Close
Close

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga “Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

(niżej jest kolejny tekst)

Piotruś Kukulski powinien zjeść Snickersa

Skip to entry content

Bo straaaaasznie gwiazdorzy. I nikomu to nie wychodzi na dobre, a już na pewno jemu.

 

Co co kaman?

Piotruś Kukulski jest znany z tego, że jest zupełnie nieznany, ale sporadycznie ktoś go skojarzy z Natalią Kukulską (siostrą), bądź Jarosławem Kukulskim (ojcem). Z nieznanych pobudek, postanowił nie być rozpoznawany jako czyjś brat, syn, bądź dziedzic gigantycznego spadku, lecz jako autonomiczna, niezależna gwiazda estrady. Piotruś niestety zapomniał, że żeby dojść do tego etapu potrzebne są lata pracy albo przynajmniej akt płciowy w “Big Brotherze”.

Nie skorzystał ani z jednej, ani drugiej opcji. Pomimo totalnego braku talentu muzycznego i choćby fajnych cycków, postanowił ogłosić światu, że jest gwiazdą i czekać, aż ludzie uwierzą.

Nie uwierzyli.

 

Nowy Szopen

To był pierwszy strzał. Niestety w kolano.

 

Kukulski Cribs

Drugi też po nogach. W końcu nie ma to jak chełpić się publicznie mieszkaniem, kupionym za hajs po zmarłym ojcu.

 

Diss na Tedego

Trzeci to już publiczne harakiri. Nie jestem w stanie tego skomentować.

 

Facebook nie zapomina, Facebook nie wybacza

Piotruś skutecznie postarał się o to, by po medialnym samobójstwie tępą łyżką, nikt nie miał wątpliwości, czy posiada choć krztę zdrowego rozsądku.

Ktoś się zrzuci na zapas Snickersów na Pikeja?

“Spring Breakers” – podręcznikowy przykład słabego filmu

Skip to entry content

Zobaczyłem trailer, chciałem się odmóżdżyć i poszedłem. I co? I jeśli uważasz, że „Bejbi blues” było tragiczne to masz rację, ale „Spring Breakers” jest jeszcze gorsze. Powinni to puszczać tylko skazańcom jako gra wstępna do kary śmierci i studentom reżyserii, żeby wiedzieli jak wygląda podręcznikowy gniot.

Nigdy nie miałem ambicji być wykładowcą, ale na potrzeby tego wpisu poudaję, że jestem. Drogi przyszły twórco filmów, jeśli chcesz stworzyć toporną kaszanę, to:

 

Po pierwsze: daj tyle cycków, żeby widz zaczął sie nimi męczyć

Cycki, to główny motyw wizualny filmu. Obraz zaczyna i kończy się gołymi cyckami. Ogólnie to nic nie mam do piersi. Serio. Więcej, jestem ich wielkim fanem! Ale kto miał mikroekonomię, ten wie, że użyteczność krańcowa do pewnego momentu rośnie, po czym spada.

Co to oznacza dla humanisty? Znaczy to tyle, że jeśli widzisz parę gołych cycków raz na jakiś czas, to jest okej. Jeśli widzisz je w miarę systematycznie to jest fajnie, a jeśli masz je na zawołanie to super. Jeśli jednak jesteś permanentnie osaczony przez nagie biusty, to masz ich dość! Myślisz, że to nie możliwe? Spróbuj obejrzeć „Spring Breakers”.

 

 Po drugie: przez 70% filmu puszczaj przejmującą muzykę

Kojarzysz ten moment w filmach, gdy lecą ciężkie smyczki z rozmytym pianinem w tle? Na przykład główny motyw z „Incepcji”? Taka mega przejmująca muzyka, informująca o chwili znaczącego przestoju w filmie, po której coś się stanie? Kojarzysz, no nie? Super, to teraz wyobraź sobie, że w „Spring Breakers” ten motyw grają przez większość filmu, przy czym wyczekiwane „coś” nie następuje.

Efekt jest taki, że wychodzisz z kina bardziej zamulony, niż po obejrzeniu pełnej relacji z pogrzebu księżnej Diany.

 

Po trzecie: ułóż dialogi, które będą oczywistsze, niż dzień po nocy

Kiedy głównym postaciom chce się sikać, mówią, że chce im się sikać. Kiedy źle się czuja, mówią, że źle się czują. A kiedy widzą wydziaranego latyno-amerykańca z grillem na zębach, w ztuningowanej furze za pół miliona, pozującego na gangstera, mówią, że widzą mężczyznę w aucie. Przez 92 minut nie trafisz na ani jeden dialog, który mógłby Cię czymś zaskoczyć. Ani jeden.

 

Po czwarte: powtarzaj monologi do znudzenia

Jak już wiesz z akapitu powyżej, dialogi są głębokie i nietypowe. Monologi również.  I to na tyle, że trzeba je powtarzać. Na przykład kilka razy pod rząd. Autor założył, że przeciętny widz nie wyczuje ironii w 3-krotnie powtórzonym sloganie, więc trzeba wałkować go ile się da. Najlepiej do momentu, w którym wyjdziesz z kina i w myślach będziesz słyszał echo „ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie”.

 

Po piąte: powtarzaj sceny do znudzenia

W akapicie powyżej zamień słowo „monolog” na „ujęcie”, a „slogan” na „scena”.

 

Po szóste: operuj kiczem i tandetą na takim poziomie, by nikt nie wiedział, czy to pastisz, czy nie

Ja rozumiem, że Harmony Korine chciał stworzyć satyrę. Że chciał wyśmiać tę popkulturowa modę na szybkie życie, przypadkowy seks i doświadczanie świata w wersji instant. Że „Spring Breakers” to miała być szydera. Że chciał obrzucić uśmiechem politowania zachłyśniętych drogimi ciuchami, elektroniczną muzyką i miękkimi narkotykami nastolatków. Ale cholera nie wyszło mu.

Nie wyszło mu jakby miał co najmniej zatwardzenie. W tym filmie jest i Selena Gomez (dziewczyna Justina Biebera) i Vanessa Hudgens (gwiazda „High School Musical”) i James Franco (ten z „127 godzin”). Są pistolety, coś co przypomina kokainę i piosenki Britney Spears. Jest tyle kiczowatych i niepasujących do siebie elementów, przedstawionych w silący się na realizm sposób, że nie odbierasz tej mieszanki jako satyrę. Odbierasz ją jako słaby, nieudolnie zrobiony film.

Przez pierwsze 30 minut zastanawiasz się „kiedy się zacznie?”. Przez kolejne 30, siedzisz  zdołowany jak sezonowy emigrant po umocnieniu się złotówki, bo wiesz, że to ten typ filmów, które „się nie zaczynają”. Przez ostatnie pół godziny modlisz się o planszę z końcowymi napisami.

Nie polecam.