Close
Close

“Bates Motel” – tak się rodzi psychoza

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem 13th Street Universal

Pewnie nie kojarzycie “Psychozy”, co? “Scena pod prysznicem” wiązała Wam się z chwilą grozy tylko w momencie, gdy zabrakło wody przy spłukiwaniu farby do włosów?

Okej, słaby żart. Wiem, że doskonale znacie ten turbo klasyk Alfreda Hitchcocka z 1960 roku, a gdy zobaczyliście go po raz pierwszy jako nastolatkowie, przez kwartał kąpaliście się tylko w wannie. Spoko, ja też tak miałem. Zresztą, kto nie? Chyba tylko Ci, którzy nie widzieli tego thrillera owianego większym kultem, niż Całun Turyński. Kto widział choćby jednym okiem, drżał i zaciskał dłonie na poduszce w ataku paniki, ten z pewnością zadawał sobie pytanie…

 

Czemu Norman Bates został psychopatycznym mordercą?

Świeżtuki serial “Bates Motel” stara się opowiedzieć na to pytanie. Od 14 kwietnia na kanale 13th Street Universal możecie oglądać serię wydarzeń będących preludium do aktów zbrodni z “Psychozy”. “Bates Motel” opowiada historię Normana Batesa i jego symbiotycznej matki od momentu, gdy ten pierwszy ma 17 lat i dopiero zaczyna się zmieniać z wrażliwego introwertyka w zwyrodniałego socjopatę. Owa diaboliczna metamorfoza ukazana jest dość szczegółowo i każdy średnio wczuty widz będzie w stanie wyłapać doświadczenia wpływające na nią.

Ilość patologicznych sytuacji, w które pakuje się główny bohater przysporzyłaby o ból głowy nawet psychoterapeutów z Arkham. W serialu stopniowo pojawia się cały wachlarz toksycznych relacji jakie jest w stanie nawiązać nastolatek. Przy czym tą dominującą jest oczywiście “wyjątkowo bliski” związek z jego matką. Nie będę Wam zdradzał pikantniejszych szczegółów, ale nie tylko propagatorzy psychoanalizy Freuda stwierdziliby, że ten układ nie jest zdrowy.

Zaburzenia osobowości zaburzeniami, ale Was pewnie najbardziej zastanawia…

 

Jak się ogląda dojrzewanie przyszłego mordercy?

Dobrze. Serial nie jest arcy ciężki i po każdym odcinku nie trzeba odmawiać zdrowasiek odpędzających demony, aczkolwiek wprowadza uczucie niepokoju. Powiedziałbym, że jest wyważony. Nie ma serii drastycznych morderstw, jedno po drugim i wodotrysków z krwi. Jest stopniowe budowanie napięcia, tak aby zbrodnia była osadzona w konkretnym kontekście, a widz był świadomy jakie konsekwencje ze sobą niesie dla bohatera.

Pierwsze dwa odcinki są mocno wprowadzające. Wydawało mi się, że mnie nie wciągną, bo są zbyt lajtowe. Trzeci to zmienił. Kulminacja wydarzeń z poprzednich, wraz z ujawnianiem coraz mroczniejszego oblicza Normana Bates, sprawia, że czekasz na następny epizod. Czekasz, bo chcesz się dowiedzieć czy zabił. I jak sobie z tym poradzi. Wkręcasz się w ten chory świat zmanipulowanego 17-latka, bo chcesz zobaczyć jak uwikłanie się w fatalne sytuacje wpłynie na niego . Jak go zmieni.

A zmienia.

 

Tylko dla fanów “Psychozy”?

Nie tylko. Osoby, które widziały to kultowe dzieło, na pewno z serialu wyniosą więcej. Odkrywanie poszczególnych smaczków nawiązujących do filmu i dokładne poznanie podłoża późniejszego mordowania pod prysznicem, powinno sprawić im frajdę. Jednak Ci, którzy mają gdzieś thriller sprzed ponad 50 lat (gdzieś powyżej ud, a poniżej krzyża), a po prostu lubią się bać, będą mieli ku temu okazję. Wielokrotnie. Bo chyba są tu też tacy.

Są?

(niżej jest kolejny tekst)

Barcelona część II – Bazar La Boqueria, oceanarium i Muzeum Erotyki

Skip to entry content

Pogoda zakpiła sobie z nas perfidnie. Z całodniowego plażowania w otoczeniu półnagiego kalendarza Pirelli zostało tyle, co z obietnic przedwyborczych – same niespełnione nadzieje. Od środy regularnie padało i temperatura nie przekraczała 18-stu stopni, więc japonki miały okazję się sprawdzić tylko pod prysznicem. Okrucieństwa dodaje fakt, że nawet w Polsce było cieplej w tym czasie (i wciąż jest).

Ty zła, przebiegła naturo, nie wiesz z kim zadarłaś! Oficjalnie ogłaszam, że bezpańska suka z ciebie!

Plaża, morze i pływanie nie wyszło i mimo, że byliśmy na nie najbardziej napaleni, to nie powiesiliśmy się na najbliższej palmie. Poszliśmy się utopić do…

 

Oceanarium (L’aquarium Barcelona)

Najdroższa atrakcja na jaką trafiliśmy w Barcelonie – wjazd 19 euro. Drogo jak cholera, ale zawsze chciałem się przejść podwodnym tunelem i zobaczyć jak przepływa nade mną rekin. Przeszedłem, rekin przepłynął (nawet 3). Mogę ze spokojnym sumieniem odhaczyć ten punkt ze swojej listy rzeczy do zrobienia przed andropauzą.

Oprócz rekinów, było dużo innych egzotycznych, kolorowych rybek i zwierzątek, które znałem tylko z National Geographic. Meduzy, koniki morskie i fluorescencyjne ryby na żywo są bardzo spoko, aczkolwiek, gdybym je spotkał pływając w wodzie, to chyba bym popuścił. Takie dziwne żyjątka miło pooglądać, ale nie koniecznie dotykać gołą stopą.

 

Muzeum Erotyzmu

Mocno się na to napalaliśmy, bo co może kręcić takich młodych chłopców jak my, jak nie gołe baby? Okej, może jeszcze Mario Kart na Nintendo 64, ale cycki zdecydowanie są numerem jeden. Niestety spotkał nas zawód gorszy, niż telemarketer.

Wstęp 8 euro, a w środku same wydruki prac dostępnych w internecie. I to jeszcze kiepskiej jakości. Wystawa do obejścia maksymalnie w 20 minut. Przy czym żaden „eksponat” nie zainteresuje osoby mającej skończone 16 lat na dłużej, niz 2 sekundy. Czułem się obrażony, oszukanych i zupełnie niepodniecony. Nie polecam z całego serca.

 

Bazar La Boqueria

Jeśli myślisz, że magia kolorów to najnowsza kolekcja H&M, to jesteś w błędzie. I to głębokim.  Bazar przy La Rambla (największym deptaku w Barcelonie), to niekończąca się kanonada barw! Takich odcieni nie widział nawet Picasso po LSD. Jak tam wszedłem myślałem, że dostanę oczopląsu albo co najmniej zeza.

Świeże owoce, świeża warzywa, świeże małże, świeże krewetki, świeże szyneczki. Rany boskie, ale to pysznie wyglądało, zjadłbym wszystko, wszystko, wszystko! Co prawda, cześć homarów, raków i krabów była tak świeża, że jeszcze się ruszała (dlatego ma pozwiązywane kleszcze) i trochę mnie to przerosło. Ale te wszystkie owocki… ach, zawładnęły moim umysłem. A świeży sok z mango i kokosa, to już w ogóle pozycja obowiązkowa.

Aha, i mimo mega tłoku i ścisku, tu też nas nie okradli!

Piłbyś, co?

Barcelona część I – Park Güell, Sagrada Familia i paella

Skip to entry content

Dotarliśmy, jesteśmy cali i zdrowi i nawet nie okradli nas w pierwszy dzień (zresztą w drugi też nie), co jest podobno nie lada wyczynem. W samolocie zapoznaliśmy koleżankę, która jest rezydentką w Barcelonie (oprowadza wycieczki i takie tam). Powiedziała nam, że przejście przez La Ramblas bez utraty portfela jest jak trafienie świeżych kurczaków w Tesco – turystom rzadko się zdarza. A nam się zdarzyło i udało nawet trafić do miejsca, w którym mieszkamy, bez wielkiego krążenia.

 

Gaudi, Gaudi, Gaudi

Gdy pytałem Was co warto zobaczyć w Barcelonie, sporo osób pisało, że to miasto Gaudiego. Że tylko on i jego prace tu się liczą, a reszta artystów może czyścić mu sandały. To poszliśmy sprawdzić, czy tak jest faktycznie.

 

Sagrada Familia

Gdyby tak wyglądały kościoły w Polsce, to chyba zacząłbym do nich chodzić. Wchodzisz do takiego i czujesz się jak w galerii sztuki. Te światła, ta przestrzeń! Sagrada Familia to zaprzeczenie kościoła jaki znam. Ani ni czuć tam stęchlizny, ani wyjątkowego cierpienia, ani przenikającego poczucia powagi. Miałem wrażenie, że jestem raczej w nieotwartej dyskotece, niż miejscu, gdzie ludzie odprawiają pokutę za grzechy.

W kościele projektu Antoniego Gaudiego zrobiły na mnie wrażenie 3 rzeczy, których nie widziałem nigdzie indziej:

  • baśniowe witraże (kozackie kolory!)
  • lewitujący Jezusek (byłem przekonany, że jak się wrzuci pieniążka to zacznie latać)
  • automat na kawę (wyobrażacie sobie to w polskim kościele? nie ma szans!)

 

Park Güell

Park równie kiczowaty jak kościół. W zamyśle miało być to zaciszne miejsce dla kilku burżujskich rodzin zamieszkujących okolicę. Obecnie jest jednym z najbardziej tłocznych miejsc w Barcelonie. Ludzie walą tam drzwiami, oknami i czasem wchodzą przez komin, ale trzeba przyznać, że park w sam w sobie jest bardzo przyjemny.

Miał ten Gaudi gest przy projektowaniu. Tak jak w przypadku Sagrada Familia – wszystko jest wielkie i wszystkiego jest dużo. Między innymi dlatego projekt ogrodu (jak i kościoła) nie został skończony za życia twórcy. Zleceniodawcy skończyły się pieniądze. Mimo, że był miliarderem.

W Parku Guell pierwszy raz widziałem drzewko z pomarańczami i prawdziwe kaktusy (w sensie te jak z filmów o dzikim zachodzie). Oprócz tego polecam widok z górnego tarasu. Widać caluśkie miasto wzdłuż i wszerz. Szczęka opada i można obślinić sobie buty.

 

Paella z owocami morza

Jestem tu trzeci dzień, a już zdążyłem znienawidzić kelnerów i obsługę we wszystkich lokalach. TU SIĘ NA WSZYSTKO STRAAASZNIE DŁUGO CZEKA! Pojęcie “fast food” w tym kraju to oksymoron. Chyba, że za “fast” uznasz 15 minut czekania na frytki, których podanie w Polsce zajmuje 30 sekund (od momentu zamówienia łącznie z zapłatą).

Mocno rekomendowaliście paellę, a ja ogólnie lubię owoce morza, więc poszliśmy z Patrykiem sprawdzić ten temat. Siedliśmy sobie w miłej knajpce, przy jednej ze spokojniejszych ulic. Ludzi było raczej nie za wiele, a szamka kosztowała niecałe 9 euro – idealnie! Po 35 minutach umierania z głodu i czekania na, co by nie mówić, dość proste danie, chciałem wybiec stamtąd i powiesić się na palmie. Na szczęście tego nie zrobiłem.

Gdy kucharz w końcu przyniósł jedzenie, gdy je zobaczyłem, gdy spróbowałem… doceniłem każda minutę oczekiwania. Było pyszne! To niby tylko ryż z małżami, ale w domu bym sobie takiego nie zrobił. Widać, że znają się na temacie, bo było świetnie przyprawione. Każdy kęs rozpływał się w ustach. Po zjedzeniu swojej porcji od razu chciałem zamówić drugą. Polecam!

Dzisiaj natomiast będziemy sprawdzać jak radzi sobie tutejsza tortilla, czyli omlet z ziemniakami (sorry, jeśli narobiłem Wam smaka).