Close
Close

“Poradnik pozytywnego myślenia” – dlaczego nie warto?

Skip to entry content

Tydzień, czy dwa tygodnie temu byłem na “Poradniku pozytywnego myślenia”.

Już sam tytuł mnie odrzucał, ale tyle szumu było wokół tego filmu (i ta podnieta Jennifer Lawrence), że nie mógłbym tego nie sprawdzić. I sprawdziłem. I totalnie nic specjalnego. Z 10 minut po wyjściu z kina zastanawiałem się skąd taka podjarka tym filmem, po czym zapomniałem, że w ogóle na nim byłem… aż trafiłem na recenzję Andrzeja z jestKultury. Wtedy przypomniało mi się, że te 12 złotych co je miałem w portfelu, a ich nie ma, to to chyba poszło na to.

Andrzejowi na tyle podobał się ten film, że rekomenduje go swoim czytelnikom. Szanuję to, ale na mnie kompletnie nie zrobił wrażenia (na szczęście żyjemy w takie szerokości geograficznej, że ludzie nie muszą się ze sobą zgadzać). No może z raz, czy dwa zawiesiłem oko na buźce i cyckach Jennifer, ale w skali dwugodzinnego seansu, to nic. Jeśli natomiast przyłożylibyście mi nóż do gardła (albo zaczęli puszczać “Ona tańczy dla mnie”) oczekując jednoznacznej odpowiedzi, to powiedziałbym Wam żebyście olali ten film.

“Poradnik pozytywnego myślenia” zasługuje na krótkie, ciepłe ziewnięcie, ponieważ:

 

Po pierwsze – już widząc plakat wiesz jak skończy się film

A jeśli nie widziałeś plakatu, to po pierwszych 15 minutach masz stuprocentową pewność, że dwójka głównych bohaterów będzie razem. Fabuła jest prowadzona liniowo i naiwnie. Jest kilka pseudo zwrotów akcji, łącznie z końcowym “wielkim zaskoczeniem”. Jeśli Twoja panna jest fanką komedii romantycznych i katuje Cię wszystkimi nowościami wypuszczanymi w okolicach  14-go lutego i 8-go marca, to możesz obejrzeć ten film nawet bez napisów. I tak będziesz wiedział co się stanie.

 

Po drugie – psychole?

Piarowa (tak się pisze to słowo?) otoczka wokół filmu bazuje na tym, że dwóch psycholi spotyka się i blablabla, po czym blablabla i zakochuje się w sobie. Sorry, ale Cooper i Lawrence są takimi świrami w tym filmie, jakim Pitbull jest raperem. Już Freddie i Effy ze Skinsów byli bardziej psycho, niż Ci wcześniej wymienieni. Mają problemy emocjonalne – jak każdy. Może troszkę większe, niż ludzie mają to w zwyczaju przyznawać, ale żeby zrobiło to na mnie wrażenie? No nie bardzo. Co innego Christina Ricci i Justin Timberlake w “Jęku czarnego węża”.

 

Po trzecie – aktorzy drugoplanowi

Jest tam ktoś poza De Niro? Możliwe, że nie przetarłem okularów przed seansem, ale nie widziałem tam nikogo innego.

 

Po czwarte – przesłanie

Film niesie przekaz, to fakt.  Mówi o tym, że nie należy uzależniać sensu egzystencji od drugiego człowieka. Że wartość życia powinna być w nas samych, a nie w tej drugiej wyśnionej/przeidealizowanej osobie. Że bez niej też się da żyć i gdy ona znika/ma innego/ma Cię dość, to niebo nie spada na głowę. Tyle, że ten morał/puentę/wniosek znasz już od 3 miesięcy, jeśli czytasz Stay Fly od 26 grudnia (albo dłużej, jeśli jesteś ogarnięty). Jeśli nie znasz, to przeczytaj sobie tego posta i daj lajka w podzięce za oszczędzony hajs na kino.

 

A książka?

Jeśli czytałeś, to możesz napisać w komentarzach, czy jest równie taka se jak film, czy jednak troszkę bardziej poruszająca. Jeśli nie, to możesz zgodzić się ze mną, że widząc 10 komedii romantycznych, nie ma żadnego powodu, by “Poradnik pozytywnego myślenia” był jedenastą.

(niżej jest kolejny tekst)

8 powodów dla których nie warto popełniać samobójstwa na wiosnę

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest CubaGallery

Podobno jest coś takiego jak przesilenie wiosenne. Że niby ludziom robi się gorzej, bo jest lepsza pogoda. Temperatura się podnosi, przyroda budzi się z zimowego snu, a motywacja do życia spada i ludzie zaczynają świrować. Dla mnie to brzmi jak wymysł branży farmaceutycznej, stworzony tylko po to, by mogli sprzedawać leki na depresję nie tylko zimą, bo nie mieści mi się w głowie jak można mieć doła na wiosnę.

Tak czy inaczej, jeśli kogoś z Twoich znajomych dopadnie w najbliższym czasie ekstremalnie słabe samopoczucie, podrzuć mu ten tekst. Odbieranie sobie życia o każdej porze roku jest głupotą, ale w okolicach 21 marca wybitnie, bo…

 

Po pierwsze, udało Ci się przetrwać zimę!

Jeśli dałeś radę przetrzymać zimę i te wszystkie słoty, śniegi, szarugi i resztę syfu, który zabiera słońce, to teraz będzie już tylko lepiej. Najgorsze masz już za sobą. Wygrałeś bitwę z naturą i w pełni zasłużyłeś by się upajać tym zwycięstwem. Wygrałeś los na małej loterii, szkoda byłoby nie odebrać nagrody, co?

 

Po drugie, krótkie spódniczki i głębokie dekolty

Przejść się wiosną przez Szewską – bezcenne. Stary, te wszystkie laski, które chodziły opatulone od stóp do głów przez pół roku, teraz zrzucają kokon. Gdy tylko temperatura zaczyna przekraczać 10 stopni, masz lepszy pokaz, niż na targach bielizny. Hipsterki, yuppies, blachary, dzieci kwiaty, studentki elektronicznego przetwarzania informacji – pełen zestaw. Nawet na RedTube nie ma takiego wyboru, a Ty chcesz z tego zrezygnować?

 

Po trzecie, rower

W końcu nie ma śniegu,  można spokojnie wyciągnąć 2 kółka i śmigać. Mało jest rzeczy, które sprawiają taką przyjemność jak rower, ale szerzej rozpisywałem się na ten temat tutaj. W ostateczności, możesz też wyjść na rolki albo pograć w zośkę.

 

Po czwarte, seks na łące

Próbowałeś? Nie? No to masz świetny powód żeby nie umierać, bo to atrakcja w życiu, która nie powinna ominąć nikogo. Weź swoją towarzyszkę na piknik do Ojcowa, wyłóżcie się na jakiejś dzikiej polance i… dalej Ci już chyba nie muszę mówić co masz robić. Po takiej wycieczce, z powrotem wróci Ci ochota na egzystencję, a na pewno na wypady za miasto.

 

Po piąte, seks na plaży

To tak na wszelki wypadek, gdyby poprzedni powód nie pomógł.

 

Po szóste,  podróż stopem

Założę się, ze zawsze chciałeś to zrobić, ale czegoś Ci brakowało. Jeśli nie kompana, to czasu lub odwagi. Zamiast się zabijać, lepiej zrealizować odkładane na później pragnienie. Zwłaszcza, gdy pogoda sprzyja i nie narażasz się na śmierć przez zamarznięcie, podczas czekania na transport. Każda podróż poszerza horyzonty i zmienia postrzeganie świata. A nuż, ta odmieni Twoje nastawienie do życia?

 

Po siódme, śniadanie wielkanocne

Nie jestem specjalnie wierzący, ale i Wielkanoc i Boże Narodzenie obchodzę. Nie ze względu na wartości religijne, oj nie. Głównie dlatego, że te dni to jednak element naszej kultury i tradycja. To jedno, a drugie, że zwłaszcza w Wielkanoc, jest dobra szama. Szyneczki, kiełbaski i jajeczka na 1000 sposobów, ja bym tego nie przepuścił, a Ty?

 

Po ósme…

No właśnie, co po ósme drogi czytelniku? Ja Ty byś przekonywał pochmurne umysły, że seppuku na wiosnę, to jednak słaby pomysł? Który z atutów najpiękniejszej pory roku wykorzystałbyś w negocjacjach z potencjalnym samobójcą?

Jaką pracę możesz dostać na pierwszym roku?

Skip to entry content

Wiadomo, że pieniędzy jak dobrego jedzenia – nigdy zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy utrzymujesz się głównie sam, do tego studiujesz i chciałbyś wyjść na miasto częściej, niż w urodziny i walentynki. Wybierzemy się w sentymentalną podróż do czasów, gdy miałem 20 lat, zmieniałem pracę co 2 miesiące i myślałem, że po skończeniu UEKu z miejsca zostanę prezesem Motoroli.

Po pierwsze, powiedzmy sobie, że będąc nieopierzonym pierwszoroczniakiem, nie masz zbyt szerokiego wyboru ofert pracy. To znaczy teoretycznie masz, bo zakres prac, które możesz dostać rozciąga się od ulotkarza do telemarketera, ale niektóre z nich są beznadziejne. A inne jeszcze gorsze. A na obu końcach jest właśnie wciskanie ludziom abonamentów przez telefon i zaproszeń do klubów na ulicy.

Dobre fuchy, które możesz załapać jako studenciak-świeżak są raptem dwie, ale przejdźmy przez wszystkie najbardziej kluczowe.

 

Ulotkarz

Biorą wszystkich, którzy mają choć jedną rękę i nogę. Żeby naganiać ludzi na piwko z wiśniówką za piątkę nie potrzeba więcej. W ogłoszeniu będzie oczywiście napisane „promotor klubu”, ale nie licz, że liźniesz coś z zagadnień marketingowo-PRowych. Raczej nauczysz się bycia bezczelnym i nachalnym.

Plusy: masz pretekst żeby podejść do każdej (ale to każdej) dziewczyny w zasięgu swojego wzroku. Niezależnie czy idzie po chodniku z żywym kalendarzem Pirelli, czy też sama, masz świetny powód żeby do niej podejść i zagadać. Uczysz się otwartości, kontaktu z ludźmi i bezczelności, co wielokrotnie w życiu Ci się przyda.

Oprócz tego, pracując jako ulotkarz dla jakiegoś klubu poznajesz resztę załogi, czyli bramkę i barmanów. Jeśli dobrze się skumacie, ci pierwsi mogą Ci kiedyś uratować tyłek, ci drudzy dadzą Ci  pić za frajer. Póki nie zmienisz pracy na lepiej płatną, wielokrotnie to docenisz.

Minusy: nagabujesz najczęściej już pijanych ludzi, żeby upodlili się jeszcze bardziej i nieraz wysłuchujesz ich żenujących dowcipów i obelg pod adresem swojej osoby. Bywa, że słuchasz tego bełkotu w słocie, śnieżycy i ogólnej pizgawicy, i czy masz mokre buty, czy dziurawy parasol, to musisz stać. Stać i pracować.

 

Kelner

Jedyna praca, w której ktokolwiek kiedykolwiek mnie zwolnił. Było to w drugim tygodniu po przyjeździe do Krakowa. Kelnerzyłem w Dominium w Galerii Krakowskiej na -1, co oznaczało, że zbierałem zamówienia, nosiłem placki, robiłem kawki, herbatki i wydawałem resztę. Aż w pewien poniedziałek przychodzę do pracy, a pan menago, jak gdyby nigdy nic, mówi mi:

Menago: Wiesz co… już nie będziemy współpracować.

Ja: Co? Ale co to znaczy?

Menago: No już tu nie pracujesz.

Ja: Ale jak to, coś zrobiłem źle? Dlaczego? Czemu? Chyba nie chodzi o te martwe płody w lodówce? Mogę to wyjaśnić.

Menago: Yyy… no wiesz, praca w pizzeri to jest zespół. Nie pasujesz do zespołu.

Ja: Aha.

Ani w innych restauracjach, ani w biurze nieruchomości, ani w żadnym portalu internetowym, ani nigdzie indziej, gdzie miałem okazję pracować nie usłyszałem równie mocnego hasła. No cóż, widać pracy za piątkę na godzinę nie da się wykonać bez bliżej niedookreślonego “pasowania do zespołu”.

Plusy: masz na bieżąco kasę z napiwków na życie i raz w miesiącu wypłatę, która starcza na takie głupoty jak czynsz za mieszkanie. Jeśli jesteś kolesiem i pracujesz na ogródku, w sezonie zarabiasz średnio 150zł za dzień. Jeśli dziewczyną i opanowałaś kombinację push-upu z odpowiednim cieniem do powiek i szminką, to stówę więcej. Najczęściej też jesz przyzwoitą szamkę za darmo lub ćwierć-darmo.

Minusy: harujesz po 10-12 godzin, bez przerwy dłuższej niż na siku (kupka zdecydowanie odpada). Jesz przed albo po pracy, w trakcie nie ma czasu na takie błahostki. Jesteś zbyt zajęty pilnowaniem klientów i ganianiem za nimi, gdy któryś postanowi uciec bez płacenia. Wszystkie braki w kasie pokrywasz z własnych pieniędzy i odpowiadasz finansowo za… w zasadzie za wszystko, co wpadnie do głowy panu menago. Najbardziej irytujące jest to, że nieraz czekasz na wypłatę półtora miesiąca, bo „akurat nie ma nic w kasie”.

 

Doradca biznesowy

Największy syf na jaki możesz dać się złapać.

Zazwyczaj zaczyna się tak, że jakiś dalszy znajomy zaprasza Cię na piwko. Znacie się ledwo na cześć-cześć, a ten stawia Ci browara i  przez półtorej godziny ciśnie farmazony, że kosi mega hajs na funduszach inwestycyjnych. Albo ubezpieczeniach. Albo jednym i drugim i jeszcze załatwia karty kredytowe.

Jeśli tylko wyczujesz, że zapowiada się na coś takiego olej typa. Będzie chciał Cię złapać do swojej pseudo-piramidy finansowej. W najlepszym wypadku dasz mu kontakty do 5 znajomych, którzy są „świadomi zmienności wartości pieniądza w czasie i myślą o swojej przyszłości” i już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą. W najgorszym, przez kilka miesięcy będziesz biegał po rodzinie i rodzicach znajomych, i wciskał im jednostki uczestnictwa, na których stracą połowę tego, co włożą. I też już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą.

Ta „praca” nie ma plusów. Bliżsi i dalsi kumple Cię znienawidzą, a większych pieniędzy z tego i tak nie zobaczysz.

 

Pracownik sklepu z ciuchami

Tu nie wpisuję żadnej konkretnej funkcji, bo w tego typu sklepach wszyscy robią wszystko. Jesteś i układaczem/doradzaczem/podawaczem, i panem sprzedawcą, i magazynierem, i ochroniarzem.

Plusy: relatywnie niezła stawka godzinowa. W tygodniu do godziny 13 zdarza się, ze możesz się poobijać i pogapić na klipy lecące w telepudle. Jesteś na bieżąco z modą, trendami, blablabla i masz zniżkę na ciuchy, którą możesz się wymieniać z pracownikami innych sklepów (w zależności od sklepu od 25 do 70%). Czasem zdarzy Ci się podejrzeć tyłek albo cycki fajnej klientki, podając jej inny rozmiar bielizny, gdy będzie się przebierać w przymierzalni.

Minusy: żadne albo słabe premie (przynajmniej na starcie). Wymioty od gapienia się tysięczny raz na te same klipy lecące w telepudle. Wymioty od składania pięćset razy w ciągu dnia tych samych ubrań, rozrzuconych przez klientów.

 

Telemarketer

Każdy student wiedziony chęcią kariery i zarobienia kroci musiał przez to przejść.

W ogłoszeniu zazwyczaj piszą, że szukają „specjalisty ds. kontaktu z klientem” albo „doradcy klienta indywidualnego”. Tak górnolotne sformułowania padają w treści ogłoszenia, że gdyby nie mail telemarketing15.firma.krakowREKRUTACJA@interia.pl, to pomyślałbyś, że szukają kogoś do pracy w NASA. Zawsze jednym z wymogów do podjęcia tej pracy jest „wysoka kultura osobista”, a de facto im niższa, tym większe szanse, że się w niej odnajdziesz.

Plusy: przede wszystkim to jedyna praca umysłowa, którą masz szansę załapać na pierwszym roku. Druga sprawa, równie ważna, uczysz się rozmawiać z obcymi ludźmi przez telefon, co będziesz musiał robić w każdej pracy umysłowej w dalszym życiu. Jeśli przetrwasz pierwsze 2 miesiące, to Twoja bezczelność i skuteczność perswazji skoczy do takiego poziomu, że z żadną inną pracą już nie będziesz miał problemu. W zależności, czy trafisz bezpośrednio do call center danej marki, czy do agencji ją obsługującej, możesz zarabiać całkiem przyzwoicie, bądź średnio. Jak na studenta pierwszego roku oczywiście.

Minusy: jesteś typem natręta trującego ucho, którego wszyscy nienawidzą łącznie z Tobą. Nawet Mama Małej Madzi nie słyszy w ciągu dnia tylu wyzwisk, co Ty. Jeśli nie masz grubej skóry, to zanim nauczysz się podstawowych technik sprzedaży siądzie Ci psycha. Na 90% trafisz na podrzędną agencyjkę, która mieści się w piwnicy na obrzeżach miasta i nie zapewnia podstawy w postaci stawki godzinowej. W związku z powyższym, nigdy nie będziesz wiedział ile zarobisz danego miesiąca, bo:

  1. menago będzie wkręcał, że część umów przesunęła się na przyszły miesiąc i hajs z nich dostaniesz bóg-wie-kiedy
  2. menago będzie wkręcał, że część umów nie weszła, bo źle dogadałeś klientów
  3. menago będzie wkręcał, że nie wyrobiłeś targetu, w związku z tym, nie dostaniesz x zł za umowę, tylko 60% z x

 

Od kelnera do blogera

Każdą z wyżej wymienionych fuch (bo trudno nazwać to zawodem) zaliczyłem przynajmniej raz w swoim życiu. Z każdej wyciągnąłem jakieś wnioski i bardziej lub mniej przyjemne doświadczenie. Jedno jest pewne – gdyby nie te wszystkie szalone prace, z pewnością nie byłbym tu gdzie teraz jestem. Gdyby nie tyle zawodów, upadków i rozczarowań związanych z zarabianiem pieniędzy, z pewnością nie chciałoby mi się wzbijać i pakować w pisanie bloga.

Innymi słowy: polecam.