Niestety nie dają większych powodów do “ochów i achów” i nie pomagają im w tym też czerstwe dialogi. Nie uświadczysz tu kanonady ciętych ripost i rezolutnych point. Przez pierwszą połowę miałem momentami wrażenie, że film się ciągnie jakby złapał gumę (a przez drugą jakby jechał na kole zapasowym). Na szczęście, przeciętny scenariusz nie dostarczał męczarni podczas seansu, jak w przypadku “Bejbi blues”.

 

Beztroska rozrywka czy głęboka refleksja?

Wielu postrzega filmy Tarantino jako rozkoszną rozpierdziuchę z latającymi flakami. Tak jest (i za to go kocham!), ale nie do końca. Może się to wydawać niewiarygodne, ale te filmy mają drugie dno. Tak jak w “Bękartach wojny” ukrytym przesłaniem była zemsta uciemiężonych żydów na Niemcach, tak w “Django” czarnoskórzy niewolnicy odgrywają się na białych panach. W naszej szerokości geograficznej po emisji tego filmu nie spodziewałbym się jakiejś ożywionej dyskusji na temat dyskryminacji rasowej, ale w Stanach podejrzewam, że takie sytuacje miały miejsce. Bo mimo, iż od czasów niewolnictwa minęło kilka stuleci, to wciąż zbyt mało by o tym zapomnieć.

 

Tarantino się starzeje?

Takie pytanie zacząłem sobie zadawać po obejrzeniu “Djnago”. Oczekiwałem, że film zmiecie mnie z powierzchni ziemi, a ledwie mnie rozkołysał, bo o poruszeniu nie ma mowy. Dialogi słabe, scenariusz niepotrzebnie rozciągnięty na prawie 3 godziny i jeszcze wyrzuty moralne. Pierwszy raz spotykam się z tym (aczkolwiek możliwe, że pierwszy raz zwróciłem na to uwagę), żeby jakiś zabójca u Quentina w filmie miał sumienie. Przecież to nie przystoi! Jak uśmiechnięty łowca głów, w jednej z końcowych scen, może się wzdrygać na myśl o bestialsko rozszarpanym afro-amerykaninie? Przecież to zbyt ludzkie jak na tego reżysera, nieprawdaż?