Close
Close

Wychodzenie z domu działa. Czasem aż za bardzo.

Urodziłem się w Thouars, wychowywałem w Sosnowcu, studiowałem chwilę w Katowicach, od dłuższego czasu mieszkam w Krakowie. Mam 6 różnych indeksów z 4 różnych uczelni. Mieszkałem w 3 akademikach i w 7 mieszkaniach. Od 16-go roku życia 18 razy zmieniałem pracę. Średnio raz w tygodniu jestem na jakiejś imprezie/koncercie/konferencji/spotkaniu tematycznym.

 

I co z tego?

To, że ciągle poznaję więcej ludzi, niż bym się spodziewał i był w stanie przyswoić. Przy czym to poznawanie jest często symboliczne i bywa, że ogranicza się do:

X: Cześć, jestem Czesiek.

Y: A ja Wiesiek.

X: No to cześć.

Nie żebym był jakimś gburem, ale takich ludzi nie rejestruję, a ich imienia nawet nie staram się zapamiętać. W zasadzie to zapominam je już w momencie, gdy je wymawiają. Jak idę na domówkę, gdzie jest więcej, niż 15 osób, to nawet się nie przedstawiam. Bo kogo obchodzi czy jestem Grzesiek, czy Leszek jeśli widzi mnie pierwszy i najprawdopodobniej ostatni  raz w życiu?

Gorzej jednak, gdy widzimy się ten drugi raz.

 

To my się znamy?

Zdarza mi się to mniej więcej raz w miesiącu. Idę sobie beztrosko na jakiejś spotkanie towarzyskie, żeby zluzować poślady i przestać się martwić o wszystkie ginące gatunki zwierząt. Witam się z ludźmi i widzę jedną jedyną nową twarz. Przedstawiam się, bo jesteśmy w tak kameralnym gronie, że na pewno będziemy ze sobą rozmawiać. I słyszę ryk. Oburzony ryk niedźwiedzia wyrwanego z zimowego snu:

ALE PRZECIEŻ MY SIĘ ZNAMY!!! ZNAMY SIĘ, ZNAMY, ZNAMY!!! JAK MOŻESZ NIE PAMIĘTAĆ, ŻE SIĘ ZNAMYYYYYYYYY!?!?!?

Najczęściej okazuje się, że poznaliśmy się 15 lat temu na domówce u kuzyna kolegi znajomego siostry chłopaka mojej kumpeli, która wkręciła mnie na krzywy ryj. Oburzona, warcząca niedźwiedzica była jedną ze stu pięćdziesięciu pseudo-hipsterek w zerówkach, a teraz dla odmiany wygląda jak początkująca Ally McBeal. Jak bardzo racjonalnie uzasadnione by to nie było, ona i tak nie może pojąć, jak śmiałem jej nie poznać.

No jak, jak, jak?

 

Śmiać się, płakać, czy przepraszać?

Kiedyś wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś mnie zapamiętał (mimo, że ja nie mam najmniejszego pojęcia kim on jest) to znaczy, że zrobiłem dobre pierwsze wrażenie. I może nie warto go niszczyć. Więc trzeba posypać głowę popiołem, ukorzyć się, paść do stóp i wyłkać „przepraszam, to dlatego, że nie wziąłem dziś rano lecytyny”.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że chyba nie ma tyle popiołu na świecie i jednak trzeba to załatwiać jakoś inaczej.

Później naszła mnie refleksja, że jeśli nie zapamiętałem czyjegoś imienia, twarzy, ani wielkości miseczki, to znaczy, że chyba nie było takiej potrzeby. Skoro dana osoba nie była na tyle interesująca wizualnie bądź intelektualnie, żeby moje neurony zrobiły dla niej miejsce w zwojach mózgowych, to po co udawać, że wolałbym by było inaczej? Nie pamiętam Cię i już.  Widać nie dałaś mi żadnego powodu, bym miał za co Cię pamiętać.

Kiedy sytuacja jest odwrotna i ktoś patrzy na mnie jak psychofan Apple’a na telefon z Androidem, to nie mam do niego pretensji, że mnie nie poznaje. I nie liczę, że będzie udawał, że wie kim jestem. Wiem, że jeśli ktoś miałby tu orzekać o czyjejś winie, to spadłaby ona na mnie. Bo niby czyja to wina, że byłem na tyle zwykły, nijaki i niewyróżniający się z tłumu, że mój rozmówca nie odnotował mojego istnienia?

(niżej jest kolejny tekst)

Wywołaj kryzys na Facebooku w 5 minut

Skip to entry content

Kiedyś w jakiejś trzecioligowej stacji zaproszono Korwina-Mikke na wywiad (te mainstreamowe nie są nim zainteresowane). Rozmowa w pewnym momencie zeszła na kwestie związane z posiadaniem broni. Korwin oczywiście był za, twierdząc, że każdy kto ma taką potrzebę, powinien móc kupić sobie pistolet. Pokazowo zdziwiona dziennikarka spytała go, czy wie z czym by się to wiązało i czy nie boi się, że ludzie mając wolny dostęp do karabinów, zaczęliby się masowo zabijać. Janusz skontrował, że mężczyźni mając masowo dostęp do penisów, nie są z tego tytuły automatycznie gwałcicielami.

I słuszne jest to stwierdzenie, bo ludzie mając dostęp do zapałek i benzyny nie podpalają wszystkiego co się rusza, tylko i wyłącznie z powodu możliwości zrobienia tego.

 

Otwieram Puszkę Pandory

Na co dzień staram się trzymać założenia, że ludzie z natury są dobrzy. A przynajmniej, że nikt nie jest z natury zły. Choć jak każdy, miewam momenty, że rzucam w nasz gatunek tekstami równie elokwentnymi, co kwestie Bogusława Lindy w “Psach”. Tak czy inaczej, postanowiłem, że nie będę bazował na przypuszczeniach, a sprawdzę jak to z tymi ludźmi faktycznie jest.

Czy bliżej nam do Matki Teresy z Kalkuty, czy raczej do Damiena z Omenu?

Żeby się o tym przekonać, nie rozdam każdemu po bazooce (zamknęliby mnie za to do więzienia). Dam każdemu po paczce petard i zobaczę czy ktoś odpali je na szkolnym korytarzu.

Za chwilę dowiesz się jak w 4 krokach wywołać profesjonalny kryzys na Facebooku. Możesz dzięki temu przyprawić niejednego junior brand managera o poważny ból głowy, i sprawić, że o Twojej akcji napisze Mediafun. A już na pewno NaTemat, oni kochają rozdmuchiwać nawet nawet najbardziej błahe aferki. Możesz też nie zrobić nic. Bo niby czemu, bez żadnego konkretnego powodu i z premedytacją, miałbyś komuś szkodzić?

 

Krok #1: wybierz cel

Jeśli chcesz wywołać kryzys w mediach społecznościowych, to musisz wybrać markę, której działania w ogóle kogokolwiek interesują. Atakowanie lokalnych biznesów typu “Pierogi u Zosi”,  “Kawiarnia u Zenka”, czy “Warzywniak Dorotki” zupełnie nie ma sensu. Po pierwsze – nikt tego nie zauważy, po drugie – po co ktoś miałby o tym mówić?

Musisz wybrać na tyle duży cel, żeby jego paniczną szamotaninę ktokolwiek zobaczył i chciał się nią zainteresować. Marki (i fanpejdże) wielkości “McDonald’s Polska”, czy “Starbucks Polska” będą w sam raz. “Alma24” też się jeszcze załapie.

 

Krok #2: sklonuj fanpejdż

Jeśli już wiesz komu chcesz zafundować bezpłatny wpis na większości branżowych blogów, musisz sklonować jego fanpjedż. Znaczy to tyle, że musisz założyć stronę na Facebooku, która będzie nazywać się dokładnie tak jak oryginalna i mieć tę samą grafikę w avatarze. Tyle. Nie musisz uzupełniać żadnych szczegółowych informacji, ani zaprzątać sobie głowy choćby ustawieniem zdjęcia w tle.

Niektóre marki zablokowały możliwość tworzenia duplikatów, ale większość wciąż beztrosko otwiera przed Tobą tę furtkę.

 

(Profil Playa posłużył mi tylko za przykład do zdjęć i w żadnym wypadku go nie atakowałem. Na marginesie to jedna z lepiej odnajdujących się marek w mediach społecznościowych.)

 

Krok #3: napisz niekorzystny komentarz

Czas na przejście do ataku właściwego. Przelogowywujesz się na sklonowany profil i wchodzisz z niego na oryginalny fanpejdż marki, której wizerunek z jakiegoś powodu chcesz nadszarpnąć. Rozglądasz się po tablicy i szukasz czegoś co można niedyplomatycznie skomentować.

Idealnie, gdy marka ma widoczne okienko z postami innych użytkowników. Na 70% większością z nich będą pytania, reklamacje i zażalenia. W tej sytuacji wystarczy, że na czyjekolwiek pytanie odpiszesz “wal się <imię autora pytania>”, bądź “takich ja ty tu nie obsługujemy”.

Gdy nie ma postów innych użytkowników, zostaje Ci włączenie się do dyskusji pod jakimś aktualnym statusem. Dobrze aby Twoja wypowiedź obrażała czyjeś uczucia religijne, jakąś grupę społeczną, mniejszość etniczną bądź seksualną. A najlepiej wszystko na raz. Wtedy będziesz miał stuprocentową pewność, że ktoś poczuje się dotknięty Twoim komentarzem.

 

 

Krok #4: puść info w świat

Niestety, pisząc z duplikatu profilu inni użytkownicy biorący udział w dyskusji nie dostaną notyfikacji o Twoim komentarzu. Musisz na własną rękę powiadomić całego Facebooka o tym, co właśnie zaszło. Nie martw się, nie jest to wcale trudniejsze, niż sabotaż, który przed chwilą przeprowadziłeś.

Żeby niefortunny komentarz stał się zalążkiem kryzysu, wystarczy, że:

  • wkleisz print-screena do siebie na tablicę z dopiskiem “OMG!!!”, “WTF?!?!” lub “ale jaja to teraz <marka x> ma przerąbane”.
  • wrzucisz print-screena na Kwejka, Mistrzów i 3 inne strony z głupkowatymi obrazkami
  • umieścisz linka na Wykopie wraz z nagłówkiem “<marka x> znów w tarapatach” lub “<marka x> obraża Azjatów/rolników/Katowiczan/kogokolwiek innego kogo obraziłeś w swoim komentarzu”.

Przy dobrych wiatrach, zanim ktokolwiek zauważy, że cytowaną wypowiedź zamieszczono ze sklonowanego konta, Twój wykop będzie już na głównej.

Masz już całą niezbędną wiedzę, aby wpisać się trzema szóstkami w historię kryzysów na Facebooku. Możliwe, że będziesz cytowany na ogólnopolskich konferencjach, a Twoja destrukcyjna akcja przebije się nawet do prasy. Czas sprawdzić czy gdybyś miał pistolet powystrzelałbyś wszystkich na swojej ulicy. Czas zadać pytanie, które tliło Ci się w głowie od początku tekstu…

 

I co teraz zrobisz?

Wiecie  o mnie sporo. Pokazuję Wam jak żyję, jakiej muzyki słucham, co jem i jakie mam poglądy. Wiecie, że mieszkam w Krakowie, jaram się Justinem i DiCaprio, i z dystansem podchodzę do tatuaży.

A co ja wiem o Was? W zasadzie tylko tyle, że jest Was około 28 000 i że spędzacie średnio 4 minuty na blogu. To niewiele. Bardzo niewiele biorąc pod uwagę, że jesteście moją motywacją do prowadzenia bloga.

Zmieńmy to!

Przygotowałem badanie (w zasadzie, to zwykłą ankietę, ale badanie lepiej brzmi), z którego dowiemy się kim jest statystyczny czytelnik Stay Fly i co sądzi o blogu. To dla mnie ważne, żeby wiedzieć do kogo piszę, przede wszystkim by móc robić to lepiej. Nieobojętnie podchodzę też do Waszej oceny mojej twórczości, bo nie czarujmy się – bez Was nie byłoby mnie.

Czytelniku, daj się zbadać, daj się poznać!

Przygotowałem dla Ciebie (i siebie) 17 pytań, które pomogą mi w rozwoju bloga. Dzięki Tobie dowiem się rzeczy, które istotnie wpłyną na tematykę i formę wpisów, co będzie korzyścią dla nas obu. Badanie będzie otwarte przez 7 dni, a po jego zakończeniu wyniki przedstawię w osobnym wpisie.

So let’s begin!