Close
Close
autorem zdjęcia jest albertopveiga

Najpierw o tym tylko marzyłem. Potem coś przebąkiwałem pod nosem, że fajnie by było, gdyby to się stało jednak w tej dekadzie. W styczniu powoli zacząłem sprawdzać ceny biletów. Aż w końcu kupiłem bilety, zapowiedziałem, że polecę i sporo się przygotowywałem. W czym mocno mi pomogliście (dzięki!). A dziś jest ten dzień.

Japonki spakowane, złotóweczki wymienione, karty pokładowe wydrukowane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale znam siebie. Zapewne źle spisałem adres miejsca, w którym będziemy spać albo nie spakowałem netbooka. Albo źle sprawdziłem lotniska i tak naprawdę lecimy do Rzymu, i wylądujemy w noclegowni dla bezdomnych. Dobra, wiem, że przesadzam, ale zawsze przed większa podróżą mam wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czegoś bardzo ważnego. Że coś jeszcze miałem sprawdzić/zrobić/ogarnąć i cholera jasna, jakimś dziwnym trafem nie zrobiłem tego.

A przecież to już dziś! To zaraz! To teraz!

 

Właśnie jesteśmy w samolocie do Barcelony!

Tak jest proszę Państwa. W tej oto chwili, gdy czytacie te literki na monitorach, ja i Patryk siedzimy w Ryanairze szykującym się do startu.

To mój szósty lot, ale przy każdym stresuję się tak samo. Jakoś słabo mnie przekonują te wąskie siedzenia, mały przesmyk między rzędami, malutkie okienka, brak spadochronów dla wszystkich i fakt, że nikt z obsługi nie mówi po polsku, do tego, że samolot to bezpieczna forma transportu. Ja wiem, że w stosunku do liczby wypadków samochodowych, czy zatopień łodzi, to samoloty są zasadniczo bezawaryjne. Ja wiem. Tyle, że jak w aucie jest awaria, czy nawet jak statek się topi, to zawsze można wysiąść. A w samolocie to już nie bardzo…

Ale lecimy! W sensie zaraz będziemy lecieć, jak tylko w końcu wystartujemy i wzbijemy się w powietrze. Bo coś długo kołuje ten samolot. Nie wiem, czy niesprawny, czy pilot pijany, czy co?

Okej, nie marudzę, bo widzę, że Patryk stresuje się bardziej ode mnie. W końcu to jego pierwszy lot. Dłonie zdążyły mu się już zrobić nieprzyjemnie wilgotne i lepkie, a wycieranie w spodnie wcale nie pomaga. Usta ma wysuszone jakby spalił z pół kilo haszu, a wzrok skupiony jak hazardziści na Służewcu. Gdy sprawdzam jak się czuje, kłamie gorzej, niż politycy pytani o dług publiczny.

Próbuję podnieść go na duchu. Mówię, żeby zluzował. Że będzie spoko i zaraz po wylądowaniu ciśniemy na plażę kontemplować piękno płci przeciwnej. W toplessie.

Ale nie łyka tego. Sam jestem tak spięty, że nie przekonałbym nawet ślepego, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Wciąż jedziemy po tym pasie, cholernie trzęsie, a mój przyjaciel robi się zielony jak trawa na przyjazd papieża za komuny. Muszę go jakoś uspokoić i to szybko! Szybko, szybko, szybko! Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl! Cholera nie wiem… Yyy… muzyka. Tak, muzyka! Dobra, co ja tu mam… Hmm, Hadouken! – nie, Crystal Castles – nie, Pezet – nie, Dr Misio – nie, Eminem – nie. Eminem – nie? Eminem – tak! “Lighters”! “Ligthers” go uspokoi!

 

Jesteśmy w powieeetrzuuuuu!

Udało się! Oderwaliśmy się od ziemi, podwozie się schowało i zerkając przez szybkę po lewej, widzę więcej chmur, niż w jamajskim coffee shopie. Lecimy i czuję, że życie jest spoko. Albo nawet lepsze. Co za widok! Gdyby to nie było zabronione, wyszedłbym na zewnątrz popływać sobie w tych chmurach. Patryk robi zdjęcia z częstotliwością rasowego Japończyka, ale w cale mu się nie dziwię. Za pierwszym razem zareagowałem tak samo. Zresztą dalej robię oczy jak 5 złotych.

To ten moment, kiedy mogę się zapomnieć. Zapomnieć na dłużej, niż chwilę o tym, że kilka tysięcy kilometrów niżej jest jakiś świat. Świat, w którym mam obowiązki, nakazy, zakazy, powinności i wszystkie inne sidła, które sprawiają, że dopiero fizycznie odrywając się od ziemi mój umysł staje się wolny. Kiedy jestem spuszczoną z łańcucha duszą, lewitującą w przestworzach, to moment, żeby puścić Te-Trisa. Żeby puścić kawałek taki jak ten.

 

Lądujemy?

Albo mi się wydaje, albo coś mnie ciśnie w uszach? Nieee, wydaje mi się. Jestem przewrażliwiony. A może jednak? Nie, nie wydaje mi się! Zatyka mi uszy, bo obniżyliśmy pułap.

Powoli, powoli schodzimy w dół. Tak mnie poniosło myślami, że nie zorientowałem się kiedy minęły te 2 godziny. Pokazują, że mamy zapiąć pasy – znaczy jesteśmy już blisko. Łouł, ale zielona ta Hiszpania! A propos zielonego – jak tam z Patrykiem? O, lekko pobladł, ale już przestał grać w kamienną twarz. Jest okej.

Schodzimy, schodzimy, schodzimy… Jest pas! Jest pas, jest pas, jest pas… Siadł na pasie! Jezusieńku, ale zarzuciło! Kierowca chyba jednak jest pijany. Albo świeżak. O boże, ludzie klaszczą… myślałem, że tym razem oszczędzą mi tego happeningu. Ale z drugiej strony, przynajmniej mamy pewność, że możemy spytać po polsku jak dotrzeć do miasta.

Do miasta żółtych kamienic, soczystych pomarańczy, ciemniejszych twarzy, jaśniejszych myśli i skateparków z palmami. Do miasta z tego klipu.

Do Barcelony!

Mamy ziemię pod stopami i wiatr we włosach. Jesteśmy na miejscu, dotarliśmy razem. To co, punkt pierwszy plaża?

(niżej jest kolejny tekst)

Każdy średnio zaawansowany użytkownik internetu spotkał się przynajmniej raz z hastagami. Domyślam się, że wiesz czym one są, ale z uwagi na fakt, że nie ma ich definicji w polskiej Wikipedii (ani na żadnej innej polskiej stronie), wrzucam krótkie wyjaśnienie:

[box type=”info” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Hashtagi to bezspacjowe ciągi wyrazów poprzedzone symbolem „#”, nie zawierające polskich znaków. Na przykład #gotowanie albo #piekneczytelniczkistayflyzkrakowa. Służą do grupowania wiadomości w obrębie jednego tematu, bądź kategorii zainteresowań. Zostały stworzone na potrzeby komunikowania się w sieci i radzenia sobie z zalewem informacji.[/box]

Kiedyś były zarazerwowane tylko dla ultra-geeków siedzących na IRCu. Później mocno spopularyzował je Twitter. Obecnie wyszły poza platformy, na których spełniają role funkcjonalne. Ten pseudo naukowy bełkot oznacza, że…

 

Ludzie używają hashtagów w miejscach, w których nie działają

Na stówę masz kogoś w znajomych, kto przy końcu tygodnia wrzuca na Fejsa zdjęcie browara i podpisuje „#relaks”. Albo fotkę truskawek z czekoladą i bitą śmietaną opisując to „#bozealedobre”. Mimo, że z tych fraz ani nie robią się hiperlinki, ani nie grupują wypowiedzi (ani nic innego), ludzie hashtagują.

Nie powiem, na początku nawet unosiłem kąciki ust widząc status w stylu „dała opisówkę na egzaminie z prawa handlowego #wrzesień”. Zresztą „wcale nie jestem pijany na tym zdjęciu #aleksanderkwasniewski” też było niezłe. Ale przeglądanie kolejny zdjęć, pod którymi jest „#impreza #klub #bawimysie #marek #gosia #chłopakgosiniemozejuzpicibedziewymiotowalpodstolobrzygujacmibutyzapiecsetzlotych” zaczyna powoli boleć.

Ja rozumiem, że ktoś złapał zajawkę i traktuje to jako modną zabawę słowem. Spoko nie mam nic do tego. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma tak ubogie słownictwo, że nie jest w stanie zbudować zdania złożonego z podmiotu i orzeczenia. Nie mówiąc już o przydawce i dopełnieniu.  Nie podoba mi się kierunek, w którym idzie komunikacja w sieci. Stanowczo sprzeciwiam się rezygnacji z pełnych wypowiedzi na rzecz chaotycznego ciągu słów-kluczy.

Spędzamy w internecie tyle czasu, że język, którym tam (a w zasadzie tu) się posługujemy przechodzi do realnego życia. W najgorszych koszmarach nie chciałbym żyć w czasach, w których zamiast „odkąd Cię poznałam nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś facynujący, zatracam się w rozmowie z Tobą nie wiedząc kiedy upływają kolejne godziny” dziewczyna rzuciłaby mi od niechcenia „#zauroczenie”.

O Doktorze Misio (to się chyba nie odmienia, no nie?) dowiedziałem się z tego samego odcinka Wojewódzkiego, co o książce Raczkowskiego. Zburzyło to trochę moją tezę, że program ten służy tylko do auto-lansu autora, ale wciąż trudno nazwać go wartościowym.

Tak czy inaczej (inaczej czy tak), usłyszawszy, że Arkadiusz Jakubik – jeden z głównych bohaterów “Drogówki” i również nie trzecioplanowa postać w “Jesteś Bogiem” – ma zespół rockowy, byłem w tym samym stanie co Marysia w najpopularniejszym kawałku Sokoła. W jeszcze większą dezorientację wpadłem, gdy usłyszałem jak wyżej wymieniony jegomość “śpiewa”. I zadałem sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie…

 

Czy trzeba umieć śpiewać, żeby nagrać płytę?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak. Przykład Mandaryny dowodzi, że nie. Jakubik będąc wokalistą Dr Misio, stara się przekonać, że tworząc zespół muzyczny powinno umieć się śpiewać, ale nie jest to konieczne. Bo nie ma się co oszukiwać, Arkadiusz ani nie jest Steve Wonderem, ani Arturem Rojkiem, ani nawet Mrozem. Jest pospolitym wyjcem, który rycząc próbuje nie fałszować. I udaje mu się to całkiem sprawnie.

Najlepsze momenty płyty, to te w których mówi lekko zaciągając lub właśnie drze się jak listy miłosne od byłej panny. W niektórych kawałkach brzmi jakby recytował quasi-poezję do radia (co jest okej). W innych jakby zacięła mu się płyta Comy i nie chciała odwiesić, aż do skończenia gimnazjum (co też nie jest najgorsze). Słabo jest natomiast, gdy faktycznie chce śpiewać i próbuje wyciągnąć tyle oktaw, co Nosowska na nowej płycie, próbując tym samym wmówić reszcie zespołu, że ma giętki, melodyjny głos (nie ma).

Jednak nie o morderczą formę i mistrzowski warsztat chodzi na tej płycie. Koncepcja na, której oparty jest Dr Misio, to przede wszystkim dobra zabawa i…

 

Kult młodości

Stąd też autoironiczny tytuł płyty – “Młodzi”. Treść utworów to nostalgiczne wspomnienia czasów, gdy miało się na głowie więcej włosów, niż pieniędzy w portfelu, a przed stosunkiem nie trzeba było łykać “suplementów diety dojrzałego mężczyzny”.  Mimo, że jestem młodszy od autora tekstów (Krzysztofa Vargi) o 20 lat, to szczerze wzruszam się słysząc o licealnych imprezach i fatalnych zauroczeniach.

Bo te szczeniackie, najczęściej niespełnione miłostki, to coś, co się wspomina najbardziej. Coś, co się przeżywa najbardziej. Ale przede wszystkim coś, co buduje nas jako dojrzałych ludzi. Te irracjonalne historie miłosne, wpisując się w nasz życiorys trzema szóstkami, nadają tor naszym późniejszym wyborom. Tworzą nas i określają. I sprawiają, że wciąż wracamy myślami do czasów, gdy byliśmy naiwni, nieświadomi i młodzi, korzystając z przywilejów z tym związanych, bez ponoszenia wymiernych konsekwencji.

W utworach jest też dużo o śmierci po trzydziestce. O substytutach życia i atrapach szczęścia. O pół-kontaktach i ćwierć-emocjach. O zawężeniu 40 075 kilometrów obwodu kuli ziemskiej do trasy dom-praca-dom-Tesco. Nie wiem na ile to apel Jakubika do rówieśników, a na ile krzyk o pomoc sfrustrowanego 40-parolatka. Choć to mało odkrywcze, wiem na pewno, że to problem niezatapialny w alkoholu.

Album najlepiej podsumowuje cytat z pierwszego singla…

 

“kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził”

Bardzo chcę wierzyć, że dla mnie jeszcze długo będzie za wcześnie, na wypowiadanie takich słów. Czego i Wam życzę.