Close
Close

Barcelona część I – Park Güell, Sagrada Familia i paella

Skip to entry content

Dotarliśmy, jesteśmy cali i zdrowi i nawet nie okradli nas w pierwszy dzień (zresztą w drugi też nie), co jest podobno nie lada wyczynem. W samolocie zapoznaliśmy koleżankę, która jest rezydentką w Barcelonie (oprowadza wycieczki i takie tam). Powiedziała nam, że przejście przez La Ramblas bez utraty portfela jest jak trafienie świeżych kurczaków w Tesco – turystom rzadko się zdarza. A nam się zdarzyło i udało nawet trafić do miejsca, w którym mieszkamy, bez wielkiego krążenia.

 

Gaudi, Gaudi, Gaudi

Gdy pytałem Was co warto zobaczyć w Barcelonie, sporo osób pisało, że to miasto Gaudiego. Że tylko on i jego prace tu się liczą, a reszta artystów może czyścić mu sandały. To poszliśmy sprawdzić, czy tak jest faktycznie.

 

Sagrada Familia

Gdyby tak wyglądały kościoły w Polsce, to chyba zacząłbym do nich chodzić. Wchodzisz do takiego i czujesz się jak w galerii sztuki. Te światła, ta przestrzeń! Sagrada Familia to zaprzeczenie kościoła jaki znam. Ani ni czuć tam stęchlizny, ani wyjątkowego cierpienia, ani przenikającego poczucia powagi. Miałem wrażenie, że jestem raczej w nieotwartej dyskotece, niż miejscu, gdzie ludzie odprawiają pokutę za grzechy.

W kościele projektu Antoniego Gaudiego zrobiły na mnie wrażenie 3 rzeczy, których nie widziałem nigdzie indziej:

  • baśniowe witraże (kozackie kolory!)
  • lewitujący Jezusek (byłem przekonany, że jak się wrzuci pieniążka to zacznie latać)
  • automat na kawę (wyobrażacie sobie to w polskim kościele? nie ma szans!)

 

Park Güell

Park równie kiczowaty jak kościół. W zamyśle miało być to zaciszne miejsce dla kilku burżujskich rodzin zamieszkujących okolicę. Obecnie jest jednym z najbardziej tłocznych miejsc w Barcelonie. Ludzie walą tam drzwiami, oknami i czasem wchodzą przez komin, ale trzeba przyznać, że park w sam w sobie jest bardzo przyjemny.

Miał ten Gaudi gest przy projektowaniu. Tak jak w przypadku Sagrada Familia – wszystko jest wielkie i wszystkiego jest dużo. Między innymi dlatego projekt ogrodu (jak i kościoła) nie został skończony za życia twórcy. Zleceniodawcy skończyły się pieniądze. Mimo, że był miliarderem.

W Parku Guell pierwszy raz widziałem drzewko z pomarańczami i prawdziwe kaktusy (w sensie te jak z filmów o dzikim zachodzie). Oprócz tego polecam widok z górnego tarasu. Widać caluśkie miasto wzdłuż i wszerz. Szczęka opada i można obślinić sobie buty.

 

Paella z owocami morza

Jestem tu trzeci dzień, a już zdążyłem znienawidzić kelnerów i obsługę we wszystkich lokalach. TU SIĘ NA WSZYSTKO STRAAASZNIE DŁUGO CZEKA! Pojęcie “fast food” w tym kraju to oksymoron. Chyba, że za “fast” uznasz 15 minut czekania na frytki, których podanie w Polsce zajmuje 30 sekund (od momentu zamówienia łącznie z zapłatą).

Mocno rekomendowaliście paellę, a ja ogólnie lubię owoce morza, więc poszliśmy z Patrykiem sprawdzić ten temat. Siedliśmy sobie w miłej knajpce, przy jednej ze spokojniejszych ulic. Ludzi było raczej nie za wiele, a szamka kosztowała niecałe 9 euro – idealnie! Po 35 minutach umierania z głodu i czekania na, co by nie mówić, dość proste danie, chciałem wybiec stamtąd i powiesić się na palmie. Na szczęście tego nie zrobiłem.

Gdy kucharz w końcu przyniósł jedzenie, gdy je zobaczyłem, gdy spróbowałem… doceniłem każda minutę oczekiwania. Było pyszne! To niby tylko ryż z małżami, ale w domu bym sobie takiego nie zrobił. Widać, że znają się na temacie, bo było świetnie przyprawione. Każdy kęs rozpływał się w ustach. Po zjedzeniu swojej porcji od razu chciałem zamówić drugą. Polecam!

Dzisiaj natomiast będziemy sprawdzać jak radzi sobie tutejsza tortilla, czyli omlet z ziemniakami (sorry, jeśli narobiłem Wam smaka).

(niżej jest kolejny tekst)
autorem zdjęcia jest albertopveiga

Najpierw o tym tylko marzyłem. Potem coś przebąkiwałem pod nosem, że fajnie by było, gdyby to się stało jednak w tej dekadzie. W styczniu powoli zacząłem sprawdzać ceny biletów. Aż w końcu kupiłem bilety, zapowiedziałem, że polecę i sporo się przygotowywałem. W czym mocno mi pomogliście (dzięki!). A dziś jest ten dzień.

Japonki spakowane, złotóweczki wymienione, karty pokładowe wydrukowane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale znam siebie. Zapewne źle spisałem adres miejsca, w którym będziemy spać albo nie spakowałem netbooka. Albo źle sprawdziłem lotniska i tak naprawdę lecimy do Rzymu, i wylądujemy w noclegowni dla bezdomnych. Dobra, wiem, że przesadzam, ale zawsze przed większa podróżą mam wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czegoś bardzo ważnego. Że coś jeszcze miałem sprawdzić/zrobić/ogarnąć i cholera jasna, jakimś dziwnym trafem nie zrobiłem tego.

A przecież to już dziś! To zaraz! To teraz!

 

Właśnie jesteśmy w samolocie do Barcelony!

Tak jest proszę Państwa. W tej oto chwili, gdy czytacie te literki na monitorach, ja i Patryk siedzimy w Ryanairze szykującym się do startu.

To mój szósty lot, ale przy każdym stresuję się tak samo. Jakoś słabo mnie przekonują te wąskie siedzenia, mały przesmyk między rzędami, malutkie okienka, brak spadochronów dla wszystkich i fakt, że nikt z obsługi nie mówi po polsku, do tego, że samolot to bezpieczna forma transportu. Ja wiem, że w stosunku do liczby wypadków samochodowych, czy zatopień łodzi, to samoloty są zasadniczo bezawaryjne. Ja wiem. Tyle, że jak w aucie jest awaria, czy nawet jak statek się topi, to zawsze można wysiąść. A w samolocie to już nie bardzo…

Ale lecimy! W sensie zaraz będziemy lecieć, jak tylko w końcu wystartujemy i wzbijemy się w powietrze. Bo coś długo kołuje ten samolot. Nie wiem, czy niesprawny, czy pilot pijany, czy co?

Okej, nie marudzę, bo widzę, że Patryk stresuje się bardziej ode mnie. W końcu to jego pierwszy lot. Dłonie zdążyły mu się już zrobić nieprzyjemnie wilgotne i lepkie, a wycieranie w spodnie wcale nie pomaga. Usta ma wysuszone jakby spalił z pół kilo haszu, a wzrok skupiony jak hazardziści na Służewcu. Gdy sprawdzam jak się czuje, kłamie gorzej, niż politycy pytani o dług publiczny.

Próbuję podnieść go na duchu. Mówię, żeby zluzował. Że będzie spoko i zaraz po wylądowaniu ciśniemy na plażę kontemplować piękno płci przeciwnej. W toplessie.

Ale nie łyka tego. Sam jestem tak spięty, że nie przekonałbym nawet ślepego, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Wciąż jedziemy po tym pasie, cholernie trzęsie, a mój przyjaciel robi się zielony jak trawa na przyjazd papieża za komuny. Muszę go jakoś uspokoić i to szybko! Szybko, szybko, szybko! Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl! Cholera nie wiem… Yyy… muzyka. Tak, muzyka! Dobra, co ja tu mam… Hmm, Hadouken! – nie, Crystal Castles – nie, Pezet – nie, Dr Misio – nie, Eminem – nie. Eminem – nie? Eminem – tak! “Lighters”! “Ligthers” go uspokoi!

 

Jesteśmy w powieeetrzuuuuu!

Udało się! Oderwaliśmy się od ziemi, podwozie się schowało i zerkając przez szybkę po lewej, widzę więcej chmur, niż w jamajskim coffee shopie. Lecimy i czuję, że życie jest spoko. Albo nawet lepsze. Co za widok! Gdyby to nie było zabronione, wyszedłbym na zewnątrz popływać sobie w tych chmurach. Patryk robi zdjęcia z częstotliwością rasowego Japończyka, ale w cale mu się nie dziwię. Za pierwszym razem zareagowałem tak samo. Zresztą dalej robię oczy jak 5 złotych.

To ten moment, kiedy mogę się zapomnieć. Zapomnieć na dłużej, niż chwilę o tym, że kilka tysięcy kilometrów niżej jest jakiś świat. Świat, w którym mam obowiązki, nakazy, zakazy, powinności i wszystkie inne sidła, które sprawiają, że dopiero fizycznie odrywając się od ziemi mój umysł staje się wolny. Kiedy jestem spuszczoną z łańcucha duszą, lewitującą w przestworzach, to moment, żeby puścić Te-Trisa. Żeby puścić kawałek taki jak ten.

 

Lądujemy?

Albo mi się wydaje, albo coś mnie ciśnie w uszach? Nieee, wydaje mi się. Jestem przewrażliwiony. A może jednak? Nie, nie wydaje mi się! Zatyka mi uszy, bo obniżyliśmy pułap.

Powoli, powoli schodzimy w dół. Tak mnie poniosło myślami, że nie zorientowałem się kiedy minęły te 2 godziny. Pokazują, że mamy zapiąć pasy – znaczy jesteśmy już blisko. Łouł, ale zielona ta Hiszpania! A propos zielonego – jak tam z Patrykiem? O, lekko pobladł, ale już przestał grać w kamienną twarz. Jest okej.

Schodzimy, schodzimy, schodzimy… Jest pas! Jest pas, jest pas, jest pas… Siadł na pasie! Jezusieńku, ale zarzuciło! Kierowca chyba jednak jest pijany. Albo świeżak. O boże, ludzie klaszczą… myślałem, że tym razem oszczędzą mi tego happeningu. Ale z drugiej strony, przynajmniej mamy pewność, że możemy spytać po polsku jak dotrzeć do miasta.

Do miasta żółtych kamienic, soczystych pomarańczy, ciemniejszych twarzy, jaśniejszych myśli i skateparków z palmami. Do miasta z tego klipu.

Do Barcelony!

Mamy ziemię pod stopami i wiatr we włosach. Jesteśmy na miejscu, dotarliśmy razem. To co, punkt pierwszy plaża?

Każdy średnio zaawansowany użytkownik internetu spotkał się przynajmniej raz z hastagami. Domyślam się, że wiesz czym one są, ale z uwagi na fakt, że nie ma ich definicji w polskiej Wikipedii (ani na żadnej innej polskiej stronie), wrzucam krótkie wyjaśnienie:

[box type=”info” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Hashtagi to bezspacjowe ciągi wyrazów poprzedzone symbolem „#”, nie zawierające polskich znaków. Na przykład #gotowanie albo #piekneczytelniczkistayflyzkrakowa. Służą do grupowania wiadomości w obrębie jednego tematu, bądź kategorii zainteresowań. Zostały stworzone na potrzeby komunikowania się w sieci i radzenia sobie z zalewem informacji.[/box]

Kiedyś były zarazerwowane tylko dla ultra-geeków siedzących na IRCu. Później mocno spopularyzował je Twitter. Obecnie wyszły poza platformy, na których spełniają role funkcjonalne. Ten pseudo naukowy bełkot oznacza, że…

 

Ludzie używają hashtagów w miejscach, w których nie działają

Na stówę masz kogoś w znajomych, kto przy końcu tygodnia wrzuca na Fejsa zdjęcie browara i podpisuje „#relaks”. Albo fotkę truskawek z czekoladą i bitą śmietaną opisując to „#bozealedobre”. Mimo, że z tych fraz ani nie robią się hiperlinki, ani nie grupują wypowiedzi (ani nic innego), ludzie hashtagują.

Nie powiem, na początku nawet unosiłem kąciki ust widząc status w stylu „dała opisówkę na egzaminie z prawa handlowego #wrzesień”. Zresztą „wcale nie jestem pijany na tym zdjęciu #aleksanderkwasniewski” też było niezłe. Ale przeglądanie kolejny zdjęć, pod którymi jest „#impreza #klub #bawimysie #marek #gosia #chłopakgosiniemozejuzpicibedziewymiotowalpodstolobrzygujacmibutyzapiecsetzlotych” zaczyna powoli boleć.

Ja rozumiem, że ktoś złapał zajawkę i traktuje to jako modną zabawę słowem. Spoko nie mam nic do tego. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma tak ubogie słownictwo, że nie jest w stanie zbudować zdania złożonego z podmiotu i orzeczenia. Nie mówiąc już o przydawce i dopełnieniu.  Nie podoba mi się kierunek, w którym idzie komunikacja w sieci. Stanowczo sprzeciwiam się rezygnacji z pełnych wypowiedzi na rzecz chaotycznego ciągu słów-kluczy.

Spędzamy w internecie tyle czasu, że język, którym tam (a w zasadzie tu) się posługujemy przechodzi do realnego życia. W najgorszych koszmarach nie chciałbym żyć w czasach, w których zamiast „odkąd Cię poznałam nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś facynujący, zatracam się w rozmowie z Tobą nie wiedząc kiedy upływają kolejne godziny” dziewczyna rzuciłaby mi od niechcenia „#zauroczenie”.